Serwis Ultramaryna używa plików cookies. Odwiedzając nasze strony akceptujesz otrzymywanie cookies (ciasteczek). Warunki dostępu do plików cookies możesz określić w swojej przeglądarce.

ZAMKNIJ

Ultramaryna | MIECZYSŁAW BIENIEK: Bilet do Sosnowca
środa 13.12.17

START
LOKALE
FORUM
BLOGI
zgłoś imprezę   
  ultramaryna.pl  web 
MIECZYSŁAW BIENIEK: Bilet do Sosnowca


Umówienie się na wywiad z panem Mieczysławem to wyższa szkoła jazdy, bo tak właściwie nigdy nie wiadomo, w jakim zakątku świata przebywa ten pięćdziesięciokilkuletni były górnik. Wreszcie po paru dniach udaje nam się ustalić, że pan Mieczysław i owszem, wybrał się w kolejną ze swych szalonych wypraw – tym razem rowerem do Czeczenii – i aktualnie pedałuje po Bieszczadach, planując przejazd przez Słowację, Ukrainę, Węgry, Rumunię, Istambuł, do Rosji. Zgodził się jednak na udzielenie wywiadu, więc o umówionej godzinie sięgam po telefon i dzwonię.

Dzień dobry, tu Marceli Szpak, miesięcznik Ultramaryna. – Ksch… ksch… – zaskrzeczało w słuchawce.
Halo?! Czy dodzwoniłem się do pana Mieczysława Bieńka? – Ksch… ksch…
Halo…?! – Suchej ino – kolejne szumy i trzaski. – Tu zaroz dupnie tako burza, że się musza kajś schować. Zadzwoń jutro, teroz musza uciekać.

I połączenie zostało zerwane. Dostałem kolejne 24 godziny, które poświęciłem na przejrzenie dwóch książek napisanych przez pana Mieczysława: „Hajer jedzie do Dalajlamy” i „Z hajerem na kraj Indii”, z których poznałem początek jego historii. W odróżnieniu od wielu opowieści podróżniczych, historia pana Mieczysława zaczyna się nie na drodze, tylko w szpitalu. W wieku 44 lat Mieczysław Bieniek dowiaduje się, że już nigdy nie będzie mógł pracować w kopalni, gdzie na stanowisku górnika strzałowego przepracował ostatnich dwadzieścia kilka lat. Zaawansowana pylica, obrażenia po wypadkach i zwaleniach – jednym słowem: koniec. Górnicza odprawa, pozwalająca na przeżycie paru miesięcy i konieczność całkowitej zmiany stylu życia, które dotychczas kręciło się przede wszystkim wokół kopalni i rodziny. Chwilę później pan Mieczysław jest już w Indiach. Musiałem o to zapytać.

Skąd te Indie, panie Mieczysławie? – zaczynam następnego dnia, kiedy udaje mi się ponownie dodzwonić i obaj z radością odkrywamy, że jest zasięg i nie zagrażają nam żadne zjawiska atmosferyczne.

Co pana tak pociągało w tym kraju? – Właściwie do tej pory nie wiem dlaczego Indie. To wszystko zaczęło się po tym, jak wyszedłem ze szpitala, w którym spędziłem ponad dziewięć miesięcy. Lekarze jasno oznajmili: Koniec, panie Mieczysławie, żadnej kopalni, emerytura. Nie miałem pojęcia, co ze sobą zrobić, byłem totalnie zdesperowany. Z reguły ludzie mają czas zaplanować sobie emeryturę, przemyśleć, co będą w tym czasie robić, a mnie to spotkało ot tak, pstryk i już. Całe życie pracowałem z materiałami wybuchowymi, jeździłem górniczymi kombajnami, a oni mówią „musisz zmienić swoje życie”. No ale na co je miałem zmienić? Wyszedłem z tego szpitala i pierwszym, co zauważyłem, był drogowskaz w Katowicach – „Warszawa, Moskwa, Delhi”. Decyzja była właściwie natychmiastowa: o Indiach wiedziałem tylko tyle, że są tam dwa miasta – Bombaj i Kalkuta, ale tam właśnie chciałem pojechać. Oczywiście z początku nie mogłem o tym nikomu powiedzieć, nawet żonie czy córce, bo obie uznałyby, że zwariowałem. Strasznie się jednak cieszę, że podjąłem taką właśnie decyzję. Zacząłem od razu od skoku na głęboką wodę i wyszło mi to tylko na dobre, ponieważ właśnie podczas tej pierwszej wyprawy natknąłem się na fantastycznych ludzi.


