Serwis Ultramaryna używa plików cookies. Odwiedzając nasze strony akceptujesz otrzymywanie cookies (ciasteczek). Warunki dostępu do plików cookies możesz określić w swojej przeglądarce.

ZAMKNIJ

Ultramaryna | ANDRZEJ JERZY LECH: 11.09.2001
wtorek 28.03.17

START
LOKALE
FORUM
BLOGI
zgłoś imprezę   
  ultramaryna.pl  web 
ANDRZEJ JERZY LECH: 11.09.2001

11 września o godzinie 18 w kilkunastu galeriach w Polsce, a także w Jersey City (USA) i Ostrawie (Czechy) odbyła się multimedialna prezentacja prac fotograficznych Andrzeja Jerzego Lecha. Data i tematyka zdarzenia nawiązują bezpośrednio do ataku terrorystycznego na World Trade Center w Nowym Jorku, gdzie od lat mieszka i pracuje polski artysta fotografik.

Ultramaryna: 11 września 2001 – data, o której chciałbyś zapomnieć, czy raczej podnieść ją z upadku?

Andrzej Jerzy Lech: Skoro ten mroczny dzień stał się, zapomnieć nie chcę. A gdybym już chciał, nie umiałbym. Podnieść z upadku? O jakim upadku myślisz? O czyim upadku? Cóż, oczywiście chciałbym, jak większość normalnych ludzi, aby ten dzień nie miał miejsca. Mam kilka takich dni, których chciałbym żeby nie było. Ten ma wśród nich miejsce szczególne, wyjątkowe. Pamiętam jak w tamten wtorek rano zadzwonił do mnie telefon. Spałem jeszcze. To był mój znajomy, z którym dwa dni wcześniej byłem na fotograficznej wycieczce w Cold Spring w stanie Nowy Jork. To piękne miasteczko, trochę nowobogackie, leży nad bardzo szeroką w tym miejscu rzeką Hudson. To tylko dwie godziny jazdy samochodem z Manhattanu. Będzie to już banalne stwierdzenie, ale wtedy mój świat był bezpieczny, spokojny. W głowie miałem właściwie tylko fotografie i jak każdy z nas, kilka innych rzeczy też. Ten sam znajomy zadzwonił do mnie rano we wtorek i powiedział, że w jeden z wieżowców World Trade Center uderzył samolot. Nie mogłem w to uwierzyć. Jedną nogą byłem jeszcze po „drugiej stronie lustra”, lekko nieprzytomny dochodziłem do siebie. Rozmawiając z nim, w jakiejś nadświadomości, miałem nadzieję, że jeszcze śnię. Podszedłem do okna i zobaczyłem płonący wieżowiec. Od razu byłem „na baczność”. Ten widok poraził mnie i sparaliżował. Byłem przerażony, bo przecież wiedziałem jak wysokie są te budynki. Pomyślałem sobie, że gaszenie takiego kolosa jest niemożliwe.
Nie przeczuwałem ataku terrorystycznego. Zupełnie nie przyszło mi to do głowy. W najbliższej okolicy są trzy duże, międzynarodowe lotniska. Z każdego z nich startują i na każde z nich lądują dziennie setki samolotów, więc nieszczęśliwego przypadku zderzenia z tymi wystającymi ponad najwyższe budynki Manhattanu wieżowcami nie można było wykluczyć. To były takie moje szybkie, niedobrze poukładane myśli. Ubrałem się, wziąłem kilka aparatów fotograficznych, z lodówki wszystkie filmy i pobiegłem najbliżej jak tylko mogłem. Mieszkam w Jersey City, w stanie New Jersey. Od Manhattanu, od Nowego Jorku, dzieli mnie tylko Hudson. Budynek naszego studia jest tuż po drugiej stronie rzeki. Prom tuż pod wieże, z miejsca gdzie byłem robiąc pierwsze fotografie, płynie dwie, trzy minuty, więc widziałem sporo. Widziałem też dobrze. Koszmar, nocna mara. Trudno mi teraz powracać myślami do tych pierwszych chwil, minut, godzin. Ale to był niezwykle trudny dzień. Wiem, że dla wszystkich. Magda, moja żona, do pracy na Manhattan pojechała pod rzeką ostatnim pociągiem. Później już miasto Nowy Jork zostało zamknięte. Martwiłem się o nią bardzo. Wróciła stamtąd do domu późno w nocy specjalnym statkiem. Ania i Agnieszka, córki nasze, były na szczęście od tego dość daleko. Było bardzo ciepło. Telefon przestał działać, odłączony był internet. Syreny straży pożarnych, karetek pogotowia, wozów policyjnych. To trwało kilka dni. Dzień i noc, bez przerwy. Pamiętam zapach spalenizny. Ciągle słyszę ten głuchy, niezwykle potężny huk obsuwających się w dół kolosów. Pamiętam łzy w oczach ludzi obok mnie. Przerażenie, strach, współczucie. Każdy z nas miał świadomość, że tam są tysiące ludzi. Pewnie nie wiesz o tym, ale w tych budynkach po godzinie 10 rano było około 50 tysięcy ludzi.
Nie, nie mogę tego zapomnieć. Jak mógłbym. Nie chcę zapomnieć, nie umiem, nie powinienem.

