Serwis Ultramaryna używa plików cookies. Odwiedzając nasze strony akceptujesz otrzymywanie cookies (ciasteczek). Warunki dostępu do plików cookies możesz określić w swojej przeglądarce.

ZAMKNIJ

Ultramaryna | LECH MAJEWSKI: Bruegel na Jurze
niedziela 22.10.17

START
LOKALE
FORUM
BLOGI
zgłoś imprezę   
  ultramaryna.pl  web 
LECH MAJEWSKI: Bruegel na Jurze



Nowy film Lecha Majewskiego „Młyn i krzyż” łączy nie tylko malarstwo z kinem, ale także światowe gwiazdy aktorstwa ze śląskimi plenerami.

Woli być niedoceniany niż przeceniony. Przypisanie Lechowi Majewskiemu jednej profesji jest niemożliwe. Bezkompromisowy, poszukujący i spóźniony o pięć wieków artysta oprócz filmu zajmuje się teatrem, literaturą, malarstwem, operą, video-artem. Nagradzany i ceniony za granicą, u nas w kraju znany jest studentom filmoznawstwa i nałogowym miłośnikom ruchomych obrazów. Na ekrany kin wchodzi właśnie jego nowa produkcja „Młyn i krzyż” z Rutgerem Hauerem, Charlotte Rampling i Michaelem Yorkiem w rolach głównych.

W katowickim mieszkaniu, w którym przyszedł na świat, Lech Majewski opowiada o powodzeniu „Angelusa” w kraju Maradonny i Messiego, wyższości starego rapu nad nowym, ożywieniu na taśmie filmowej obrazu Pietera Bruegla i przypadkowym występie Margaret Thatcher w jego „Odysei”.

Ultramaryna: W Polsce najbardziej jest pan znany z działalności reżyserskiej, a w zasadzie głównie z dwóch filmów: „Angelus” oraz „Wojaczek”.
Lech Majewski:
Na szczęście nie jestem poddany tylko doświadczeniom polskim. Podróżuję przez świat, a tam proporcje są inne. Dzisiaj odebrałem maila od francuskiego dystrybutora z Celluloid Dreams. Wysłał mi informację, że najwięcej wejść mają: „Pokój Saren”, „Szklane usta”, czyli „KrewPoety” i „DiVinities”, które są z kolei kolekcją moich video-artów. Następny w tej hierarchii film fabularny to „Ogród rozkoszy ziemskich”. On cieszy się niesłabnącym powodzeniem na świecie. Przypisano mu już mnóstwo epitetów, takich naprawdę z górnej półki i aż wstyd mi je powtarzać. Naczelny „Sight And Sound” określił ten film jako pierwsze arcydzieło lekkiej kamery cyfrowej.

Wydaje mi się, że im trudniejsze filmy pan kręci, tym większe uznanie zdobywają za granicą. A u nas sukces odniósł stosunkowo prosty w odbiorze „Wojaczek”. On jest pozornie prosty. „Wojaczek” też był mocno atakowany tutaj – że wypaczał życiorys Wojaczka etc. To nie jest taki prosty film i właściwie nigdy nie doczekał się odpowiedniej analizy, a przynajmniej nie wpadła ona w moje ręce. Starałem się zbudować ekwiwalent filmowy poezji, więc każda sekwencja jest dla mnie wierszem.

Przyznaje pan, że rodzinne Katowice pozwalają panu „ładować baterie”. Potem rozładowuje je pan niemal na wszystkich kontynentach. Nie przeszkadza panu takie życie na walizkach? Tak mi się to życie układa. Jednocześnie moja sztuka dociera w coraz to odleglejsze miejsca. Jeśli jestem zapraszany np. do Honolulu Arts Academy, z samej ciekawości trudno nie skorzystać z takiej okazji. W Honolulu oprócz retrospektywy miałem również wykłady na uniwersytecie. Podobnie w Nowej Zelandii. Zwykle dotyczą zagadnienia symboli w sztuce. Ciągle dostaję zaproszenia z całego świata, a oglądanie własnych filmów w innej cywilizacji, w innej kulturze jest dla mnie ciekawym doświadczeniem.

