Serwis Ultramaryna używa plików cookies. Odwiedzając nasze strony akceptujesz otrzymywanie cookies (ciasteczek). Warunki dostępu do plików cookies możesz określić w swojej przeglądarce.

ZAMKNIJ

Ultramaryna | THE CAR IS ON FIRE: Ania, Chicago i wypchany lampart
poniedziałek 29.05.17

START
LOKALE
FORUM
BLOGI
zgłoś imprezę   
  ultramaryna.pl  web 
THE CAR IS ON FIRE: Ania, Chicago i wypchany lampart



The Car Is On Fire powracają z trzecią płytą. Dojrzalszą, spójną i jak zwykle powyżej standardów polskiej sceny. „Ombarrops!” to wysokogatunkowa dawka muzyki, która łączy w sobie indierockową drapieżność z przebojowymi melodiami i niekonwencjonalnymi rozwiązaniami. O nagrywaniu w Chicago, przepisie na dobrą piosenkę i odejściu z zespołu Borysa Dejnarowicza rozmawiamy przed ich katowickim koncertem.

Ultramaryna: „Ombarrops!” czyli?
Jacek Szabrański: Amazoński, pełen entuzjazmu, wypchany lampart. Pełen marzeń i chęci, by coś spsocić.

Porozmawiajmy o brzmieniu „Ombarrops!”. Udało się wam uzyskać na tej płycie dosyć ciekawy efekt – jest pastelowo, harmonicznie, ale jednocześnie ciągle jesteście zadziorni, nie dajecie się schematom muzycznym i zaskakujecie nietypowymi podziałami. Jak wyglądał proces nagrywania – demokratyczny kompromis czy raczej walka o każdy nagrany fragment?
Krzysztof Halicz: Walka o każdy nagrany fragment (śmiech). Tak naprawdę to muzyka na tę płytę powstała głównie w Pensjonacie Ania w Porąbce-Kozubniku oraz na naszych domowych komputerach.

W Chicago, w większości przypadków, po prostu ten materiał zarejestrowaliśmy. Od dawna mieliśmy pomysł zarówno na brzmienie tego albumu, jak i na aranżacje poszczególnych piosenek. Potrzebowaliśmy tylko fajnego, inspirującego miejsca i odpowiedniego człowieka, który pomógłby nam wszystkie te pomysły wyzwolić. Chicago i McEntire (producent płyty – przyp. red.) to był strzał w 10.

Pytanie obowiązkowe: jak Chicago i John McEntire wpłynęli na to, że wasza najnowsza płyta jest równocześnie spójna brzmieniowo i różnorodna stylistycznie?
JSz: Przede wszystkim materiał był selekcjonowany pod kątem jak największej spójności stylistycznej. Taki był zamiar, by płyta stanowiła zgrzebną całość w przeciwieństwie do eklektycznej „Lake & Flames”. By przybliżyć się do tego ideału, dokonaliśmy bolesnych cięć materiału, odrzucając kilka dobrych piosenek, zbyt jednak odstających klimatem od reszty. I teraz, mimo tego wysiłku, okazuje się, że i tak materiał jest dosyć różnorodny, z czym się zgadzam.

Komponowały go trzy różne osoby, każda ze swoją miniwizyjką tego, jak ta płyta powinna wyglądać, z własną wrażliwością, doświadczeniem, zamienianymi na język dźwiękowy, i to z pewnością jest powód owego stanu rzeczy. Dodam, że w mej ocenie jest to jednocześnie jeden z największych atutów materiału... Nałożony filtr w postaci bardzo charakterystycznego brzmienia Somas Studio sprawił, że ze zbioru różnych piosenek różnych autorów powstała jedna płyta.

Ważny był też proces nagrywania według starych rockowych reguł, tzn. instrumenty na przestrzeni całej płyty realizowane są w podobny sposób. Dajmy na to perkusja – na „L&F” do każdego utworu dobierane było inne, odpowiednie rozwiązanie, z uwzględnieniem loopów, sampli perkusyjnych, perkusji elektronicznej, w końcu perkusji żywej. W przypadku „Ombarrops!” bębny zostały zarejestrowane w ciągu jednego dnia na jednym, za to perfekcyjnie zrealizowanym przez Johna ustawieniu perkusyjnym (różnicowaliśmy tylko detale, w zależności od charakteru utworu dobierając odpowiednie blachy i werble).

Jak w zespole wygląda „życie po Borysie”, czyli co się zmieniło w TCIOF po odejściu Dejnarowicza?
KH: Borys był 1/4 zespołu. Tak to już jest, że składy się czasami zmieniają. Podczas pobytu w górach, we wspomnianym pensjonacie, uświadomiliśmy sobie, że bycie we trzech to dla tego zespołu najlepsza opcja. Był to niesamowicie twórczy czas, a zarazem pełen swobody. Po porannej potyczce z myszami pracowaliśmy nad piosenką, a kiedy nam nie szło, urządzaliśmy sobie turnieje ping-ponga. Nie sądzę, żeby podobne rzeczy mogły się wydarzyć w poprzednim składzie.