Pierwszej wyprawy? To znaczy, że nigdy wcześniej pan nie podróżował? Nie, jakoś mnie nigdy nie ciągnęło. Z żoną gdzieś na wczasy to tak, trochę pochodzić po górach czasem, ale żeby tak jeździć po świecie i oglądać, to raczej nie. Jakaś wycieczka do Włoch, a tak to głównie jeździliśmy nad bajorko w Dziećkowicach, gdzie się mogłem potaplać na desce surfingowej i to byłoby na tyle.

Ląduje pan więc w Indiach, całkiem sam w zupełnie egzotycznym świecie i jaka jest pana pierwsza reakcja? Kompletny szok. Pierwsze trzy dni zupełnie nie wiedziałem gdzie jestem, byłem przekonany, że popełniłem największy błąd w życiu. To wszystko, co mnie otaczało: krowy, ludzie, kolory, wszechobecna bieda i nędza sprawiało wrażenie kompletnego chaosu. Pewnego dnia stanąłem po prostu na środku ulicy i zacząłem pytać siebie samego: „coś ty głupku tak właściwie zrobił?”. To był prawdziwy koszmar. W końcu udało mi się znaleźć budkę telefoniczną i uznałem, że pora zadzwonić do żony, która pewnie zaczęła się już martwić. Musiałem jej wyjaśnić, że wbrew temu, co mówiłem, wcale nie szwendam się po Beskidach, tylko jestem kilka tysięcy kilometrów dalej. W telefonie zapadła cisza. „Prosza cie, Mietek”, usłyszałem po chwili, „Niy pij już tyj gorzoły, prosza cie. Wracej do mie, abo zaroz przida do tego gołymbnika, kaj wszyscy pijecie i wom nogi z rzici powyrywom!”. „Ale Iwonka, jo naprowda jest żech w tych Indiach.” Kiedy nadal nie potrafiła mi uwierzyć, zgarnąłem jakiegoś przechodzącego Hindusa i gestami pokazałem mu, żeby zagadał coś do słuchawki. Żona powiedziała tylko „Jezus Maria” i skończyła rozmowę. Zobaczyłem ją dopiero sześć miesięcy później, kiedy wróciłem do kraju.

I nie czuł pan żadnego strachu? Sam, bez znajomości języka, w kompletnie obcym dla pana kraju? Pewnie, że tak, bałem się każdego dnia. Pierwszy miesiąc spędziłem tak właściwie nie opuszczając stacji kolejowych. Kupowałem bilet do jakiegoś miasta, dojeżdżałem tam pociągiem, a potem nie wychodziłem z dworca. Miałem pieniądze, ale po pierwsze nie wiedziałem jak je wymienić na miejscową walutę, a po drugie bardzo szybko dałem się obrobić z gotówki. Wszystko się zmieniło dopiero wtedy, kiedy spotkałem znaną polską himalaistkę – Ankę Czerwińską, której opowiedziałem swoją historię. Najpierw stwierdziła, że musiałem upaść na głowę, a potem ustawiła mnie do pionu, pomogła się pozbierać i powiedziała, co i jak. Dzięki temu spotkaniu zrozumiałem, że dam sobie radę i tak rozpoczęła się sześciomiesięczna podróż. Trafiłem na dziewczyny z Krakowa, które pozwoliły mi się zabrać ze sobą, stawiając tylko jeden warunek – muszę każdego dnia nauczyć się trzech nowych słów po angielsku, tak by za jakiś czas już samodzielnie dogadywać się z mieszkańcami. Po trzech tygodniach dziewczyny wróciły do domu, a ja wybrałem się do Nepalu. Tak się to wszystko zaczęło. Pół roku później wróciłem do Katowic, posiedziałem przez chwilę w domu, a kiedy stwierdziłem, że mam jeszcze jakieś pieniądze z odprawy, ruszyłem w kolejną podróż, tym razem odwiedzając Kambodżę, Laos i Wietnam.

