$androMuzyka zaczyna się tam, gdzie kończą się ograniczenia
Hiphopowy producent muzyczny z Dąbrowy Górniczej, który przygodę z tworzeniem muzyki rozpoczął latem 2017 roku. Twórczość $andro łączy eksperymentalny hip-hop, elektronikę i klimat memphis rapu, a w produkcjach stawia na oryginalne brzmienia, nietypowe sample i muzyczną niezależność. Ma na koncie m.in. projekty „Efekt motyla” oraz „Organy”.
Dla $andro muzyka zaczyna się tam, gdzie kończą się ograniczenia. Rozmawiamy o lokalnej tożsamości, eklektycznym podejściu do brzmienia i nadchodzącym albumie „Full Body Experience”, który ma wykraczać poza studyjne ramy i nabierać nowej energii na żywo.
ultra_: Rozmawiamy w momencie, kiedy za oknem jest już szaro i mgliście. Taka nostalgiczna aura nakręca cię do działania?
$andro: Ma to znaczenie, chociaż 80% muzyki i tak robię po nocach, już po pracy, więc nie zawsze mam przestrzeń, żeby świadomie kierować się tym, co dzieje się za oknem. Ta jesienno-zimowa aura mimowolnie wpływa jednak na to, co tworzę. Jest w niej coś, co naturalnie pcha mnie w stronę bardziej stonowanych, melancholijnych i mniej wesołych rzeczy. Może tak działa na mnie niższa temperatura? Nigdy się nad tym nie zastanawiałem.
Późną wiosną i latem, kiedy częściej chodziłem na różne imprezy, moja muzyka była inna – bardziej żywa i o wiele weselsza. Klimat tego okresu trochę przesiąka do muzyki, nawet jeśli nie robię tego celowo.
Powiedziałeś kiedyś, że jesteś Zagłębiakiem na sto procent i masz Zagłębie w sercu. Twoje pierwsze spotkania z muzyką odbywały się właśnie tutaj?
Jestem stąd, mieszkam tu całe życie i właśnie tutaj czuję się najlepiej. Z prawie każdym zakątkiem mojej Dąbrowy mam związane przynajmniej jedno wspomnienie. Zależy mi na promocji tego regionu, choć mam świadomość, że klimat „Polski B”, momentami mocno zakorzeniony w stereotypach, niekoniecznie dobrze kojarzy się osobom z większych, bardziej rozwiniętych miast.
Moje pierwsze spotkania z muzyką też zaczęły się właśnie tutaj. Słuchanie „Jožina z bažin” traktuję wręcz jak hymn dzieciństwa, a Bas Tajpana i krakowską Firmę mocno kojarzę z czasami podstawówki. To właśnie tu kolega pierwszy raz zainstalował mi FL Studio i można powiedzieć, otworzył drzwi do świata tworzenia muzyki.
Może to trochę naiwne pytanie, ale czujesz potrzebę promowania Zagłębia?
Zależy mi na tym, żeby choć w niewielkim stopniu budować świadomość, że Zagłębie ma swoją tożsamość, historię, kulturę i ludzi, którzy są z tego regionu dumni. To nie jest tylko miejsce na mapie, które mija się po drodze, ale region z własnym charakterem, który ma wiele do zaoferowania i który warto poznać z innej perspektywy. Sam jestem przykładem na to, że stąd też mogą brać się muzyczne zajawki, pomysły i inspiracje, które zostają z człowiekiem na całe życie. W końcu to właśnie tutaj zaczęła się moja przygoda z muzyką, więc fajnie byłoby pokazać innym, że z takich miejsc też mogą wychodzić ciekawe rzeczy.
Nie lubię się ograniczać i czerpię inspiracje ze wszystkiego. Głupotą byłoby zamykać się wyłącznie na jeden gatunek, na przykład rap. Poza tym ile można?
W twojej muzyce na pewno ciekawe jest to, że się nie ograniczasz i w swoich podkładach łączysz totalnie różne przyprawy – od lo-fi po drum’n’bass. Skąd u ciebie zajawka na tak eklektyczne brzmienie?
Muzyka elektroniczna ma absolutnie wszystko do zaoferowania. To cały ocean inspiracji, możliwości i brzmień. Ktoś może nie lubić muzyki klasycznej, rapu czy metalu, ale bardzo prawdopodobne, że na co dzień i tak słucha jakiejś formy muzyki elektronicznej, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Trudno całkowicie się na nią zamknąć, bo ma tak wiele odmian, że praktycznie każdy może znaleźć w niej coś dla siebie.