Przypomina się panu jakaś związana z tym historia? Przeżyciem było dla mnie oglądanie „Angelusa” w Buenos Aires. Wcześniej w ich narodowym muzeum des Bellas Artes przez długi czas była wystawiona instalacja „Pokoju saren”, ciesząca się ogromnym zainteresowaniem. Dzięki temu zrobiono mi retrospektywę w kinie na dwa tysiące miejsc, wypełnionym po brzegi. Fenomenalna była dla mnie reakcja Argentyńczyków na mój śląski film. Tam, gdzie było śmiesznie, śmiali się. Gdzie smutno, ocierali łzy. Najdziwniejsze było zestawienie tego odbioru z obserwacją ludzi w Światowidzie. W Katowicach na widowni podczas projekcji, na którą się wkradłem, panowała właściwie cisza, a sporadyczne reakcje były tłumione. W Buenos Aires czułem się, jakbym pokazywał ten film na Śląsku, a przynajmniej tak, jak sobie wyobrażałem reakcję widzów w Katowicach zanim wszedłem do kina.

Być może dlatego, że pana twórczość do końca nie pasuje ani do dzisiejszych czasów, ani nie ogranicza się do jednej szerokości geograficznej. Rodząc się w Katowicach, człowiek ma trochę utrudnione życie, bo nasza kultura jest kulturą marginalną. W ocenie świata świadomość jakiejkolwiek zdobyczy naszej kultury jest minimalna i właściwie na jednej ręce policzyć można by polskich artystów, którzy rzeczywiście funkcjonują w świecie. Pomijam zakres muzyki poważnej, tu jeszcze jest najlepiej, ale to też jest wiedza ezoteryczna. Jako młodzieniec spędzałem wakacje w Wenecji, w której mieszkał mój wujek i widziałem, gdzie jest sztuka światowa, a gdzie są Katowice. Wenecja była dla mnie kosmicznym odkryciem. Byłem zaskoczony, że ludzie mogą tak budować, tak mieszkać, coś takiego stworzyć, bo to były antypody Katowic. Aczkolwiek ja potem w Katowicach odkrywałem coraz ciekawsze rzeczy: kubistyczny kościół garnizonowy czy całe fasady domów na 3. Maja i na Słowackiego.

Kiedy zakochał się pan w kinie i postanowił zostać reżyserem? Nie jestem pewien czy to była wizja, czy sen. Siedziałem na takim amerykańskim podnośniku z wielką kamerą i ten obraz za mną chodził. Byłem wtedy młodzieńcem piszącym wiersze, który bardzo przeżywał kino. Pamiętam, że „Edypa” Pasoliniego oglądałem w kinie Przyjaźń na Placu Wolności, w Światowidzie widziałem kilka filmów, które mną wstrząsnęły: „Błędny ognik” Louisa Malle’a, „Elvirę Madigan” Bo Widerberga, „Strategię pająka” Bertolucciego, „Toby Dammita” Felliniego z filmu „Trzy kroki w szaleństwo”. Po obejrzeniu tego ostatniego przez kilka godzin chodziłem jak pijany po Katowicach, tak jakbym się napił czystego spirytusu. Do teraz ów film ma dla mnie ogromną siłę. Z kolei w kościele na Oblatów zobaczyłem „Ewangelię według św. Mateusza” Pasoliniego. To też było ważne przeżycie. Działało jeszcze wtedy kino Elektron. Teraz obserwuję zmieniające się mody na różne kinematografie. Marco Mueller, który jest szefem festiwalu w Wenecji, pomógł wypromować kino chińskie, a dziś absolutny renesans przeżywają Rumuni oraz Tajowie i Indonezyjczycy. Jeszcze do niedawna w centrum uwagi byli Meksykanie. Czy na Polskę przyjdzie kolej? Jak na razie nic tego nie zapowiada. Być może kiedyś ta cisza wybuchnie.


