Serwis Ultramaryna używa plików cookies. Odwiedzając nasze strony akceptujesz otrzymywanie cookies (ciasteczek). Warunki dostępu do plików cookies możesz określić w swojej przeglądarce.

ZAMKNIJ

Ultramaryna | ANIMACJA WRACA DO ŁASK
niedziela 19.11.17

START
LOKALE
FORUM
BLOGI
zgłoś imprezę   
  ultramaryna.pl  web 
ANIMACJA WRACA DO ŁASK



28 października 1892 roku. Paryż. W Europie i Stanach Zjednoczonych trwa moda na nowoczesność. Wynalazcy, fotograficy, rzemieślnicy opętani są jednym marzeniem – poruszyć obrazy. W Grevin Musee zdenerwowany Charles-Émile Reynaud patrzy na widownię, która powoli zapełnia się spragnionymi – co tu kryć – sensacji widzami. Za chwilę rozpocznie się seans magii i dzięki skomplikowanym systemom lusterek, walców i przekładni paryżanie po raz pierwszy zobaczą ruchome obrazy. Jeszcze nie do końca filmowe, ale już w pełni animowane. „Prawdziwy” film będą oglądali dopiero za trzy lata dzięki braciom Lumiere.

Oficjalne 120 lat istnienia animacji to okazja do poszukania ludzi, którzy całe swoje życie poświęcają… no właśnie, na co? Na rysowanie? Na sklejanie? Przesuwanie o milimetr miniaturowych laleczek? Na włączanie i wyłączanie kamery? Na czekanie, aż komputer przeliczy miliony danych? Na projektowanie? Na pisanie? Na to i na całą masę innych rzeczy, o których zwykły zjadacz chleba nie może mieć pojęcia.

Animatorzy i ludzie, których życie w jakimś momencie zostało z animacją (cokolwiek to dziś znaczy) związane, pochodzą z różnych światów. Kończą ASP, szkołę filmową (głównie łódzką) lub zaczynają bawić się i niespodziewanie zamieniają zabawę w pracę. Odnalezienie ich przypomina poszukiwanie ropy naftowej – wiadomo, że gdzieś są, wielu o nich słyszało, ale na powierzchnię wypływają rzadko. Za to jeśli zdarzy się sukces, to spektakularny, na całego. Ale na fajerwerki pracują długie – zbyt długie – lata. Cierpliwie rysują setki, tysiące, dziesiątki tysięcy obrazków, które potem składają się w kilkuminutowe sekwencje, króciutkie filmiki animowane. Od czasu pojawienia się nowych technologii ich zainteresowania gwałtownie zwróciły się w inną stronę.

Ich filmy podróżują po festiwalach, czasem pojawią się w telewizji, coraz częściej w sieci, ale ich nazwiska w wielu przypadkach są zupełnie nieznane. Tymczasem Polska jest krajem, w którym animacja ma niezwykle długą tradycję. I nie ma w tym przesady, bo pierwszy lalkowy film animowany nakręcił w 1910 roku Polak, Władysław Starewicz. Po wojnie polskie animacje były równie sławne, co szkoła polska, a nazwiska takich twórców, jak Witold Giersz czy Jan Lenica były równie popularne, co nazwisko Andrzeja Wajdy. Szkoda, że jakoś ostatnio o nich zapomnieliśmy.

„To dlatego, że wciąż nie potrafimy się promować”, mówi Marcin Kobylecki. „W głowie się nie mieści, że niektórzy mistrzowie animacji nie mają swoich agentów, którzy zdjęliby im z głowy sprawy marketingowe, bez których nawet w sztuce trudno żyć. A u nas nie istnieje taki zawód!”