Czy w trakcie rejestracji aktu terroru z 11.09.2001 spotkałeś wielu artystów fotografików? Wiesz, spotkałem wielu fotografujących i doprawdy nie wiem czy byli oni artystami fotografikami. Tak na marginesie, „artysta fotografik” to trochę już dla mnie za dużo. Wystarczy chyba tylko „fotograf”.
Tak, widziałem kilku znajomych fotoreporterów z „The Jersey Journal”, to jest lokalna codzienna gazeta. Widziałem dziesiątki tak zwanych „niedzielnych pstrykaczy” i kilku takich jak ja, fotografujących ze statywu, trochę inaczej, mniej, może na pozór spokojniej. Bo muszę ci powiedzieć, że spokoju fotograficznego, który tak bardzo lubię, w tym dniu i w kilku po nim następnych, wcale nie miałem. Z fotografem z „The New York Times” robiłem pierwsze nocne ujęcia tej tragedii. Razem byliśmy w zakazanym i ogrodzonym przez policję miejscu. Dostaliśmy się tam nielegalnie. Myślę, że z tego właśnie miejsca w Jersey City, zrobiłem najlepsze fotografie, najbardziej „gęste”, najbardziej „mocne”.
Na chwilę przed runięciem drugiej wieży widziałem i żałuję, że to widziałem, żółtą dziewczynę, która stojąc plecami do płonącego WTC, stroiła głupie miny i machając ręką uśmiechała się do kamery wideo jej znajomego.

Prowadzisz galerię On The Road Gallery w Nowym Jorku. Czy to działalność ściśle autorska, czy rodzaj współpracy z innymi artystami? On The Road Gallery prowadzę w Jersey City w stanie New Jersey. To jak już wiesz jest bardzo blisko Nowego Jorku, tuż obok. Mam w jednym fizycznie miejscu studio, galerię, archiwum negatywów, ciemnię, miejsce do oprawiania swoich fotografii, biuro ze sprzętem komputerowym, sypialnię, kuchnię, łazienkę, czasami pralnię i suszarnię. To dość duża przestrzeń. On The Road Gallery mieści się w uroczym, starym, pełnym wewnętrznych podwórek i labiryntów budynku po słynnej kiedyś na cały świat fabryce tytoniu do papierosów, do fajek i do żucia. Mamy też tu wspaniały komin, który fotografuję od lat. Razem z nami i naszymi psami w budynku tym pracuje i mieszka jeszcze ponad dwustu artystów. To taka trochę komuna artystyczna, w dobrym i w złym znaczeniu tego słowa. Są rzeźbiarze, malarze, są fotografowie, graficy komputerowi. Jest tłumacz języka japońskiego, tancerka z Hiszpanii, Szkot, który nocami gra na dudach, są żółci producenci garnuszków glinianych. Był kiedyś też nawet rosyjski żużlowiec, który przygotowywał się do kolejnych zawodów na korytarzu na moim piętrze, jest aktorka z Broadwayu, są kapele wyjątkowo hard rockowe, jest grupa jazzujących Brazylijczyków, śpiewaczka operowa z Chin, jest pisarz i kilku wydawców. Jest też stolarz Max, którego bardzo nie lubię i stolarz Kurt, którego lubię. Mamy też kilka modelek. Je wszystkie lubię i do tego wyjątkowo! Ogólnie codziennie jest atrakcyjnie i całe szczęście, że mam gdzie uciec z tej świątyni sztuki, jak przestaję sobie już radzić z otaczającą mnie skomplikowaną rzeczywistością.
Budynek ten znajduje się w historycznej części miasta, które od kilku lat zmienia swoje oblicze. Jest to wielki boom na skalę amerykańską. Jersey City jest jednym z najbardziej rozbudowujących się teraz miast w Stanach. Patrzę się na to wszystko z trwogą i z zaniepokojeniem. Moja okolica zmieniła się, straciła aurę małego miasteczka. Stała się nieznośnie hałaśliwa. Nie wspomnę już o kurzu i dużej firmie, przeprowadzkowo-magazynowej, którą mam od kilku miesięcy przed oknem. Koszmar!
On The Road Gallery jest tymczasem moją prywatną, autorską galerią. Na ścianach wiszą dziesiątki zdjęć oprawionych i przygotowanych do sprzedaży. Kilka razy w roku otwieram nowa wystawę i zapraszam do siebie znajomych i nieznajomych. Bardzo lubię tę naszą galerię i wiem, że kiedyś będę za nią w tym miejscu tęsknił.

