Serwis Ultramaryna używa plików cookies. Odwiedzając nasze strony akceptujesz otrzymywanie cookies (ciasteczek). Warunki dostępu do plików cookies możesz określić w swojej przeglądarce.

ZAMKNIJ

Ultramaryna | THE WHITEST BOY ALIVE: Aspekt taneczny
środa 13.12.17

START
LOKALE
FORUM
BLOGI
zgłoś imprezę   
  ultramaryna.pl  web 
THE WHITEST BOY ALIVE: Aspekt taneczny



Mają perkusję, bas i gitarę, ale grają tanecznie. The Whitest Boy Alive to norweski krój, niemiecka precyzja i w 1/4 „dobre, bo polskie”. Jeden z najbielszych facetów przy życiu – Marcin Oz, basista i współzałożyciel tego międzynarodowego kwartetu prosto z Berlina opowiada o sobie i swoim zespole.

Ultramaryna: Jak trafiłeś do stolicy Niemiec?
Marcin Oz:
Przeprowadziłem się będąc dzieckiem razem z rodzicami w 1988 roku. Wychowałem się tutaj i jakoś moja droga zaprowadziła mnie do berlińskich klubów.

Od zawsze interesowałeś się bardziej muzyką elektroniczną niż rockową? Rockowa praktycznie mnie nie interesowała, bo znałem ją z domu. Wszystko nowe i beatowe mnie bardziej pociągało. Pamiętam, że w tamtym czasie pływałem, chodziłem na treningi wieczorem i w każdy poniedziałek słuchałem audycji radiowej w Kiss FM, w której nie było żadnego gadania, tylko sama muzyka. Grali coś, czego nigdy wcześniej nie słyszałem i nie wiedziałem w ogóle skąd się bierze. I tak zainteresowałem się muzyką elektroniczną, nawet tą starą. To było mniej więcej w połowie lat 90.

Potem trafiłeś do klubu WMF, w którym występowałeś jako DJ Highfish. W tamtym czasie obok Tresora to był jeden z najbardziej znanych klubów berlińskich. Wtedy jeszcze grało się więcej hip-hopu i trip-hopu, cały Bristol w połowie lat 90. był popularny. To odróżniało go od Tresora, w którym grano zawsze techno. Później w WMF nastąpił skręt w kierunku house’u. Ja wtedy regularnie tam chodziłem i zacząłem grać wspólnie z Diringerem.

Twój kolega z zespołu Erlend Oye znany był już wcześniej z norweskiego duetu Kings Of Convenience. Jak doszło do powstania The Whitest Boy Alive? Myśmy we dwoje założyli ten zespół. Erlend przeprowadził się do Berlina, bo słyszał o tej scenie elektronicznej. Bardzo głośno się o tym mówiło. Szukał kontaktów i któregoś wieczoru, gdy grałem, podszedł do mnie i zaprosił mnie na swój koncert. Promował wtedy solową płytę „Unrest”. Wybrałem się go posłuchać i postanowiliśmy coś zrobić wspólnie. Spotykaliśmy się regularnie, ale w tamtym czasie jeszcze nie myśleliśmy o albumie i o zespole. Szkoda było jednak zostawić te kawałki na twardym dysku. Spróbowaliśmy zagrać koncert z komputerem i gitarą, ale wyszło nieudacznie jakoś. Było jasne, że nam się to nie podoba, więc mieliśmy dwa wyjścia: albo zrobić zespół i zaaranżować to wszystko na 3-4-osobowy skład, albo dać sobie spokój. Przypadkowo w Cafe Moskau, gdzie mieliśmy studio, spotkaliśmy naszego perkusistę Sebastiana i Daniela, grającego na keyboardzie. Zaczęliśmy wspólnie improwizować i tak powstała kapela.