BUCH, I OSCAR!
Marcin Kobylecki wie, co mówi. Sam jest niezwykle interesującą postacią i (współ)twórcą sukcesu „Katedry” Tomka Bagińskiego. Dzięki niemu na spotkania z polską animacją, jakie odbywały się na Śląsku kilka miesięcy temu, przychodziły tłumy – widzowie przyszli, bo słyszeli o Bagińskim, a usłyszeli o nim, bo zadbał o to Marcin Kobylecki. Nie ukończył ani ASP, ani marketingu i zarządzania, ani nawet produkcji, ale robotykę i automatykę na Politechnice Śląskiej w Gliwicach. Interesowała go technologia, sposób, w jaki można poruszyć obrazek na ekranie komputera. Wszystko toczyło się typowym dla absolwenta politechniki rytmem – praca w wydawnictwie o profilu komputerowym, wydawanie gazety o tematyce informatycznej i nagłe spotkanie z Tomkiem Bagińskim, które oznaczało zwrot nie tylko w życiu Kobyleckiego, ale i w polskiej kinematografii.

„W Platige Image stanął przede mną chłopak, który wyglądał jak ja. Był tak samo ubrany, w podobny sposób mówił i, jak się potem okazało, w podobny sposób myślał. W dodatku urodził się dokładnie tego samego roku, w tym samym dniu i miesiącu, co ja. Kończył wtedy ‘Katedrę’ i pomyśleliśmy, że szkoda tak trzymać film w szufladzie. ‘Katedra’ wygrała festiwal Siggraph, dzięki czemu zgłosiliśmy ją do Oscara i buch! Udało się! Potem wszystko toczyło się już błyskawicznie.”

Dziś Marcin Kobylecki jest jednym z producentów pracujących pod marką Platige Image. Przez jego ręce przeszły wszystkie najciekawsze filmowe produkcje, jakie powstawały w tym studiu, często formalnie oddalające się od tego, co zwykliśmy uważać za znak firmowy tak zwanych „animacji komputerowych”. Kobylecki nie tylko orientuje się w realiach rynkowych (co wbrew pozorom wcale nie jest takie proste), ale przede wszystkim doskonale wie, jak trudnym i żmudnym procesem jest praca na rynku międzynarodowym, zwłaszcza w takiej dziedzinie jak animacja.

„Mamy bazę adresów, listę festiwali, na jakie wysyłamy nasze filmy. Promocja jest ważnym elementem naszej produkcji i to ona, obok niewątpliwych walorów artystycznych, pośrednio zadecydowała o tym, że dziś Tomek Bagiński ma na swoim koncie BAFT-ę, że film ‘Arka’ Grzegorza Jonkajtysa był w Cannes, że nieustannie nasze filmy są nominowane, nagradzane, rozpoznawalne”, mówi. „Nie do końca rozumiem, dlaczego innym się to nie udaje.”

Ale zdarzyła się rzecz dużo ważniejsza. Dzięki Platige Image Polacy przypomnieli sobie, że istnieje polska animacja. „Nie łudźmy się, nigdy nie będziemy Pixarem. Dlatego zawsze pamiętamy, że najważniejsza jest treść. Dopiero później forma, a na samym końcu technologia.” Święte słowa.

BĘDZIE LEPIEJ
Podobne zdanie ma Wojtek Wawszczyk, który z sosnowieckiego liceum trafił najpierw do łódzkiej szkoły filmowej, a później do świetnej Filmakademie Baden-Württemberg w Ludwigsburgu, gdzie studiował grafikę komputerową.

„Jeszcze osiem lat temu, kiedy kończyłem szkołę, nie było pracy dla animatorów. Żadnej. Chciałem pracować. I nie chodziło mi o jakieś wybujałe ambicje czy potrzebę robienia kina autorskiego. Chciałem po prostu mieć pieniądze na chleb. Dziś nie tylko pojawiły się fundusze, które wspierają produkcję filmów animowanych, ale są zupełnie inne warunki samej pracy. Jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej. Jest publiczność, która odważnie poszukuje nowej jakości w kinie i dla niej warto robić filmy. Za dziesięć lat będzie już całkiem normalnie, w końcu w pewnym sensie budujemy naszą kulturę w wolnym państwie od zera, kulturę nowych czasów. Wiem, że to brzmi patetycznie, ale ja w to wierzę. W końcu pracuję nad kinową pełnometrażową animacją dla dorosłych z pogranicza kina autorskiego i komercyjnego, o czym zawsze myślałem. Mogłoby być lepiej, ale przecież nie jest źle!”