Fotografia artystyczna to w przeciwieństwie do zdjęć reporterskich obraz „wewnętrzny” świata, w twoich zdjęciach ten wewnętrzny świat ma w pozytywnym tego słowa znaczeniu często nostalgiczny charakter. Czy to rodzaj tęsknoty za krajem? To jest tęsknota za wszystkim, to mój charakter. Kiedy jestem w Polsce tęsknię za Ameryką. Kiedy jestem w Nowym Jorku, w Jersey City, w Asbury Park, w Cold Spring, tęsknię za Warszawą, Katowicami, Opolem, za Jelenią Górą. Lubię powracać w stare swoje miejsca. Są to miejsca nie tylko rodzinne, choć te są dla mnie zawsze najbardziej emocjonalnie „gęste”. Lubię powracać w miejsca, które poznawałem patrząc się na odwrócony „do góry nogami” obraz z matówki dużej kamery. Po jakimś czasie te fotograficzne nie moje miejsca, stają się mi bliskie, ciepłe, właśnie „domowe”. Stąd pewnie sepia moich fotografii, która tak wielu drażni.

Czy twój wyjazd do Ameryki z Polski, no i z Europy, to był świadomy wybór, czy – jak to często w życiu bywa – zbieg okoliczności? Myślę, że nie ma zbiegów okoliczności. Jeżeli my sami nie „czuwamy”, bo nie umiemy, bo jesteśmy zbyt słabi, zbyt zagubieni, to jest z pewnością ktoś ponad nami, nad nami, poza nami, kto wie najlepiej, kto podpowiada nam, w jakim momencie należy pójść po płaszcz do szatni, żeby nie być ostatnim. A później, po wyjściu z teatru, wskazuje nam drogę. Wie ten ktoś też najlepiej, w którą stronę mamy pójść. Wielką sztuką jest „wychodzenie” w odpowiednim momencie i w odpowiednim kierunku oczywiście też! Jest o tym dużo piosenek. Jedną z nich pięknie zaśpiewał kiedyś Wojciech Młynarski. To piosenka o przedostatnim płaszczu w szatni. Czy znasz ją?
Ja oczywiście wyszedłem w nieodpowiednim momencie. Jak zwykle spóźniłem się?
Nie, nie mam wątpliwości, ta podróż jest świadoma. Od początku taka też oczywiście była. Fotografia – to przede wszystkim jej cel. To też marzenie tej podróży, tęsknota za nią. Moja fotografia, czy znasz ją? A inne cele? Cóż, wyjechałem z Polski w roku 1987, z niemieckiej Europy w roku 1989. Wtedy w Polsce jeszcze były kolejki w sklepach, długo stałem po mleko w mleczarni, ukochane sery żółte były poważnie reglamentowane, jajek wydzielano po pięć na osobę, „trzewiki” po parze na pól roku. Ciągle czegoś brakowało. Pamiętam też kupowany po znajomości papier fotograficzny i słynny utrwalacz z Chin, który nie utrwalał. Kłopoty z płaceniem czynszu? Ależ tak. Teraz też je mam, ale wiem przynajmniej dlaczego. Wtedy nie wiedziałem. Wyjechałem z Polski jeszcze komunistycznej. Brak perspektyw? Być może. Choć myślę, że ci, którzy zostali i chcieli „coś” zrobić, zrobili to z sukcesem, nawet w tych ciężkich obiektywnie warunkach. Za to ich bardzo szanuję. Ja już nie miałem siły, ochoty. Przeszło mi. W głowie, na poważnie i z determinacją, miałem wtedy piękny widok na Manhattan od strony New Jersey, przy drogach Nebraski drewniane słupy z wielką ilością przewodów i kabli, koniec Atlantyku i początek Ameryki, mosty East River i szeroka Hudson. Już widziałem w Opolu i w pociągach do Kłodzka swoje brązowe, amerykańskie fotografie. Śniłem i marzyłem o nich. Nie umiałem, ale też i nie chciałem temu się oprzeć. Wiedziałem, że ta podróż jest nieunikniona, że będzie, że kwestia, kiedy, jest tylko czas.

