FokusNajtrudniejsze jest dla mnie ciągłe zabieganie o uwagę
Z Fokusem rozmawiamy o przywiązaniu do górnośląskiej ziemi, potrzebie promocji – nawet w przypadku takiej marki jak Paktofonika – oraz o ego, które nieodłącznie towarzyszy artystom.
Pierwotnie ta rozmowa wyglądała zupełnie inaczej. W moim odczuciu była pełna szczerości i bezkompromisowości, pozbawiona konformistycznego tonu. Jednak Fokus jest raperem, a raperzy – jak to bywa – dbają o swój wizerunek, kalkulują i podczas autoryzacji nierzadko wycofują się z wcześniej wypowiedzianych słów. Mają do tego prawo, podobnie jak ja mam prawo uczciwie poinformować czytelnika, że oddaję mu okrojoną wersję rozmowy. Nie oznacza to jednak, że brakuje w niej interesujących wątków.
ultra_: Co należy zrobić, by nie wpaść w rutynę i nie traktować grania koncertów jak pracy na taśmie?
Fokus: Akurat granie koncertów to jedna z najprzyjemniejszych części tej roboty. Znasz materiał, masz za sobą wiele występów, ale za każdym razem coś jest inaczej. Muszę widzieć, co się dzieje wokół mnie i reagować. To wymaga skupienia. Na scenie mam konkretne zadanie: zagrać ten koncert najlepiej, jak potrafię. I to lubię. Bardziej męczy mnie cała otoczka: logistyka, wielogodzinne czekanie, przygotowania. Nawet chodzenie po sklepach i wybieranie ubrań przed większym występem. Zakupy to zdecydowanie nie moja bajka, a tym też muszę się zająć.
Co jeszcze musisz?
Ten zawód ma swoje obowiązki. Trzeba coś ustalić, gdzieś być, odebrać telefon, pokazać się, nawet kiedy akurat najchętniej posiedziałbyś sam. Gdybym mógł siedzieć sobie w jaskini do robienia hip-hopu, a potem wychodzić z niej z muzyką i grać koncerty, byłoby idealnie. Każdy zawód, który daje dużo satysfakcji, ma jednak jakiś podatek. U mnie jest nim ta ciągła publiczna obecność. Lubię tworzyć i grać, ale potrzebuję też czasu, żeby zebrać myśli i odpocząć.
Dlaczego nie wyjdziesz z założenia: „Jestem Fokus z Paktofoniki, nic nie muszę, te koncerty i tak będą”?
Nie polecam. Nawet Coca-Cola co jakiś czas robi nowe reklamy, chociaż wszyscy ją znają. Ktoś może znać moją ksywę od dwudziestu lat i nie wiedzieć, że właśnie wydaliśmy płytę. Trzeba o tym powiedzieć.
Najtrudniejsze jest dla mnie ciągłe zabieganie o uwagę. Sam nie śledzę wszystkiego, co dzieje się na scenie. Wolę żyć własnym życiem. A kiedy wszędzie słyszysz „zobacz mnie, posłuchaj mnie”, to trudno dołożyć do tego własny głos. Czasem mam wrażenie, że wchodzę komuś z butami w życie. Z drugiej strony wiem, że ktoś czeka na nowy numer albo informację o koncercie. Dla niego to jest potrzebne.
Chciałbym znaleźć swój sposób na tę promocję. Opowiedzieć, co zrobiliśmy, puścić muzykę, dać ludziom możliwość spotkania się z nią. Ciągłe mierzenie wszystkiego wyświetleniami potrafi przesłonić to, po co w ogóle nagrywasz.
Naprawdę nadal potrzebujecie dziś mocnej promocji? Czy to fałszywa skromność?
Widzę to na koncertach. Pytam o nową płytę i okazuje się, że informacja dotarła tylko do części publiczności. Ludzie znają wcześniejsze rzeczy, a o nowych jeszcze nie słyszeli. To jest konkretna sytuacja, z którą trzeba coś zrobić.