Wawszczyk w 11-osobowym teamie przenosi na ekran przygody komiksowego, trochę zdeprawowanego superbohatera Jeża Jerzego, ale ma za sobą doświadczenie pracy w dużych amerykańskich firmach m.in. przy filmach „Ja, Robot” i „Aeon Flux”. W Stanach czas przygotowania takiego filmu, jak „Jeż Jerzy” to dokładnie trzy lata – tyle, ile mają polscy animatorzy. Różnica taka, że pracuje przy nich 200-300 osób, nie mówiąc już o różnicach w samym budżecie.

„Komiks świetnie się sprzedał. W polskich realiach oznacza to, że kupiło go 5 tys. osób, więc niewiele. Na ‘Jeża Jerzego’ nie przyjdą rodzice z dziećmi, bo staramy się, żeby nasza adaptacja była wierna oryginałowi. Będzie trochę wulgarnie, będzie seks i przemoc. No cóż, Jeż nie ma kryształowego charakteru… Nie wiemy czy trafimy w swój czas, ale z drugiej strony wszyscy sądzimy, że publiczność jest już na taki film gotowa. Byli już co prawda ‘Włatcy móch’, ale tamten film wszedł na ekrany na fali popularności serialu. Koniec końców i tak najważniejsza jest publiczność.”

EFEKTY SPECJALNE
Poszukiwanie pomysłu na odkopanie z całych hałd zapomnienia animatorów i animacji nie jest chyba aż tak trudne. Wystarczy sięgnąć po pierwszy z brzegu przykład. Od kilku lat w gliwickim kinie Amok działa DKF. Spotkania ludzi dyskutujących o filmach kojarzą się zwykle z nudnym wykładem poprzedzającym projekcję i wymuszoną dyskusją o mistrzach kina. W Gliwicach, obok klasycznego DKF-u mamy dwa inne nurty: doc. i future. To efekt pracy m.in. Marcina Fischera, reżysera, który w kinie zawsze szukał nowoczesnego spojrzenia, formy, a przede wszystkim nowego języka.

DKFuture był wynikiem mrówczej pracy, jaką Fischer wraz z innymi osobami wykonywali poszukując niekonwencjonalnych krótkich metraży, teledysków, reklam. Kino animowane pojawiało się tam w sposób, by tak rzec, naturalny, gdzieś między filmami z efektami specjalnymi, z dziwnym montażem lub rozpasanymi zdjęciami. I wtedy przyszedł czas na promocję animacji. W pamięci wszystkich dekaefowiczów na zawsze pozostanie wieczór, kiedy rozegrano słynny już dziś pojedynek: nestorzy animacji kontra młodzi.

„Przed sceną przechodziła cheerleaderka i ogłaszała kolejną rundę pojedynku. Starałem się zestawić filmy, które w jakiś sposób byłyby do siebie podobne poprzez technikę lub treść. Głosowano przez podniesienie rąk, krótko komentowano i dyskutowano nad kolejnymi duetami. Z niewielką przewagą wygrała młoda animacja, ale walka była bardzo wyrównana”, opowiada Fischer.