Wspominasz Europę? Wiesz, Europa jest mała, stara i pachnie naftaliną. Jest zużyta, ale ciągle kocham do niej wracać. Kocham te stare zapachy, klimaty, obrazy. Kocham ciagle litr. Galon wydaje mi się zbyt duży jednak. Kocham ciągle Odrę i piękny Zamek w Książu. Później, już tu przy „Moje”, na cmentarzu przy Garfield Avenue, tęsknię. Patrzę się na zieloną Statuę Wolności, na Most Brooklinski i mam w sobie ból tęsknoty. Jak długo jeszcze? Jest to taki sam rodzaj bólu, jaki mam, kiedy oglądam stare fotografie. Czy jest to nostalgia? Chyba tak, jak myślisz? Obsesyjnie już wspominam Waltera Benjamina i jego teorie aury. Ależ oczywiście, że fotografia jest paroksyzmem bólu. To też ostatnio zbyt często do mnie powraca. Dla mnie teraz, po czasie spędzonym tu, kiedy jestem tam, w pięknej Europie, wszystko wydaje się małe i ciasne jakoś. Brak przestrzeni? Chyba nie. Więc, co? Dlaczego już nie umiem być u siebie? To jedno z moich wielu pytań fundamentalnych, do których wcale nie szukam odpowiedzi.
Nie, ten wyjazd po fotografie nie mógł być zbiegiem okoliczności. Tak wybrałem. Czy masz jeszcze jakieś wątpliwości?

Jak to jest, że w dobie niezwykle progresywnego rozwoju techniki cyfrowej, która daje przecież nieograniczone możliwości, artyści wciąż wracają do tych źródłowych i wielce czasochłonnych technik fotograficznych, u ciebie na przykład sporo zdjęć wykonanych jest w technice otworkowej? Nie wszyscy artyści powracają do tych starych technik. Znam wielu takich, którzy zakochani są w przetwarzaniu obrazu fotograficznego w komputerze. Znam też takich, którzy po swoich zdjęciach wielkich formatów jeżdżą na rowerze. Inni wylewają na swoje negatywy kwas solny. Jeszcze inni tną negatyw na kilkanaście części, aby go później posklejać, niekoniecznie pasującymi do siebie kawałkami. Cóż, każdy ma prawo robić ze sobą i ze swoim czasem co chce. Sztuka jest demokratyczna. Jeżeli to, co się robi jest szczere, prawdziwe, to chyba przetrwa. Kłamstwo zostanie odrzucone, to pewne. Czas weryfikuje wszystko. Sztuka to pojemny worek. Może nawet już zbyt pojemny. Boję się tylko, że w czasie seryjnej produkcji prawie wszystkiego, są też seryjni producenci sztuki. Komputer jest tu świetnym narzędziem. W fotografii sprawa pozornie wydaje się jeszcze łatwiejsza. Ileż artystów już mówiło mi, że fotografują, bo nie maja zdolności manualnych. Robią zdjęcia, bo malowanie im nie idzie. Fotografia też jest demokratyczna. Pisać umiemy prawie wszyscy. Tylko nie każdy piszący jest od razu pisarzem. Podobnie jest z fotografią. Nie każdy fotografujący, nie każdy posiadacz aparatu fotograficznego, staje się od razu artystą fotografem. Pamiętaj: obraz maluje malarz, nie pędzel. Sztukę komputerową też robi człowiek, nie komputer. Wiec i do tego są potrzebne specjalne zdolności, talent, pewne predyspozycje, dar. Tego nie zastąpi najnowsza wersja programu Photoshop, drogi pędzel, wymyślna automatyka pięknego, najnowszego Nikona. Mam racje, czyż nie?
Wspominasz moje zainteresowanie fotografią otworkową. Tak, kocham ten „ciężarny” obraz, te rozostrzone cztery rogi i tak już nieostrego zdjęcia. Te wszystkie niedokładności i poruszenia wynikające z niewyobrażalnie długich czasów naświetlania. Ale prawdę mówiąc ty nie musisz wcale wiedzieć, że jest to właśnie „otworek”. Oceniasz obraz, nie kamerę. Te obrazy mają w sobie coś tajemniczego. Nawet może są metafizycznie nostalgiczne, co lubię. Mam dwie takie kamery. Jedna na format 4 x 5 cala, druga na format 8 x 10 cala. Obie są drewniane. Nie mają żadnej matówki, żadnego celownika, nic. Dziurka, klapka ją zamykająca, miejsce na kasetę z negatywem. Elegancka prostota. Moja intuicja i przyjemność widzenia. Uczyłem się tych kamer ponad rok. Obraz „zrobiony” taką kamerą nie powinien być niespodzianką, tak myślę. Niestety wielu fotografów na te niespodzianki liczy, oczekuje tego. To tyle co chce i co umiem ci o tym opowiedzieć. Reszta jest na moich fotografiach.
Uogólniając sprawę, można powiedzieć, że jest pewna grupa fotografujących, która zachłysnęła się przetwarzaniem zdjęć komputerem. Jest też druga grupa, która zakrztusiła się fotografią „otworkową”. Jedni jak i drudzy, mają nadzieję, że sam sprzęt zrobi z nich artystów. Oczywiście jest to nieporozumienie.

