Serwis Ultramaryna używa plików cookies. Odwiedzając nasze strony akceptujesz otrzymywanie cookies (ciasteczek). Warunki dostępu do plików cookies możesz określić w swojej przeglądarce.

ZAMKNIJ

Ultramaryna | JAN KLATA: Nieunikniona utrata boskości
sobota 27.05.17

START
LOKALE
FORUM
BLOGI
zgłoś imprezę   
  ultramaryna.pl  web 
JAN KLATA: Nieunikniona utrata boskości



W tym roku, część teatralna festiwalu Ars Cameralis stanie się małym Jan Klata fest. W programie znalazły się dwa spektakle tego reżysera – umieszczony w scenerii galerii handlowej dramat „Kazimierz i Karolina” oraz gorzka i waląca po oczach, ale też leciutko nostalgiczna opowieść o sierotach po żużlowym micie Bydgoszczy „Szwoleżerowie”.

Klata miejsce w encyklopediach wywalczył sobie m.in. wstrząsającym spektaklem „Transfer!” traktującym o polskich i niemieckich przesiedleńcach oraz świetnymi adaptacjami „Sprawy Dantona” Przybyszewskiej i „Trylogii” Sienkiewicza. Z reżyserem rozmawiamy tuż po jego doskonale przyjętym spektaklu „Utwór o matce i ojczyźnie”.

Ultramaryna: Czy pierwszą myślą podczas pracy nad tym spektaklem było, żeby tym razem zrobić coś zupełnie inaczej, kompletnie wbrew własnej poetyce?
Jan Klata:
Nie, pierwszą myślą było, żeby zrobić sensownie. Za każdym razem się staramy, żeby było inaczej, choć może rzeczywiście teraz jest pewna skrajność, bo po raz pierwszy daliśmy sobie tak wielką wolność oraz ogromny kredyt zaufania, a do tego byliśmy bardzo cierpliwi i po raz pierwszy prawie nie ma muzyki mechanicznej, lecz śpiew na scenie.

Ten pomysł pojawił się już w trakcie lektury utworu? Tak, podczas lektury myślałem o pierwotności tego tekstu. Pomyślałem, że autorka chce stworzyć feministyczną wersję „Odysei”… „Iliady”…

Przede wszystkim „Orestei”. Tak, coś absolutnie pierwotnego, więc chcieliśmy się odnosić właśnie do pierwotności i rytualności. Początki teatru są związane ze śpiewem, melodiami. Próbowaliśmy wskrzesić te korzenie po to, by znów formę wywrócić, bo przecież nasyciliśmy ją kompletnie inną treścią, przeciwną do opowieści o męskich bohaterach.

Na ile wcześnie pojawiła się koncepcja kostiumów Łagowskiej? Koncepcja kostiumów Łagowskiej i (podkreślam) Stępniaka, bo Mateusz bardzo nam pomógł zarówno przy kostiumach, jak i przy fryzurach…

No właśnie, skąd te wplecione we włosy kwiaty bawełny? Przecież tam jest mnóstwo odniesień do niewolnictwa – pieśń „W bagnach Mississipi…” itd. Nie chcieliśmy robić reportażu z antysemickiej Polski C czy D – to wydało nam się mało płodne intelektualnie. Wydawało nam się, że interesującym tropem są różnorodne inspiracje bohaterki i bardzo ciekawa wizualnie wydała mi się koncepcja trybalna, plemienna. Myśleliśmy o różnych plemionach, w tym także o tych, w których panuje matriarchat – chociaż zdaje się, że odkryto tylko jedno takie na ziemi, a i to nie jest takie pewne.

No nie jest aż tak źle. Jeden prawdopodobny jego ślad znajduje się nawet na Ślęży. O, pod Wrocławiem? Cudownie. Chcieliśmy zrobić z tych postaci wojowniczki i nawet jest taka scena, w której dziewczyny mają piękne, na poły afrykańskie stroje tylko przez półtorej minuty – to ta scena, która kończy się porodem i słychać wrzask: „Getto się pali”. To nie zrodziło się od razu, ścierały się różne koncepcje.