na planie filmu promującego ESK 2016 Katowice

Parę lat temu chwalił Pan filmy Alejandro Gonzaleza Inarritu i Dagura Kari. Ktoś z młodych reżyserów dołączył do tego grona? Tak, jest paru. Bardzo dobry jest estoński film „Kuszenie świętego Tony’ego”, to fenomenalne kino. Teraz widziałem w Rotterdamie „Finisterrae”, też nieźle pokręcony film. Guy Maddin jest ciekawym reżyserem. Czasami jednak podoba mi się kino tradycyjne. „Jak zostać królem” jest niezłym filmem komercyjnym.

Pana filmy pomogły rozpocząć karierę wielu znanym osobistościom kina. Mógłby pan przywołać parę nazwisk? Jan Frycz debiutował u mnie w „Rycerzu”, dalej Piotrek Machalica, Andrzej Chudziak, Piotrek Skarga, Wojtek Wysocki. A z zagranicy Hans Zimmer, który napisał dla mnie swoją pierwszą muzykę filmową w „Więźniu Rio”, Kant Pan także debiutował u mnie, a potem dostał nominację do Oscara za montaż „Gry pozorów” Neila Jordana. Reżyserię „Basquiata” powierzyłem debiutantowi Julianowi Schnablowi, natomiast Viggo Mortensen zadebiutował u mnie w głównej roli w „Ewangelii według Harry’ego”.

Jak rozpoczęła się pana przygoda z filmem na zachodzie? Najpierw zrobiłem „Odyseję” na Tamizie w 1982 roku. Był to niezwykły spektakl, bo pływający. Na premierze pojawiła się królowa matka, George Harrison, Mick Jagger. Było to głośne wydarzenie, rozpisywała się o nim prasa całego świata. Sam pomysł miał swoją genealogię w Teatrze Studio. Barka w założeniu miała pływać po Wiśle, ale nie doszło do realizacji, bo nagle odkryto, że mam 23 lata, według niektórych trochę za mało na takie przedsięwzięcie, a sama barka nie spełniała kryteriów przeciwpożarowych. Akurat wtedy był u nas reporter BBC, który relacjonował to, co działo się w polskiej kulturze i, jako jeden z tematów, sfilmował moje próby. Wyemitowano to w angielskiej telewizji i potem, jak się tam znalazłem, Lindsay Anderson i Karel Reisz skojarzyli mnie z tym wydarzeniem i spytali, dlaczego nie miałbym spróbować zrobić tego u nich.

Pływający spektakl aż tak spodobał się na Wyspach? Recenzje były świetne. Londyński „Times” nazwał spektakl „potężnym teatrem”. W trakcie wystawiania „Odysei” wybuchł też spory skandal. Barka przepływała przy ogrodach parlamentu angielskiego. W momencie, gdy Margaret Thatcher urządzała garden party i przemawiała do ambasadorów obcych krajów, przepływał Odyseusz z radio-mikrofonem i w pewnym momencie nastąpiło przebicie. Margaret Thatcher zaczęła mówić niskim, męskim głosem o tym, jak zamienia mężczyzn w świnie, czyli opowieść o bogini Kirke, którą w tym samym czasie relacjonował Odyseusz na łodzi. Po tym zajściu spektakl był oblegany. Limitowana ilość miejsc na barce spowodowała, że tłumy ludzi stały na nabrzeżu.