Z Rahimem nagraliśmy „Katharsis” i zależy mi na tym, żeby ta muzyka dotarła do ludzi. Rozpoznawalność może w tym pomóc, ale sama tego nie załatwi. Dlatego przypominamy, gramy, rozmawiamy. Tak jak teraz.
Możesz wyglądać na twardziela, a w środku mocno coś przeżywać. Czasem właśnie stąd bierze się ostre zachowanie.
Skoro uważasz, że część ludzi nie słyszała o waszej nowej płycie, to możesz teraz coś o niej powiedzieć.
Z Rahimem zrobiliśmy album, który ma swoją dramaturgię. W wydaniu deluxe podzieliliśmy go na pięć aktów. Zaczynamy od konfliktu ze światem, później przechodzimy do tego, co dzieje się w człowieku, do działania, wewnętrznego zwrotu i wreszcie oczyszczenia. Kolejność utworów ma tu znaczenie. Można przejść z nami całą tę drogę.
Są też różne spotkania muzyczne. W kawałku „Krok w tył” pojawiają się Natalia i Paulina Przybysz, „Diamenty” nagraliśmy z Paluchem, a w tytułowym utworze jest Justyna Steczkowska. Właśnie o tej muzyce chcę opowiadać. Zależy mi, żeby ktoś, kto kojarzy nas z wcześniejszych płyt, usłyszał również, co robimy teraz.
Wystąpiliście niedawno ze wspomnianym Paluchem w Spodku. Jeszcze kilka lat temu twoja obecność na jego koncercie była nie do pomyślenia, bo byliście skonfliktowani – Paluch zaatakował cię, bo nie spodobał mu się twój utwór z Dodą. Przypomniała mi się nasza ostatnia rozmowa dla Newonce, w której poruszaliśmy temat twojego ego. Czy przed laty to właśnie ono sprawiło, że zaangażowałeś się w ten beef?
Wtedy wspomniał w tekście moją ksywę, odniósł się do moich zachowań i wywołał mnie do tablicy. Kiedy sprawa dotyczy ciebie i twojej muzyki, łatwo wziąć ją do siebie. Dzisiaj ważniejsze jest dla mnie to, że udało nam się pogodzić. Wolę mówić właśnie o tym. Myślę, że energia, którą daliśmy ludziom przez to pogodzenie, jest znacznie lepsza niż ta, którą wywołał beef. Możemy razem nagrać numer, wyjść na scenę. To ma dla mnie większy sens niż ciągnięcie dawnego konfliktu.
Pamiętasz moment, kiedy zakopaliście topór wojenny?
To było już kilka lat temu. Spotkaliśmy się chyba na jednej z edycji Popkillerów i podczas papierosa zamieniliśmy kilka zdań. Już wtedy wiedzieliśmy, że nie mamy do siebie żadnych pretensji. Zbiliśmy pionę i tyle.
Zabolało cię, że Paluch wcześniej odrzucił twoją propozycję nagrania wspólnego utworu i stwierdził, że się z tobą nie pogodzi?
Muzyka jest dla mnie osobistą sprawą. Kiedy wkładasz w coś dużo siebie, uwagi na ten temat potrafią zaboleć. Mówię też o sobie. Możesz wyglądać na twardziela, a w środku mocno coś przeżywać. Czasem właśnie stąd bierze się ostre zachowanie.
Znam ludzi, którzy wydają się nie do ruszenia, a noszą w sobie coś delikatnego, czego bardzo pilnują. Może to wewnętrzne dziecko, może nadzieja, że świat w głębi jest dobry. Rozumiem potrzebę chronienia tego. Tylko że łatwo wtedy odpowiedzieć za ostro i nakręcić kolejną rundę konfliktu. Dzisiaj większy sens widzę w tym, żeby umieć się dogadać.
Z drugiej strony, jeśli ktoś jest pewny swoich umiejętności i własnej sztuki, nikt nie jest w stanie dotknąć jego delikatnego podbrzusza.