A co zostało po drodze odrzucone? Na przykład stylistyka inspirowana dokumentem „Grey Gardens”. Obejrzeliśmy go bardzo uważnie – zresztą scena z chorągiewką jest prawie cytatem z tego filmu, ale uznaliśmy, że wyglądałoby to jak z dworca, byłoby za mało wzniosłe i niełatwe do identyfikacji, a gdy dziewczyny stają się wojowniczkami, to mają taką moc, że właściwie sam chciałbym się stać kobietą.

Zawsze frapowały mnie chwile czułości w pana spektaklach. W „Szajbie” coś takiego pojawia się tylko na sekundę. Dokładnie tę ostatnią, gdy na scenę wchodzi postać Polski. … za to wtedy jest jej sporo.

Oj tak! Natomiast od takich momentów wręcz kipi „Transfer!”. „Transfer!” jest jedną wielką czułością. Był. Dwa dni temu w Mariborze zagraliśmy ten spektakl po raz ostatni.

Z jaką reakcją? Fantastyczną. Zresztą Słoweńcy miesiąc temu w Lublanie świetnie też przyjęli „Utwór o matce i ojczyźnie”, ale odbiór „Transferu!” tam na Bałkanach to było coś wyjątkowego. W obie strony zresztą, bo na przykład w Serbii trafiliśmy na ścianę.

Co kryje się pod tym eufemizmem? Graliśmy dwa dni po aresztowaniu Ratka Mladića, więc można było bardzo łatwo sprawdzić czy to był tylko rządowy gest na pokaz, aby Serbię przyjęto do Unii Europejskiej, czy może tamtejsze społeczeństwo jest już gotowe, żeby przepracować mentalnie pewne sprawy. Nie jest.

Gdy taki kontekst pojawia się kilka dni po śmierci Kadafiego, po prostu muszę zadać to pytanie: zrobi pan spektakl o tych wydarzeniach? Wokół tej sprawy niby panuje wielkie oburzenie. Wiadomo, że jest w tym mnóstwo obłudy, ale z drugiej strony, że wszyscy są wstrząśnięci tym tańcem nad trupem itd. A ja sobie przypominam, iż w 1945 roku, w kolebce cywilizacji europejskiej – na Półwyspie Apenińskim – Włosi urządzili swojemu dyktatorowi coś znacznie gorszego…

I to ma być usprawiedliwienie? To nie jest żadne usprawiedliwienie. Chodzi mi to, że ten przejaw poczucia cywilizacyjnej wyższości jest zupełnie nieuzasadniony. A temat rzeczywiście jest ciekawy: batalion komandosek, które nie odstępowały go na krok; namiot rozbijany w centrach wielkich miast…

No właśnie – co motyw, to urzekająca plastyka – złoty pistolet, złoty strzał… Wspaniała sprawa. Ja nie znam ostatnich wiadomości, więc jeszcze nie wiem, co „on sobie zrobił”. Ciekawe też, na jaki wariant „prawdy” zdecydują się siły sprzymierzone, to znaczy jaki jej wariant zgodzą się ogłosić światu – czy to była zabłąkana kula, czy może wypadek, bo nie zapiął pasów; a może eksplodowała poduszka powietrzna…

Kilka takich narracji już krąży. I jest jeszcze narracja rosyjska. Nie powiem, że obłudna, a gdzieżby! Że jak to? Zabić jeńca wojennego? Przecież trzeba się nim opiekować, leczyć, ale broń Boże, nie dobijać! I kto to mówi? Ci, którzy by nigdy, ale to nigdy, nie wysadzali swoich obywateli, aby dojść do władzy. Tak – Kadafi to wspaniały temat.

Pamiętam bardzo nieudaną dyskusję wokół „Ziemi obiecanej”, której zarzucano skrajny szowinizm… Spotkałem się z tego typu zarzutami ponownie po „Szwoleżerach”. Nie wydaje mi się, żeby, jak to ujął Maciej Nowak, każdy spektakl, który powtarza stereotypy płciowe, służył patriarchatowi, reprodukując go. A zatem sztuka jako narzędzie propagandy. Pod taką tezą mogliby się podpisać zwierzchnicy Leni Riefenstahl. W ten sposób postuluje się wyłącznie teatr prezentujący wzory godne naśladowania. Wystawianie „Makbeta” byłoby już wykluczone. W ogóle cała ambitna literatura byłaby nie do przyjęcia – jak niegodne naśladowania postawy pojawiają się chociażby w „Orestei”. Możemy oczywiście robić umoralniające spektakle, o tym jak Bąbel i Funfel przeprowadzają dzieci przez jezdnię…