Dzięki „Wyjściu przez sklep z pamiątkami” Banksy’ego na ekrany kin wrócił niedawno temat twórców graffiti. Pan poruszył go 15 lat temu w „Basquiacie”. Przygotowując „Basquiata” studiowałem w Nowym Jorku symbolikę graffiti. Mało kto wie, że w Nowym Jorku, gdzie ruch się narodził, konkretnie na Bronxie, grafficiarze „pisali książki”, malując kolejne wagony metra. Każdy pomalowany wagon to była jedna strona księgi. Księga to cały skład kolejki. Gdy skład wyjeżdżał, to trafiał do określonej grupy, która odczytywała, przemalowywała i odsyłała swoją książkę następnego dnia, po pracowitej nocy ze sprejami. Można powiedzieć, że była to wojna beletrystyczna. Poznałem wtedy czołowych twórców, którzy nauczyli mnie konstrukcji liter. Są różne rodzaje: militarne, opływowe, przyjmujące cios i chroniące, naszpikowane ostrymi kątami, które są harpunami, strzałami i tak dalej. To jest cała filozofia, a Banksy, choć ma jakąś energię w sobie i jest ciekawym facetem, to już kolejna generacja, wydanie dla białych, jak Eminem w rapie. Taka formuła jest bardziej akceptowalna dla mas.


„Wojaczek”

Kultura masowa nie przepada za wysublimowanymi gustami. Raperzy to chyba nie jedyny wyjątek? Jak na początku lat 80. trafiłem na Manhattan, oni stali na ulicach i rapowali. To było niesamowicie świeże i energiczne. Teraz, gdy widzę dziesiąte wody po tych raperach, tych wszystkich wypasionych białych i czarnych, tych polskich żałosnych raperów, po prostu żal mi słów. Zniknął poziom buntu, który był wcześniej, a pojawił się poziom zwykłego szokowania. To samo zniknęło z rock’n’rolla, ten autentyczny, przeżyty bunt, a pojawił się bunt wyperfumowany. W eleganckich butikach można kupić koszulki z czaszką, Che Guevarą i z komunistyczną gwiazdą. To jest butikowe wydanie buntu. Ono obowiązuje teraz generalnie na świecie. Czasy tandety, w których młodzi i starzy ludzie są bezmyślni. Jak patrzę na to ogłupienie, przewraca się we mnie wątroba, potem płuca mi się wywracają na drugą stronę, i o 360 stopni obraca mi się mózg.

Nie lubi stać pan w miejscu. Dosłownie i w przenośni. Dla mnie Lech Majewski to autor w kinie, który słynie z różnorodności. Trzeba się rozwijać, penetrować, szukać. Picasso co trzy, cztery lata robił coś innego, nie mówiąc o twórczości Kubricka, a z kolei wielu ludzi łatwo rozpoznaje moje filmy, tylko z jakichś powodów łatwiej rozpoznają je na świecie niż w Polsce. Tu jakaś anatema krąży na temat mojej twórczości.

Powoli jednak wychodzi pan z podziemi. Ukazała się pana biografia, seria filmów na DVD, polską premierę ma „Młyn i krzyż”. Pracę nad tym filmem porównał pan do „tkania ogromnego cyfrowego gobelinu zbudowanego z wielowarstwowych perspektyw”. Mógłby pan to jakoś wyjaśnić? Nic dodać, nic ująć. Trzeba było mieć cholerną cierpliwość, żeby siedzieć nad każdym ujęciem po kilka tygodni czy miesięcy i dokonywać niesamowitej ilości korekt: tu dodać cień, tutaj zdjąć barwę, tam dodać inne tło, a jeszcze gdzieś indziej wymienić ptaki albo chmurę. Przez cały czas była to kwestia poszukiwania optymalnej kompozycji, optymalnej proporcji tych różnych elementów, które się stapia ze sobą w tym elektronicznym tyglu, jakim jest komputer. Benedyktyńską pracę wykonali Paweł Tybora, Norbert Rudzik czy Łukasz Głowacz. Poświęcili mnóstwo czasu, żeby te elementy zespolić ze sobą i poskładać w całość.

Michael Gibson, autor książki analizującej obraz Bruegla, od którego wyszedł pomysł na film, brał udział w tych pracach? Nie, Michael Gibson zobaczył gotowy film w Luwrze i spadł z krzesła. Był zachwycony. Napisał do mnie ciągnący się list o tym, jak fantastycznie ten film został przyjęty przez ludzi. Rzeczywiście, przyjęcie w Luwrze było niezwykłe. Nie można było tam nawet szpilki wsadzić, a strażacy nie chcieli dopuścić do projekcji, bo tylu ludzi siedziało na schodach, stało albo wisiało na lampach (śmiech).