A może fotografia cyfrowa to nowa dziedzina sztuki? Sporo już na ten temat powiedziałem odpowiadając na poprzednie twoje pytanie. Pewnie fotografia cyfrowa może być nową dziedziną sztuki. Chociaż myślę, że problem leży zupełnie w innym miejscu. Nie w tym czym, ale jak! Pamiętaj o tym, że cyfrowe aparaty fotograficzne ciągle mają obiektyw i zdaje się będą go miały zawsze. A reszta jest w obrazie. W tym jak został on skonstruowany, jak widziały twoje oczy. Nie to jest ważne co zobaczył obiektyw twojej kamery. Nie to jest ważne, co zostało przetworzone z postaci analogowej na cyfrową. Ty jesteś tu ważny. Twoja wrażliwość, umiejętność widzenia „rzeczy”.
Fotografia cyfrowa, to ciągle jest w końcu fotografia. Może być ona dobra lub zła, lub na przykład taka sobie. Podział na cyfrową, otworkową, małoobrazkową, średnioformatową , wielkoformatową, i tak dalej, jest podziałem sztucznym i chyba niepotrzebnym. Takie zaszeregowania chyba szkodzą samej fotografii.

W jakim kierunku zmierza dziś współczesna fotografia amerykańska? W wielu kierunkach. Nie umiem ci na to pytanie odpowiedzieć. Chyba nikt nie umie. Generalnie widzę jakiś miły dla mnie renesans fotografii czarno-białej. Z wielką przyjemnością oglądam takie zdjęcia w galeriach. Powstało w Stanach zupełnie nie tak dawno sporo pięknie wydawanych pism poświęconych tylko i wyłącznie takiej fotografii. W czasie postmodernizmu wszystkie kierunki, trendy, nurty, style, tendencje, byłe awangardy, byłe już neoawangardy, wymieszały się razem. Jest teraz wszystko i to wszystko równoprawnie jest pokazywane. To jeden wielki gar z bigosem. Nowy Jork to stolica fotografii światowej. Miasto to jest zawsze skłonne pokazać nowe. Miasto to kocha nowe i tego nowego tu jest dużo. Galerie pokazują sporo tak zwanej fotografii inscenizowanej, fotografii wymyślonej, aranżowanej, niejako stwarzanej sztucznie rzeczywistości i później fotografowanej. W takiej fotografii nierzadko sami ludzie są też rekwizytami. Jest dużo, i to od długiego czasu, fotografii o tematyce lesbijsko-gejowskiej. Drażni mnie to, choć zupełnie nie mam nic przeciwko lesbijkom i gejom. Nie podoba mi się po prostu moda na te fotografie, bo zbyt często tylko temat jest już sam w sobie wielką atrakcją.
Jest też sporo tej zwykłej, szczerej, bezpretensjonalnej, rzetelnej fotografii krajobrazowej, wykonywanej w stylu wielkich amerykańskich mistrzów.
Amerykanie mają do fotografii wielki szacunek i myślę, że jak żaden naród na świecie ją rozumieją.