Jak ktoś kiedyś powiedział: „W teorii nie ma różnicy między teorią a praktyką. W praktyce jest”. Można wierzyć w swoją muzykę i nadal coś przeżywać. Pewność umiejętności nie wyłącza emocji.
Czyli chcesz mi powiedzieć, że do pracy twórczej potrzebujesz przede wszystkim spokoju?
Staram się go sobie zostawiać. Mam w głowie różne pomysły, poukładane myśli. Czasem to są takie domki z kart: wystarczy dużo bodźców naraz i wszystko się rozsypuje. Potem długo wracam do tego, nad czym pracowałem. Dlatego potrzebuję ciszy, szczególnie kiedy piszę. Oczywiście chodzi mi o wyciszenie zewnętrznych bodźców, beat zostaje.
Planuję prostą pracownię. Biurko, laptop, sprzęt do nagrywania, miejsce, żeby usiąść i pomyśleć. Im mniej rzeczy będzie mnie tam rozpraszać, tym lepiej. Chcę mieć gdzie przyjść i zająć się muzyką. Jeszcze to układam, ale sam pomysł jest prosty: dobre warunki do robienia tego, co kocham.
Pogadajmy przez chwilę o Górnym Śląsku. Ostatnio obejrzałem film o Józefie Skrzeku z SBB i uderzyło mnie, jak silne poczucie lokalnej tożsamości i przywiązanie do regionu zawsze w nim były. Ty też masz w sobie ten lokalny patriotyzm?
Oczywiście. Katowice to cały czas moje miejsce do życia. Nawet teraz patrzę przez okno i widzę śląski krajobraz zwieńczony szybem kopalnianym. Jestem stąd i to jest część mnie. Jednocześnie zawsze chciałem patrzeć szerzej. Już sam język sprawia, że z rapem trudniej dotrzeć poza Polskę. Zawsze trochę mnie to bolało, bo chciałbym, żeby muzyka mogła podróżować dalej. Świat jest wielki, piękny i ciekawy. To ocean, po którym można żeglować. Można mieć swoje miejsce i być ciekawym tego, co jest za rogiem, za granicą, gdzieś dalej. Ważne, żeby samemu nie zamykać sobie tych drzwi.
Spróbuj spojrzeć na to z dystansu: czy Katowice to dziś dobre miejsce do życia?
To dalej moje miejsce. Mam tu codzienne życie, robię muzykę, wychowuję syna. Patrzę więc na miasto także przez te zwykłe sprawy. Zależy mi na tym, żeby dobrze się tu żyło i pracowało. Katowice się zmieniają i moim zdaniem pięknieją. W ich krajobrazie cały czas widać historię regionu, a jednocześnie powstają nowe rzeczy. Podoba mi się, że kultura jest częścią tych zmian. Chciałbym, żeby rozwój miasta był również odczuwalny w codziennym życiu mieszkańców.
Twoja rzeczywistość zmieniła się jakoś po otrzymaniu Nagrody Prezydenta Miasta Katowice w dziedzinie kultury?
Odebrałem ją jako docenienie mojej pracy i obecności hip-hopu w kulturze miasta. To miły gest i ma dla mnie znaczenie, szczególnie że chodzi o Katowice. Na co dzień dalej robię swoje, ale dobrze wiedzieć, że ktoś tę pracę zauważa. Doceniam to wyróżnienie.
Jak widzisz swoje miejsce w kulturalnym życiu miasta?
Muzyka jest moją działką. Chcę dalej nagrywać, grać i uczestniczyć w ciekawych przedsięwzięciach artystycznych. Jeżeli moje doświadczenie może się przydać, chętnie się nim podzielę. Zależy mi, żeby w Katowicach było miejsce dla ludzi, którzy chcą coś tworzyć i próbować nowych rzeczy.
PODZIEL SIĘ
tekst
Marcin Misztalski