Pierwsze recenzje filmu są entuzjastyczne. Magazyn „Variety” porównał „Młyn i krzyż” do doświadczenia muzealnego. To jest nieuniknione, bo mamy do czynienia ze starym mistrzem i ten mistrz wisi w muzeum. Nie będę nic zdradzał, ale film ma zresztą taki charakter, że wychodzimy z obrazu, który znajduje się w muzeum. Ja w ogóle spędzam dużo czasu w muzeach na świecie. To jest świat, który jest mi najbliższy. Ci artyści oszałamiają mnie swoim warsztatem, swoją mądrością, swoim smakiem, w przeciwieństwie do tandety i bylejakości, którą proponują tak zwani artyści dzisiaj. Każdy może cegłę skleić z kawałkiem roweru i powiedzieć, że jest to sztuka. Istnieje przyzwolenie na wszystko, na wszystkoizm i to jest obrzydliwe, dlatego, że jest to wymanipulowane rynkowo. Znam trochę marszandów, rynek amerykański, czyli największy rynek sztuki, i wiem, jak się manipuluje, tworzy te pseudo zjawiska w sztuce współczesnej. Ani na złocie, ani na platynie nie da się tyle wyspekulować, co na jakimś artyście.

„Młynem i krzyżem” spełnia pan swoje marzenie, tak mocno łącząc malarstwo i kino? Malował pan jeszcze przed sięgnięciem po kamerę. Brueglem fascynowałem się od szczenięcych lat. Kochałem wszystkie jego obrazy: „Gry dziecięce”, „Walka karnawału z postem”, obie „Wieże Babel”, „Rzeź niewiniątek”. Jakby ktoś powiedział mi kiedyś, że będę robił film oparty o jego obraz...

Postanowił pan również po raz kolejny wykorzystać plenery na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. Ja mam taki romans z Jurą już od „Rycerza”, którego kręciłem w Ogrodzieńcu. A dokładnie w tym samym miejscu, gdzie powstawał „Młyn i krzyż”, Wojciech Has kręcił „Rękopis znaleziony w Saragossie”. Miałem śmieszne sytuacje na planie, bo angielscy aktorzy, którzy znajdowali monety na ziemi, byli przekonani, że to są jakieś stare, szwedzkie monety, a to były pozostałości z czasów Hasa. Has był moim profesorem i opiekunem artystycznym w szkole filmowej. Akurat przyszedł uczyć do łódzkiej filmówki, gdy byłem na drugim roku. Był świeżo po ukończeniu „Sanatorium pod klepsydrą”. Niezwykle go szanowałem. Zakochałem się kiedyś w jego „Pożegnaniach”, a jak zobaczyłem „Sanatorium...”, to ten film mnie poszarpał. Paradoks mojej sytuacji z Hasem polega na tym, że ja wybrałem Olsztyn pod Częstochową jako główny teren kręcenia, nie mając świadomości, że Has także tam kręcił. Dowiedziałem się o tym dopiero, gdy robiliśmy już zdjęcia.

Jest już znany tytuł pana następnego projektu: „Psie pole”. Realizuje go pan w Katowicach. Czego będziemy mogli się tym razem spodziewać? Na razie jest to seria video-artów. Nie jest to tradycyjne podejście do kina, a czy z tego zbuduję film i na jakiej zasadzie, jeszcze się okaże.

Czyli ten projekt to w tej chwili „work in progress”? Chwilowo utknęliśmy z nosem w ścianie i czekamy na fundusze. Silesia Film obiecała dać mi pieniądze, ale nic nie dała, więc czuję się oszukany i zadziwiony. Im bliżej miejsca, z którego się wywodzę, tym częściej mnie to spotyka. Na szczęście Urząd Miasta zainwestował w ten projekt i przynajmniej częściowo wykonaliśmy zdjęcia, więc na razie jest to „work with small progress”.


