FiszDziś scena hiphopowa ma więcej kolorów
Sztuka i życie nieustannie się przenikają, ale nie zawsze dają się łatwo rozdzielić. Fisz opowiada o tym, dlaczego nie przepada za biografiami muzyków i jak na przestrzeni lat zmieniała się jego relacja z hip-hopem. Rozmawiamy również o niezależności i świadomym trzymaniu się z dala od wyścigu o popularność.
ultra_: Jestem w trakcie czytania biografii Jeana-Michela Basquiata. Bardzo spodobała mi się jego wypowiedź, że kiedy tworzy, nie myśli o sztuce, tylko o życiu. A jak jest z tobą?
Bartek Fisz Waglewski: Mam problem z określeniem, czym w dzisiejszych czasach jest sztuka. Myślę, że te dwie rzeczy się przenikają, bo sztuka bardzo często jest o życiu i na odwrót. Kiedy myślę o sobie i o tym, jak piszę teksty, dochodzę do wniosku, że każdy z nich jest jakąś obserwacją. Na tyle lubię jednak sam język polski, że bardzo cenię sobie te wszystkie okrężne drogi, którymi można opowiadać o codziennych historiach, które nas i męczą, i cieszą.
Sztuka powinna być pełna życia, bo wiąże się z emocjami, ale też wymaga zaangażowania umysłu. Czasem trudno określić, co bierze górę – rozum czy emocje. Myślę, że szczególnie wyraźnie widać to podczas wystąpień scenicznych, kiedy trzeba znaleźć równowagę między jednym a drugim.
Pozostając przy książkach, bo często nawiązujesz do nich również w swoich tekstach – która biografia muzyczna szczególnie cię poruszyła?
Powiem ci szczerze, że nie lubię biografii muzyków (śmiech). Często się nimi rozczarowuję. Z wielkimi wypiekami na twarzy kiedyś zacząłem czytać słynną autobiografię Milesa Davisa i nie mogłem się nadziwić, że człowiek o tak dużej wrażliwości na dźwięki okazał się totalnym łajdakiem, który bił kobiety. Bardzo czekałem na film dokumentalny o Princie, ale rodzina go wycofała. Wszyscy podejrzewają, że mogło chodzić o to, że znalazły się w nim sytuacje tego typu. Zresztą Sinéad O’Connor mówiła kiedyś, że Prince uderzał ją poduszkami po głowie i musiała uciekać przed nim przez labirynty w jego domu.
Mam oczywiście kilka książek, które lubię. Jedna z nich opowiada o scenie Seattle i grunge’u, a opiera się na wypowiedziach muzyków, którzy ją tworzyli. Czuć w niej zapach i smród tego miasta. Dużo jest tam o utracie nadziei, zazdrości, zawiści i problemach z narkotykami. Kiedy pojawił się sukces, muzycy byli w takim szoku, że często nie potrafili unieść całego tego zamieszania i popularności. Bardzo mocna rzecz.
Kiedy się dowiedziałeś, że Miles Davis bił kobiety, zacząłeś odbierać jego muzykę inaczej?
Nie, nie. Potrafię to oddzielić, ale… To trudne pytanie. Powiem tak – byłem wielkim fanem Woody’ego Allena, a później zobaczyłem dokument, w którym występują jego dzieci, i moja perspektywa się zmieniła. Tak sobie teraz myślę, że przez całe dzieciństwo nie miałem idoli. Po prostu jarałem się muzyką, ale też socjologicznym spojrzeniem na to, co działo się wtedy w Stanach Zjednoczonych – Public Enemy kontra Ronald Reagan i cały ten klimat polityczny związany z ruchem wolnościowym Afroamerykanów. To były rzeczy, które historycznie porządkowały cały muzyczny krajobraz, ale dźwięki i sztuka żyją dla mnie często oddzielnie od samego człowieka.
Jesteśmy totalnie zmęczeni pogonią za wyświetleniami, poszukiwaniem hitów i przebojów. Przy okazji większych koncertów widzieliśmy, jak ten świat wygląda z boku albo jak algorytmy ułatwiają różnym specom od PR-u sterowanie popularnością swoich artystów. To jednak nie jest nasz świat i nigdy nim nie był.
Niedawno Emade powiedział mi, że gracie muzykę buntu. Wasz nowy album nie jest dostępny w sieciówkach, a wasze kawałki są długie i naszpikowane słowami, co odbiega od dzisiejszych standardów. To kontrkulturowa akcja?