Wtedy złapałeś pierwszy raz za gitarę basową? Ja zawsze grałem na instrumentach. W Szczecinie jako dziecko zacząłem szkołę muzyczną i grałem na wiolonczeli. Trwało to do wieku, w którym każdy zaczyna interesować się innymi sprawami. Mając 17 lat złapałem za adaptery i odłożyłem wiolonczelę w kąt, ale byłem już wyedukowany muzycznie, od zawsze wszystko się kręciło u mnie wokół muzyki. To, że zacząłem grać na basie było bardzo proste, wręcz logiczne.

Strasznie podoba mi się remiks „Golden Cage”, który zrobił wam Fred Falke. Jak do tego doszło? Modular Records, australijska wytwórnia, która ma swoją filię w Londynie spytała czy mogą wydać nasz album w Anglii. W ramach akcji promocyjnej postanowili zrobić wywiady, single, no i remiksy. Daliśmy się w końcu przekonać, że remiks to nie taki głupi pomysł. Fred był najbliższy temu, co chcieliśmy osiągnąć. Znaliśmy go wcześniej, Erlend kiedyś z nim współpracował. Jego wersja na początku w ogóle mi się nie podobała. Musiałem się do niej przyzwyczaić, ale teraz cieszę się, że tak brzmi.

Kings Of Convenience na festiwalu Open’er zrobili furorę. Wy nigdy nie graliście w Polsce. Czego mogą spodziewać się ludzie, którzy przyjdą posłuchać The Whitest Boy Alive? Nagrywając płyty inspirujemy się muzyką elektroniczną, taneczną i na koncertach staramy się pokazać ten właśnie aspekt naszej twórczości. Ludzie raczej nie siedzą i nie słuchają nas, marząc nie wiadomo o czym, tylko tańczą i dobrze się bawią.

tekst: Roman Szczepanek | zdjęcie: Lars Borges
ultramaryna, wrzesień 2010





24 września The Whitest Boy Alive zagrają w klubie Hipnoza >>> dowiedz się więcej

>>> www.myspace.com/thewhitestboyalive








KOMENTARZE:

2010-09-24 14:54
Przesada z ceną biletów!
w.wei


SKOMENTUJ:
imię/nick:
e-mail (opcjonalnie):
wypowiedz się:
wpisz poniżej jakie miasto jest stolicą Polski:
teksty
MACIEJ OBARA: Muzyka to nie bieg przez płotki
Pochodzi z Jeleniej Góry, ale to Katowice wykształciły go i dały mu przyjaźnie trwające do dziś. Stały się wrotami... >>>

MICHAŁ REJNER: Z bytomskiej ulicy na chicagowskie salony
Historia jak z amerykańskiego filmu. Nikomu nieznany malarz samouk otrzymuje propozycję wystawienia swoich obrazów w pre... >>>

JAKUB FOCHTMAN: Architekt od samochodów
Student architektury na Politechnice Śląskiej zdobywcą pierwszej nagrody w konkursie „Renault. Passion for Design... >>>

LARP: Czarodziejka? Gwiazda rocka? Możesz być każdym
Całe życie wierzyłaś w swój list z Hogwartu. Mimo setek dowodów na to, że świat opanowany jest przez mugoli, nigd... >>>

POGODNO: Zwariowany hałas i absurdalne zbitki słów
„Sokiści chcą miłości”, a świat potrzebuje takiej muzyki, jaką nagrali na ostatnim albumie artyści... >>>
po imprezie
Ostatnio dodane | Ostatnio skomentowane
Off Festival 2017
8.08.2017
Festiwal Tauron Nowa Muzyka 2017
7.07.2017
Gorillaz
20.06.2017
Colin Stetson
19.12.2016
Julia Marcell
21.11.2016
Podziel się z resztą świata swoimi uwagami, zdjęciami, filmami po imprezach.
o nas | kontakt | reklama | magazyn | zgłoś błąd na stronie | © Ultramaryna 2001-2017, wszystkie prawa zastrzeżone