„Młyn i krzyż”



tekst: Roman Szczepanek | zdjęcia: ITI Cinema, kopa.tv
ultramaryna, marzec 2011



Film promocyjny ESK 2016 Katowice: Lech Majewski from ESK Katowice on Vimeo.






Uroczysta premiera filmu „Młyn i krzyż” odbędzie się 15 marca w Kinie Kosmos.




Poniżej konkursowe pomysły scenariusza filmowego spełniającego min. dwa z podanych warunków: główny bohater będący ekscentrycznym artystą bądź szalonym wynalazcą lub jedno i drugie, wykorzystanie plenerów przemysłowego Górnego Śląska, część akcji umiejscowiona na kolejce Elka w Wojewódzkim Parku Kultury i Wypoczynku w Chorzowie oraz happy end.








KOMENTARZE:

2011-03-21 16:18
Konkurs rozwiązany, z wygranymi skontaktujemy się mailowo. Gorąco dziękujemy za ciekawe pomysły.
redakcja

2011-03-19 14:56
Młody informatyk wizjoner dniami i nocami opracowuje przełomowy program, który, jeśli zadziała, całkowicie zrewolucjonizuje sposób bycia człowieka w sieci. Jest blisko, ale jest także pod stałą obserwacją. Pewnej nocy udaje mu się zbiec przed oddziałem komandosów, którzy przyszli po jego głowę. Ucieka ze swojego miasta, ukrywa się w pociągu towarowym, który dowozi go w miejsce zupełnie niezwykłe. Tuła się po dziwnych pustkowiach, w końcu znajduje schronienie w opuszczonej hucie. Pewnego dnia jego bezpieczną kryjówkę odkrywa piękna dziewczyna z aparatem fotograficznym. Pomaga mu, razem wysyłają w paczce twardy dysk. Kilka dni później ze skrytki pocztowej wyjmują dokumenty, kartę kredytową, bilet na samolot. Przed rozstaniem idą na spacer do parku, w pełnym słońcu trzymając się za ręce docierają do ostatniej, symbolicznej sekwencji, kiedy bohater odpływa ponad drzewami wagonikiem Elki :D
och,karol_666

2011-03-16 14:06
Oddech smoka Rok 1945, II wojna światowa nigdy nie wybuchła – Hitler zginął w zamachu, co doprowadziło do kryzysu i utraty władzy przez NSDAP. Widmo wojny nadal wisi nad Europą, wobec zbrojącego się Związku Radzieckiego. Tymczasem na Górnym Śląsku trwa propagandowy wyścig Niemiec i Rzeczpospolitej Polskiej. Raj dla inżynierów i architektów trwa. Po otwarciu Muzeum Śląskiego Niemcy planują rozwojową ofensywę, pompując gigantyczne pieniądze w rozwój Śląskiego Trójmiasta – czy zdoła ono dogonić autonomiczne województwo śląskie po polskiej stronie granicy? Wygnany z Berlina za niebezpieczne badania młody inżynier Konrad Mross wraca na rodzinny Górny Śląsk. Żeby zarobić na nowe badania przyjmuje się do pracy w warsztatach kopalni Heinitzgrube w Bytomiu. Jego talent szybko zostaje zauważony i Konrad trafia do specjalnego zespołu zajmującego się badaniem nowych technologii. Szybko odkrywa, że praca zespołu niewiele ma wspólnego z górnictwem, a rywalizacja z Katowicami, to nie tylko propaganda.
Kris Duda