Chyba nigdy nie słyszałem o lepiej zainwestowanej odprawie górniczej. To wcale nie były jakieś masakaryczne pieniądze. Zawsze zresztą wszystkim powtarzam, że podróżowanie wcale nie wymaga jakichś większych nakładów finansowych. Kiedy w zeszłym roku pojechałem do Ameryki Południowej, największy koszt stanowiła cena biletu lotniczego do Bogoty, która wynosiła 1600 zł. Cała wyprawa wyszła mnie w sumie jakieś pięć tysięcy. W podróżowaniu o wiele ważniejszy od pieniędzy jest pomysł i sama chęć podróżowania. Kiedy kończyły mi się pieniądze gdzieś za granicą, po prostu rozglądałem się za pracą na miejscu. Kiedy w zeszłym roku mnie okradziono, przez jakiś czas „zarabiałem” na siebie dojeniem krów. Nauczyli mnie tego święci mężowie, których poznałem na granicy Indii z Pakistanem. Będąc bez pieniędzy w Singapurze załapałem się do pracy przy budowie spalarni zwłok i po jakimś czasie, jako zwykły „przynieś, zanieś, pozamiataj” zarobiłem tyle, że jeszcze obskoczyłem Borneo i dotarłem do Malezji. Różnie bywało, ale brak pieniędzy z reguły nie stanowił większej przeszkody.

Żona się w końcu pogodziła z pańską nową pasją? A może sama się gdzieś z panem wybrała? Teroz to się tak pytosz, jak tako jedna nasza sąsiadka – „Panie Biyniek, a wy ta swoja żona to kajsi bierecie?”. „No dyć, że jom biera, trzidziści lot my już som małżeństwem, jakbych jij niy broł, to by się downo inszego znodła”. Ale tak serio, to moja żona pojechała ze mną kiedy po raz kolejny wybrałem się do Indii, niestety załapała po drodze jakiegoś bakcyla i na tym się skończyło. Chciałaby ze mną podróżować, ale nie za bardzo może. Nie chcę jej zresztą narażać na takie sytuacje, które spotkały mnie na przykład na granicy Pakistanu z Afganistanem. Po długiej wędrówce trafiłem tam na jakąś chatę nad górskim jeziorem. Pukam do drzwi, żadnej reakcji, więc wypchnąłem okno zabezpieczone baranim pęcherzem i wpakowałem się do środka. Patrzę, a w środku siedzi jakiś brodaty muzułmanin i przesuwa w dłoniach modlitewne paciorki. Przywitałem się próbując nawiązać jakiś kontakt, facet jednak nie odezwał się ani słowem. Noc była strasznie zimna, więc stopniowo spaliłem tę chatę, dorzucając do ognia drzwi, belkę podporową. Rano obudził mnie konny patrol pod bronią. Muzułmanin gdzieś zniknął, a ja nie wiedziałem, co robić, więc po prostu podniosłem ręce do góry i powiedziałem po polsku „przepraszam”.

Nie wiem na ile mnie zrozumieli, w każdym razie dostałem kałasznikowem pod żebra i zostałem wsadzony na konia. Zawieźli mnie do jakiejś wiochy, gdzie chodził za mną krok w krok jakiś upierdliwy stuletni dziadek z bronią skałkową. Dopiero po pięciu dniach pojawił się tłumacz, dzięki któremu zostałem z powrotem odwieziony do tej samej, częściowo spalonej chaty. Dopiero od czekających tam na mnie pakistańskich policjantów dowiedziałem się, że wszyscy szukają jakiegoś Polaka, który spalił afgański posterunek graniczny, a potem zniknął. Dopiero wtedy tak naprawdę dotarło do mnie, gdzie byłem. Wtedy też zrozumiałem, że najważniejszym jest brak strachu przed ludźmi. Jeśli nie spanikujesz, jeśli zauważysz w nich kogoś, z kim można porozmawiać, wszystko ułoży się po twojej myśli.


A co poradziłby pan tym wszystkim, którzy chcieliby ruszyć w pana ślady, wrzucić parę złotych do kieszeni i zwiedzić świat? Właściwie to, co powtarzam każdemu – zanim zaczniesz podróżować, musisz najpierw polubić samego siebie i pozbyć się lęków. Większość ludzi, nim jeszcze wyjdzie z domu, zaczyna sobie wymyślać jakieś czarne scenariusze: zastrzelą mnie, okradną, zgubię się, stanie mi się jakaś krzywda. A wystarczy tylko powiedzieć sobie na wstępie: wiem, że spotkam samych wspaniałych ludzi, wiem, że przytrafią mi się tylko dobre rzeczy. I tak się właśnie dzieje. Każdemu, kto marzy o przygodzie, ale nie jest pewien swych sił, mówię tak: weź trzi piątka, kup se bilet do Sosnowca albo innego miejsca, gdzie nigdy nie byłeś i spędź tam cały dzień. Jeśli ta wyprawa w nieznane ci się spodoba i uznasz ją za udaną przygodę, to każda następna będzie już tylko lepsza.