I mieliśmy całkiem niedawno taki okres w sztuce, kiedy się takie robiło. Oczywiście, że w „Ziemi obiecanej” kobiety są prezentowane jako nagroda za sukces zawodowy mężczyzn. Jeśli komuś się to wydaje zupełnie niewspółczesne, okropnie szowinistyczne i polskie, to wystarczy porozmawiać z przyjaciółmi czy przyjaciółmi przyjaciół, którzy mieli okazję pracować w londyńskim City albo poczytać stamtąd relacje, żeby poznać przeurocze szczegóły odbywających się tam imprez. Podobnie ma się sprawa ze „Szwoleżerami”. My, do diaska, robiliśmy spektakl o środowisku żużlowców, a nie o sympozjum Marii Janion, a to są naprawdę różne sprawy. Wokół żużlowców obraca się mnóstwo dziewczyn, które chcą zbudować swoje życie na tym, że ich chłopcy szybko jeżdżą i zarabiają dużo pieniędzy. Nie twierdzę, że tylko takie kobiety znam, bo tak się składa, że robiłem też spektakle o paru zupełnie innych. Możemy oczywiście udawać, że takich zjawisk nie ma, ale twierdzenie, że ich pokazanie na scenie było spełnieniem moich najskrytszych męskich pragnień jest jednak nadużyciem. W „Ziemi obiecanej” są nawet tropy autoironiczne – tam dziewczyny tańczą na rurach do „This Is A Man’s World”, i to na dodatek nie w samczym oryginale, tylko do coveru The Residents, który sam w sobie jest prześmiewczy – przecież to jest skrzek Kaczora Donalda. Już to samo w sobie jest parodią. A wreszcie w finale „Ziemi obiecanej” okazuje się, że kobieta jest nie tylko murzynem tego świata, lecz także poniekąd tego świata Chrystusem. Zresztą jeśli ktoś mówi, że w „Ziemi obiecanej”kobiety są przedstawione jak idiotki, to ja się pytam, jak tam są przedstawieni mężczyźni.

To, że odwiecznym problemem jest to, że kobieta w teatrze nie pojawia się jako podmiot… Oczywiście, że w teatrze najczęściej kobieta nie jest podmiotem, bo dla dziewczyn nie ma ról. Ja bardzo chciałbym popracować z fantastycznymi aktorkami z Teatru Polskiego, dla których dotąd miałem ogryzki. To co Ania Ilczuk i Kinga Preis robią w „Sprawie Dantona”, to jest wbrew tekstowi i pod włos.

Marianna Kingi Preis już i tak się zapisała w historii teatru. Zapisała się, ale właściwie nic nie mówi. Proszę bardzo, dajmy głos kobietom, dajmy głos aktorkom, bo na razie mają w repertuarze światowym może dziesięć procent ról do zagrania, a może osiem. I teraz łapmy się prawą ręką za lewe ucho. Nawet rola Lady Makbet nie była pisana dla kobiety, starożytne role także nie były pisane dla kobiet…

Ale też nieraz przerobiliśmy przewrót w drugą stronę i niejednego żeńskiego Hamleta. Stąd właśnie pytanie, do którego od kilku minut zdążam – o męską postać w „Utworze o matce i ojczyźnie”. Gdyby jej nie było, to „Utwór…” stałby się „sztuką kobiecą”. To obecność tej postaci sprawia, że wypowiadający się podmiot staje się uniwersalny, co nie znaczy, że bezpłciowy. Dzięki tej postaci nie porusza się „problemu kobiecego” tylko problem ludzki. Trafnie pani to ujęła. Ja na to nie wpadłem. Myślę, że rzeczywiście tak jest. My nie wiedzieliśmy, dlaczego to robimy. Wiedziałem, że jedna z tych postaci powinna być mężczyzną, ale zupełnie nie wiedziałem, dlaczego. Zastanawiałem się czy nie powinien to być mężczyzna starszy, ale doszedłem do wniosku, że starzec reprezentowałby wtedy wszystko co najgorsze i pomyślałem, że chętnie bym popracował z Wojtkiem Ziemiańskim, bo on ma w sobie rodzaj łagodności, który pozwoli mu się wczuć w tę sytuację, a jednocześnie nie napakować jej testosteronem.