2011-03-13 23:45
Alojz Wrobel mieszkal w Katowicach od urodzenia. Od mlodych lat pasjonowal sie mechanizmami, jego szczegolna pasja byly urzadzenia mierzace czas, ich konstrukcja trybow, lozysk ktore powodowaly ruch.W jego mieszkaniu, w starej secesyjnej kamienicy bylo kilka zegarow z kukulka, najstarszy model pochodzil jeszcze z XVIII w, w nich odnajdywal idee uplywu czasu, ktory wywoluje ruch dziwnych, mechanicznych stworzen. Lubil przechadzac sie po Katowickich pozostalosciach z epoki przemyslowej. Blisko mu bylo do KWK przy Spodku. Lubil siadac w wagonie dawno juz nie dzialajacej kolejki waskotorowej, przypominalo mu sie wtedy dziecinstwo i podroze z rodzicami Elka w WPKIW - w ten sposob szukal inspiracji. To wlasnie na zaniedbana Elke padlo kiedy zechcial zrealizowac swoj pomysl. Dzieki znajomoscia, w ukryciu postanowil zmodyfikowac jej mechanizm. Kolejka zatrzymywala sie co pol godziny, gral Slaski Blues, a poszczegolne krzeselka zamienil w tajemnicze mechaniczne zwierzeta, skladajace sie z zawiasow, tlokow, roznych metalowych czesci - tanczyly one swoj taniec w rytm muzki. Kiedy Alojz zobaczyl jaka piekna jest teraz kolejka postanowil powiadomic ludzi, zwolal na ta okazje specjalne zebranie. Kiedy miejscowi z wladzami miasta przybyli do parku za autorem zmian okazalo sie, ze Elka jak wczesniej stoi rdzewiejac. Alojz Wrobel zostal uznany za czlowieka niepoczytalnego, goscia bez 5 klepki, wciaz mieszka w starej kamienicy i dorabia jako zegarmistrz. Wsrod licealistow pijacych po zajeciach w WPKIW kraza historie o dziwnych stworzeniach, ktore czasami widuja, nikt jednak nie wierzy w dziecinne bajki.
pajac24


SKOMENTUJ:
imię/nick:
e-mail (opcjonalnie):
wypowiedz się:
wpisz poniżej jakie miasto jest stolicą Polski:
teksty
MATYLDA SAŁAJEWSKA: Bez dychotomii, za to z masą wątpliwości
Wrażliwa, odważna, bezkompromisowa. Żyje w życiu i nie oddziela pracy od nie-pracy. Sztuka i byt są dla niej nier... >>>

NOTTOOEASY: Głos nowej generacji
Mają po 18 lat. I pomysł na swoją muzykę. Nottooeasy jest trzyosobową brygadą, specjalizującą się w nieoczywistyc... >>>

MAREK TUREK: Niewywiad
Marek Turek to twórca niezwykle konsekwentny, który od lat skrupulatnie buduje sobie własną niszę w świecie pol... >>>

BUKOWICZ: Od heavy metalu do Joy Division
Czasem, żeby powstało coś wartościowego potrzeba mnóstwa wolnego czasu. Tak było w przypadku Jakuba Buczka, któ... >>>

STADION ŚLĄSKI: Jak na Śląskim rocka się grało
Monsters Of Rock, 1991 (zdjęcie: Andrzej Grygiel/ Pastsilesia) Trzyma się nie gorzej od Micka Jaggera, a lista iko... >>>

MARTYNA CZECH: Malarstwo jako nałóg
Martyna Czech to jeden z najmocniejszych debiutów malarskich ostatnich lat. Jest laureatką niezwykle prestiżowego i najs... >>>

FRELE: Pół żartem, pół serio
Miało być śmiesznie, a zaczęło robić się poważnie. Za sprawą śląskiej przeróbki hitu Adele „Hello”, nagranej... >>>
po imprezie
Ostatnio dodane | Ostatnio skomentowane
Off Festival 2017
8.08.2017
Festiwal Tauron Nowa Muzyka 2017
7.07.2017
Gorillaz
20.06.2017
Colin Stetson
19.12.2016
Julia Marcell
21.11.2016
Podziel się z resztą świata swoimi uwagami, zdjęciami, filmami po imprezach.
o nas | kontakt | reklama | magazyn | zgłoś błąd na stronie | © Ultramaryna 2001-2017, wszystkie prawa zastrzeżone       sisli escort escort bayan esenyurt istanbul escort istanbul escort sex hikayeleri kurtkoy escort tipobet