tekst: Marceli Szpak | zdjęcie: archiwum Mieczysława Bieńka, Wydawnictwo Annapurna
ultramaryna, lipiec/ sierpień 2012




WYWCZASY/ ROADTRIPY/ TURNUSY/ POBYTY!
Dla tych co na wczasach - byli, są lub dopiero się wybierają – przygotowaliśmy wakacyjny konkurs. Aby nie obciążać odprężonych mózgów, zasady są bajecznie proste: prześlij nam najfajniejszą „pocztówkę” z wakacji i wygraj sobie pobyt na festiwalu Tauron Nowa Muzyka (lub książki naszego wakacyjnego bohatera).

Do wtorku 21.08 (deadline o północy) prześlij na adres: konkurs@ultramaryna.pl obrazkowe pozdrowienia dla Ultramaryny ze swoich wakacji (technika dowolna). Trzy najbardziej wyjątkowe jury nagrodzi karnetem na Festiwal Tauron Nowa Muzyka 2012 (kolejno dwoma karnetami 4-dniowymi i jednym 2-dniowym) + przyzna jedno wyróżnienie w postaci zestawu książek z przygodami Hajera od Wydawnictwa Annapurna. Nadesłane prace opublikujemy na naszym profilu facebookowym. Jeden uczestnik konkursu może wygrać tylko jedną nagrodę (bez względu na ilość przesłanych pocztówek). Zwycięzcy zostaną powiadomieni o wygranej mailem w terminie 24 godzin od zakończenia konkursu.


Biorąc udział w konkursie zgadzasz się na bezpłatne opublikowanie swojego zdjęcia na stronie www.ultramaryna.pl, w profilu www.facebook.com/ultramaryna oraz na przetwarzanie swoich danych osobowych przez Ultramarynę w celu przeprowadzenia konkursu, w szczególności przyznania i wydania nagród. Twoje dane osobowe będą wykorzystywane zgodnie z odpowiednimi regulacjami prawnymi, w szczególności na zasadach określonych w ustawie z 29 sierpnia 1997 r. o ochronie danych osobowych.









KOMENTARZE:

2012-07-13 17:32
>Każdemu, kto marzy o przygodzie, ale nie jest pewien swych sił, mówię tak: weź trzi piątka, kup se bilet do Sosnowca albo innego miejsca, gdzie nigdy nie byłeś i spędź tam cały dzień. Jeśli ta wyprawa w nieznane ci się spodoba i uznasz ją za udaną przygodę, to każda następna będzie już tylko lepsza. Po przeżyciu dnia w Sosnowcu niestraszne jest już nic.
kaja


SKOMENTUJ:
imię/nick:
e-mail (opcjonalnie):
wypowiedz się:
wpisz poniżej jakie miasto jest stolicą Polski:
teksty
MACIEJ OBARA: Muzyka to nie bieg przez płotki
Pochodzi z Jeleniej Góry, ale to Katowice wykształciły go i dały mu przyjaźnie trwające do dziś. Stały się wrotami... >>>

MICHAŁ REJNER: Z bytomskiej ulicy na chicagowskie salony
Historia jak z amerykańskiego filmu. Nikomu nieznany malarz samouk otrzymuje propozycję wystawienia swoich obrazów w pre... >>>

JAKUB FOCHTMAN: Architekt od samochodów
Student architektury na Politechnice Śląskiej zdobywcą pierwszej nagrody w konkursie „Renault. Passion for Design... >>>

LARP: Czarodziejka? Gwiazda rocka? Możesz być każdym
Całe życie wierzyłaś w swój list z Hogwartu. Mimo setek dowodów na to, że świat opanowany jest przez mugoli, nigd... >>>

POGODNO: Zwariowany hałas i absurdalne zbitki słów
„Sokiści chcą miłości”, a świat potrzebuje takiej muzyki, jaką nagrali na ostatnim albumie artyści... >>>
po imprezie
Ostatnio dodane | Ostatnio skomentowane
Off Festival 2017
8.08.2017
Festiwal Tauron Nowa Muzyka 2017
7.07.2017
Gorillaz
20.06.2017
Colin Stetson
19.12.2016
Julia Marcell
21.11.2016
Podziel się z resztą świata swoimi uwagami, zdjęciami, filmami po imprezach.
o nas | kontakt | reklama | magazyn | zgłoś błąd na stronie | © Ultramaryna 2001-2017, wszystkie prawa zastrzeżone