Jednak jak pokazało kilka lat oglądania filmów w ramach DKFuture, dzisiejsza animacja to nie tylko filmy – to również efekty specjalne. „Będąc na stypendium w Berlinie, pracowałem w firmie zajmującej się efektami specjalnymi i postprodukcją, gdzie na przykład opracowano finalną postprodukcję obrazu i udźwiękowienie ‘Walca z Baszirem’. Jednym z moich zadań było poprawienie sceny, w której aktor grający trupa oddychał, a ja go musiałem uśmiercić. Klonowałem średniowieczny tłum, pracowałem nad trailerem pierwszego niemieckiego filmu 3D… Zawsze interesował mnie styk animacji i kina aktorskiego, fascynuje mnie możliwość łączenia filmu, animacji, grafiki i projektowania graficznego.” Wystarczy popatrzeć na teledyski Marcina.

120 lat po pierwszej projekcji animacja w Polsce wraca do łask. Zadziwiający sukces „Włatcóf móch”, przygotowywana przez team Wojtka Wawszczyka adaptacja „Jeża Jerzego”, sukcesy Izy Plucińskiej oznaczają, że może jeszcze odbudujemy naszą dobrą markę. Szkoda tylko, że choć animacje można przecież tworzyć wszędzie, to wszyscy nasi uzdolnieni twórcy „emigrują” nam do Warszawy. Albo jeszcze dalej.

tekst: Joanna Malicka | kadry: Platige Image, Wojtek Wawszczyk
ultramaryna, listopad 2009








KOMENTARZE:

nie ma jeszcze żadnych wypowiedzi....


SKOMENTUJ:
imię/nick:
e-mail (opcjonalnie):
wypowiedz się:
wpisz poniżej jakie miasto jest stolicą Polski:
teksty
JAKUB FOCHTMAN: Architekt od samochodów
Student architektury na Politechnice Śląskiej zdobywcą pierwszej nagrody w konkursie „Renault. Passion for Design... >>>

LARP: Czarodziejka? Gwiazda rocka? Możesz być każdym
Całe życie wierzyłaś w swój list z Hogwartu. Mimo setek dowodów na to, że świat opanowany jest przez mugoli, nigd... >>>

POGODNO: Zwariowany hałas i absurdalne zbitki słów
„Sokiści chcą miłości”, a świat potrzebuje takiej muzyki, jaką nagrali na ostatnim albumie artyści... >>>

MATYLDA SAŁAJEWSKA: Bez dychotomii, za to z masą wątpliwości
Wrażliwa, odważna, bezkompromisowa. Żyje w życiu i nie oddziela pracy od nie-pracy. Sztuka i byt są dla niej nier... >>>

NOTTOOEASY: Głos nowej generacji
Mają po 18 lat. I pomysł na swoją muzykę. Nottooeasy jest trzyosobową brygadą, specjalizującą się w nieoczywistyc... >>>

MAREK TUREK: Niewywiad
Marek Turek to twórca niezwykle konsekwentny, który od lat skrupulatnie buduje sobie własną niszę w świecie pol... >>>

BUKOWICZ: Od heavy metalu do Joy Division
Czasem, żeby powstało coś wartościowego potrzeba mnóstwa wolnego czasu. Tak było w przypadku Jakuba Buczka, któ... >>>

STADION ŚLĄSKI: Jak na Śląskim rocka się grało
Monsters Of Rock, 1991 (zdjęcie: Andrzej Grygiel/ Pastsilesia) Trzyma się nie gorzej od Micka Jaggera, a lista iko... >>>

MARTYNA CZECH: Malarstwo jako nałóg
Martyna Czech to jeden z najmocniejszych debiutów malarskich ostatnich lat. Jest laureatką niezwykle prestiżowego i najs... >>>
po imprezie
Ostatnio dodane | Ostatnio skomentowane
Off Festival 2017
8.08.2017
Festiwal Tauron Nowa Muzyka 2017
7.07.2017
Gorillaz
20.06.2017
Colin Stetson
19.12.2016
Julia Marcell
21.11.2016
Podziel się z resztą świata swoimi uwagami, zdjęciami, filmami po imprezach.
o nas | kontakt | reklama | magazyn | zgłoś błąd na stronie | © Ultramaryna 2001-2017, wszystkie prawa zastrzeżone       tipobet