Jesteśmy totalnie zmęczeni pogonią za wyświetleniami, poszukiwaniem hitów i przebojów. Przy okazji większych koncertów widzieliśmy, jak ten świat wygląda z boku albo jak algorytmy ułatwiają różnym specom od PR-u sterowanie popularnością swoich artystów. To jednak nie jest nasz świat i nigdy nim nie był. Nawet kiedy nagrywaliśmy piosenki, wszystko robiliśmy na własną rękę. Przyzwyczailiśmy się do tego, że nasze nagrania nie trafiają na playlisty stacji radiowych. W czasach nagrywania dla Asfaltu szybko znaleźliśmy swoją publiczność, mimo że radia nas nie grały. Przez te wszystkie lata zbudowaliśmy świetną relację z naszymi słuchaczami.
W ruchu punkowym i we wczesnym hip-hopie ważne było dla mnie hasło „Do It Yourself”. Jesteśmy w stanie panować nad wszystkim – od okładek i zdjęć po to, komu dajemy wywiady. Świat komercyjny nigdy do końca nas nie interesował. Naszym największym szczęściem jest to, że potrafimy utrzymać z muzyki nasze rodziny. Warto działać niezależnie i się nie poddawać.
Skoro już rozmawiamy o czasach Asfaltu, trafiłem na wywiad z tamtego okresu, w którym mówiliście, że szybko zorientowaliście się, że wasza publiczność jest alternatywna. To wy świadomie zrezygnowaliście z hip-hopu czy hip-hop zrezygnował z was?
To bardzo trudne pytanie, bo nie ukrywam, że kiedy nagrywaliśmy „Polepione dźwięki”, myśleliśmy, że rap będący alternatywą dla mainstreamowego i ulicznego rapu rozwinie się i stworzy własną scenę. Tak się jednak nie stało. Rap często postrzegano przez socjologiczny pryzmat, a krytycy muzyczni starszej daty myśleli o nim w kategoriach „Blokersów”. Nie dostrzegali, że rap ma bardzo różne źródła i wiele zależy od tego, kto stoi za mikrofonem. Rzeczywiście, ten twardy rap sprawił – swoją drogą, zostawił nam świetne płyty – że zrobiło się bardzo ciasno dla takiej muzyki, jaką sami robiliśmy. Zaczęliśmy eksperymentować, ale już wcześniej scena rapu, który reprezentowaliśmy, coraz bardziej się kurczyła.
Myślę, że zadziałały dwa czynniki. Z jednej strony hip-hop trochę nas wypychał, bo nie było w nim dla nas miejsca, a z drugiej – mieliśmy okres grania z różnymi muzykami. Po płycie „Heavi Metal” w pełni zorientowaliśmy się, że mamy własną publiczność. Dziś scena hiphopowa ma znacznie więcej kolorów.
Nie boisz się, że w swojej twórczości możesz upodobnić się do ojca?
Jestem trochę innym człowiekiem niż tata, ale to możliwe. Nigdy nie byliśmy w tym samym wieku (śmiech), więc moja rzeczywistość była inna niż jego. Z biegiem czasu nasze tematy mogą stawać się coraz bardziej wspólne, ale ostatnia płyta dowodzi, że wcale nie musi tak być. Mój ojciec aż tyle nie mówi na swoich płytach, nie stosuje takich porównań i nie przygląda się rzeczywistości aż tak wnikliwie.
Znam jego teksty, podobnie jak teksty Lecha Janerki i bardzo je cenię. Nawet gdyby nasze teksty były do siebie podobne, nie byłoby w tym nic złego. Przez długi czas pracowałem jednak nad tym, żeby moje teksty różniły się od jego. Nie miałbym z tym problemu, ale uważam, że każdy, kto pisze, szuka własnego pomysłu na zabawę słowami, tak jak muzyk swojego tonu na instrumencie. Będę dbał o to, żeby każdy rozpoznawał, że to Fisz, a nie jego ojciec.
Lech Janerka mówił kiedyś w wywiadzie, że bywał u was w domu. Podobnie jak Stanisław Sojka.
Z synami Sojki byliśmy kiedyś na wspólnych wakacjach. Po latach ich spotkałem i powiedzieli mi, że już wtedy miałem kasetę Beastie Boys. Włączyliśmy ją i wszyscy chcieliśmy być perkusistami… Ostatecznie Kuba Sojka rzeczywiście nim został.
Beastie Boys mieli ciekawą biografię.
Tak! Jest przede wszystkim świetnie pomyślana. Możesz dopisać, że bardzo ją lubię.
PODZIEL SIĘ
tekst
Marcin Misztalski