Nie lubię się ograniczać i czerpię inspiracje ze wszystkiego. Głupotą byłoby zamykać się wyłącznie na jeden gatunek, na przykład rap. Poza tym ile można? Świat muzyki jest zbyt różnorodny, żeby dobrowolnie rezygnować z tak ogromnej liczby możliwości. Jestem otwarty na wszystko, niezależnie od gatunku. Jedynym warunkiem jest dla mnie to, żeby dana rzecz niosła ze sobą jakąś wartość. Kluczowe jest dla mnie to, czego słucham, bo muzyka, którą chłonę, prędzej czy później zaczyna wpływać na to, co sam tworzę.
W jaki sposób przekłada się to na twoją twórczość?
Często nawet nieświadomie przejmuję pewne rozwiązania, inspiruję się konkretnymi brzmieniami, strukturami czy sposobami budowania klimatu. To część nauki i rozwijania własnego warsztatu, a zarazem proces, który kształtuje mój workflow i sposób myślenia o muzyce. Im więcej słucham i im szerzej patrzę na muzykę, tym więcej narzędzi i możliwości mam później do dyspozycji we własnej twórczości.
Nie mam zamiaru podporządkowywać się słuchaczom ani tworzyć muzyki według czyichś oczekiwań. Robię ją po swojemu. Chcę eksperymentować, rozwijać się i zaskakiwać zarówno innych, jak i samego siebie. Nie chcę z góry wiedzieć, w jakim kierunku pójdę za kilka lat. Właśnie w tym widzę największą wartość tworzenia: w możliwości ciągłego odkrywania czegoś nowego i niewiedzy, dokąd ostatecznie zaprowadzi mnie ta droga.
A czym zaskoczysz w najbliższym czasie?
Największym zaskoczeniem jest dla mnie chyba to, że po raz pierwszy nie pracuję nad oprawą albumu sam, tylko w duecie z moim warszawskim kolegą Kanią. Nigdy wcześniej tak nie działałem, a co-prody zawsze były dla mnie dość trudnym tematem. Z natury jestem bardzo przywiązany do swojej wizji i nie ukrywam, że niesamowicie irytowało mnie, kiedy ktoś wchodził w moją robotę i próbował ingerować w coś, co od początku do końca chciałem zrobić po swojemu. Z Kacprem jest jednak zupełnie inaczej. Na pierwszy rzut oka mamy nieco inne spojrzenie na muzykę, ale kiedy siadamy razem do pracy, okazuje się, że naprawdę świetnie się dogadujemy. Kacper jest bardzo otwartym człowiekiem, obaj mamy w sobie dużo ciekawości i myślę, że uczymy się od siebie nawzajem mnóstwa rzeczy.
Opowiedz więcej o tym, jak wygląda wasza praca.
Nieustannie mieszamy swoje style, szukamy wspólnego języka i próbujemy rzeczy, na które być może żaden z nas nie wpadłby sam. Właśnie dlatego mam poczucie, że powstaje z tego coś naprawdę unikatowego. Na ten moment jestem bardzo zadowolony z efektów.
Drugą rzeczą, którą chcemy mocno rozwinąć, są koncerty z Saburrą. Zależy nam na tym, żeby było w nich jak najwięcej jazzu, improwizacji i żywej energii. Nie chcemy po prostu puszczać bitu z MP3 i rapować do niego na scenie. Chcemy, żeby numery żyły, zmieniały się i za każdym razem mogły zabrzmieć nieco inaczej. Sama obecność perkusji robi ogromną różnicę, ale cały czas szukamy kolejnych sposobów na wzbogacenie brzmienia – dokładamy instrumenty, kombinujemy z aranżacjami i testujemy różne patenty na przeniesienie muzyki na żywo.
Nadchodzący album nosi tytuł „Full Body Experience” i chcemy, żeby koncerty również były pełnym doświadczeniem, a nie tylko odtworzeniem materiału z płyty. Chodzi o to, żeby muzyka działała nie tylko na głowę, ale też na ciało, żeby można było poczuć ją fizycznie, wejść w jej rytm i naprawdę przeżyć ją razem z nami.
PODZIEL SIĘ
tekst
Marcin Misztalski