Praca z aktorami zaczęła się od oglądania programów etnograficznych w National Geographic? Nie, praca z aktorkami, bo tak przyzwyczailiśmy się określać występujące w tym spektaklu osoby włącznie z Wojtkiem…

Fajnie! ...zaczęła się od spokojnego czytania tekstu, kiedy jeszcze nie wiedzieliśmy, kto i co będzie mówił. Najpierw dziewczyny czytały te monologi jedna po drugiej i nawet śmiały się, że to taki casting. Wiedzieliśmy, że wystartujemy od najbardziej oczywistej relacji najstarszej aktorki z najmłodszą, ale w połowie przedstawienia to się odwróci. Ja też staję się swoim ojcem. O tym w końcu jest starożytna literatura. Każda kobieta w pewnym momencie zauważa, że staje się własną matką.

Ale tekst Bożeny Umińskiej-Keff jest nie tylko o tym, że naszym mitycznym celem jest pożreć i zastąpić swoich rodziców, ale też przede wszystkim o tym, że rodzice pożerają nas. Wyobraża pan sobie, że tego rodzaju oskarżycielski komunikat, jaki pojawia się w „Utworze…”, wyrażą kiedyś pańskie córki? Z pewnością będą sobie zadawać tego rodzaju pytania, kiedy tylko utracę swą rodzicielską boskość. Już za chwileczkę.

tekst: Pola Sobaś-Mikołajczyk | zdjęcie: Magda Hueckel (na zdjęciu: „Szwoleżerowie”)
ultramaryna, listopad 2011




>>> Jan Klata na Festiwalu Ars Cameralis









KOMENTARZE:

nie ma jeszcze żadnych wypowiedzi....


SKOMENTUJ:
imię/nick:
e-mail (opcjonalnie):
wypowiedz się:
wpisz poniżej jakie miasto jest stolicą Polski:
teksty
MIUOSH: Miasto, muzyka, rodzina
Spełniony artysta – już nie tylko rapowy, szczęśliwy mąż i dumny ambasador regionu. Z Miuoshem rozmawiamy o p... >>>

GGRUPA: Grunt to dobry pomysł
Paweł Lipiński i Mateusz Frankowski Pierwsze miejsce w konkursie magazynu „eVolo” na wieżowiec przyszł... >>>

PAWEŁ DYLLUS: Ekipa to jest klucz
Paweł Dyllus, operator. Absolwent Wydziału Radia i Telewizji, wielokrotnie nagradzany za zdjęcia do filmów Julii Rus... >>>

ALEKSANDRA TERPIŃSKA: Najwyżej będę robić filmy niepopularne
Aleksandra Terpińska to jedna z najciekawiej zapowiadających się absolwentek reżyserii Wydziału Radia i Telewizji UŚ... >>>

NIESTRUDZENI PRZYJACIELE ROŚLIN
Jedna i ta sama roślina może być chwastem i ozdobą, trucizną i lekarstwem. Nasze związki z roślinami bywają subteln... >>>

THE PARTY IS OVER: Trip-(c)hop i trip-baba
Impreza dopiero się rozkręca – wbrew nazwie, pod jaką ukrywają się Daria Ryczek i Michał Wajdzik. Muzyczny du... >>>

MARIUSZ KAŁAMAGA: Licencja na rozśmieszanie
Kto rano wstaje – ma szansę usłyszeć go na falach eteru. Czasami wygląda też z telewizora, a bardziej wtajemnic... >>>

ANNA CIEPLAK: Nie demonizujmy gimbazy
Pisze tylko wtedy, gdy ma coś do opowiedzenia. Na co dzień jest społeczniczką zaangażowaną w aktywizację lokalnej wsp... >>>
komentarze: 1
po imprezie
Ostatnio dodane | Ostatnio skomentowane
Colin Stetson
19.12.2016
Julia Marcell
21.11.2016
Katowice Tattoo Konwent
30.09.2016
Tauron Nowa Muzyka 2016
2.09.2016
Off Festival 2016
8.08.2016
Podziel się z resztą świata swoimi uwagami, zdjęciami, filmami po imprezach.
o nas | kontakt | reklama | magazyn | zgłoś błąd na stronie | © Ultramaryna 2001-2017, wszystkie prawa zastrzeżone