Czy interesują cię współczesne techniki przetwarzania obrazu? Nie!
Nie chcę być w tym momencie niegrzeczny, więc rozwinę trochę to moje surowe „nie”. Mam wyjątkowy respekt do tego, czym jest fotografia. Szanuję negatyw i jest on dla mnie świętością nienaruszalną. Z niego powstaje odbitka. Bez zniekształceń, bez kadrowania w ciemni i bez manipulacji. Negatyw jest partyturą, jak powiedział o nim kiedyś Adams. Pozytyw to wykonanie. Oczywiście mam tu na myśli klasyczną, zwykłą, prostą fotografię czarno-białą, monochromatyczną. Na innej właściwie się nie znam. Ale znam takich, którzy taką fotografią się brzydzą. Dla nich to za mało. Chcą więcej i wtedy zaczynają przetwarzać. Jest kobieta i mężczyzna, białe i czarne, duże i małe, jest „plus” i „minus”, pies i kot. W przyrodzie musi być utrzymana równowaga. Są więc ci, którzy nie przetwarzają i ci, którzy tylko przetwarzają. Księżyc ma też dwie strony.
Cieszę się, że jestem zwykłym fotografem, że to co widzą moje oczy fotografuję. Cieszę się, że widzę.

Pytał: Andrzej Kalinowski [Ultramaryna wrzesień 2002]

Andrzej Jerzy Lech – ur. w 1955 r. we Wrocławiu. W latach 1981-84 studiował na Wydziale Fotografii Artystycznej Konserwatorium Sztuki w Ostrawie (Czechy). W 1983 r. był jednym z twórców programu „fotografii elementarnej”, propagowanym przez Galerie „Foto-Medium-Art” we Wrocławiu, z którą był związany do 1987. W 1986 r. otworzył we własnym mieszkaniu w Opolu prywatną galerię „5d/3”. W 1987 r. poprzez Niemcy (Wuppertal) wyjechał do USA, gdzie od 1988 r. w Jersey City, New Jersey, prowadzi własną pracownię i galerię – On The Road Gallery. Lech aktualnie jest reprezentowany przez Graphistock Alternative Photography & Images.com. Mieszka i pracuje w Jersey City, New Jersey. Od 1981 r. Lech jest twórcą kilku ważnych dla rozwoju najnowszej polskiej fotografii cykli (m.in. „30 fotografii”, „Kalendarz szwajcarski, rok 1912”, „Amsterdam, Warka, Kazanłyk...”), wykonanych w małym formacie, często starymi aparatami. Charakteryzują się one ukazaniem zbliżeń przedmiotów, malarskimi pejzażami i ich fragmentami o symbolicznym znaczeniu, ale także minimalistycznej formie. W latach 90. jego styl stał się bardziej dokumentalny, ale z drugiej strony powstawały zdjęcia o malarskim charakterze, choć oparte wyłącznie o cechy medium fotograficznego. [oprac. Krzysztof Jurecki, Muzeum Sztuki w Łodzi]






teksty
NIESTRUDZENI PRZYJACIELE ROŚLIN
Jedna i ta sama roślina może być chwastem i ozdobą, trucizną i lekarstwem. Nasze związki z roślinami bywają subteln... >>>

THE PARTY IS OVER: Trip-(c)hop i trip-baba
Impreza dopiero się rozkręca – wbrew nazwie, pod jaką ukrywają się Daria Ryczek i Michał Wajdzik. Muzyczny du... >>>

MARIUSZ KAŁAMAGA: Licencja na rozśmieszanie
Kto rano wstaje – ma szansę usłyszeć go na falach eteru. Czasami wygląda też z telewizora, a bardziej wtajemnic... >>>

ANNA CIEPLAK: Nie demonizujmy gimbazy
Pisze tylko wtedy, gdy ma coś do opowiedzenia. Na co dzień jest społeczniczką zaangażowaną w aktywizację lokalnej wsp... >>>
komentarze: 1
po imprezie
Ostatnio dodane | Ostatnio skomentowane
Colin Stetson
19.12.2016
Julia Marcell
21.11.2016
Katowice Tattoo Konwent
30.09.2016
Tauron Nowa Muzyka 2016
2.09.2016
Off Festival 2016
8.08.2016
Podziel się z resztą świata swoimi uwagami, zdjęciami, filmami po imprezach.
o nas | kontakt | reklama | magazyn | zgłoś błąd na stronie | © Ultramaryna 2001-2017, wszystkie prawa zastrzeżone