Na waszej najnowszej płycie znalazło się 12 piosenek, od których trudno się uwolnić. Zdradźcie wasz przepis na dobrą piosenkę.
JSz: W mojej ocenie „Ombarrops!” jest mniej „piosenkowy”, mniej przebojowy, za to bardziej klimatyczny i dojrzały, bardziej w pewnym sensie uduchowiony niż poprzednie płyty. A na piosenkę nie ma przepisu. Czasem się przyśni, czasem przyjdzie do głowy za dnia w samochodzie (i trzeba ją szybko zanucić do telefonu, by nie przepadła), czasem pojawi się fraza tekstowa, która spontanicznie obrośnie harmonią i melodią, gdy wziąć do ręki gitarę. A czasem jest to żmudne szukanie jakiegoś skutecznego rozwiązania, które za nic samo nie chce się ukazać.

Na ile jako słuchacze poszukujecie nowej muzyki, a na ile ciągle powracacie do waszych odwiecznych idoli i w jaki sposób ta tradycja i nowinki wpływają potem na muzykę TCIOF?
JSz: Myślę, że to się ze sobą wszystko stale miksuje. Muzyka, która nas ukształtowała, ma taką przewagę nad nowinkami, że nas ukształtowała, nowinki natomiast wnoszą świeżość i spontaniczność, bez których nie sposób mówić o dobrej muzyce pop.

Skąd pomysł na takie poszerzone instrumentarium, w jaki sposób chcecie zachować to gęste brzmienie na koncertach? Kim są nowe postacie w zespole (przynajmniej w składzie koncertowym)?
JSz: Na koncertach będą z nami występować muzycy towarzyszący, a jednocześnie nasi koledzy: Krzysiek Nowicki i Piotrek Piechota. To z pewnością umożliwi nam oddanie rozbudowanych aranżacji w wersjach płytowych, ponadto przyda swoistej masy wykonawczej koncertom. Poza tym szerokie instrumentarium na scenie zawsze jest ciekawe, zawsze dodaje koncertom kolorów, sprzyja bardziej efektownemu show.

Graliście na Glastonbury, wasza poprzednia płyta została wydana na rynku japońskim. Planujecie kolejne kroki ekspansji TCIOF poza granice Polski? Widzicie wymierne efekty waszej bytności na Zachodzie?
Jakub Czubak: Najbardziej pochłania nas przede wszystkim granie prób i koncertów. Oczywiście cały czas planujemy kolejne kroki w kierunku ekspansji. Niektóre z nich się udają, niektóre nie, a niektóre rzeczy, jak np. wydanie płyty w Japonii dzieją się same, z naszą drobną pomocą. Efekty naszej bytności na Zachodzie najbardziej słychać na płycie. Nie mielibyśmy nic przeciwko temu, żeby nasza muzyka została wydana w innych krajach, poza Japonią, ale jeśli tak się nie stanie, to nie zaważy na losach zespołu i dalej będziemy sobie grać muzykę. Chyba, że nam się pewnego dnia odechce.

Wasz ostatni album jest dla mnie płytą bardzo emocjonalną, a równocześnie relaksującą niczym słoneczne wakacje. Na ile bawicie się konwencją rock’n’rollową, a na ile traktujecie to wszystko na serio?
KH: Miło, że to mówisz. Dla mnie ta płyta również posiada pokłady ciepłej, słonecznej energii. Nie wszyscy w zespole podzielają jednak moje zdanie. A odpowiadając na pytanie: nie bawimy się konwencją rockową i nie traktujemy niczego serio. No może czasami tylko potrafimy sobie skoczyć do gardeł, kiedy jakiś wymarzony przez jednego z nas akordzik lub harmonia wokalna idą w odstawkę, bo ktoś inny wpadł właśnie na jego zdaniem lepszy pomysł. Rewolwery idą wtenczas w ruch. Kuba podczas nagrywania stracił w ten sposób ucho, Jacek przedostatni palec u nogi (rewolwer wystrzelił w kaburze...), a mnie urosło trzecie jądro (ale to jeszcze za czasów „Lake & Flames”). Natomiast John do tej pory siedzi pod stołem mikserskim i boi się wyjść, mimo że Broken Social Scene już od dwóch tygodni czekają z instrumentami na ulicy.

tekst: Adrian Chorębała | zdjęcie: arch. TCIOF
ultramaryna, czerwiec 2009




>>> więcej filmów ze studia + z Glastonbury, Japonii i innych na profilu TCIOF na Youtube
>>> www.thecarisonfire.com
>>> przeczytaj recenzję płyty „Lake & Flames”








KOMENTARZE:

2009-06-10 19:26
Jeszcze nie słyszałam całej płyty ale singiel jest świetny!
An


SKOMENTUJ:
imię/nick:
e-mail (opcjonalnie):
wypowiedz się:
wpisz poniżej jakie miasto jest stolicą Polski:
teksty
MIUOSH: Miasto, muzyka, rodzina
Spełniony artysta – już nie tylko rapowy, szczęśliwy mąż i dumny ambasador regionu. Z Miuoshem rozmawiamy o p... >>>

GGRUPA: Grunt to dobry pomysł
Paweł Lipiński i Mateusz Frankowski Pierwsze miejsce w konkursie magazynu „eVolo” na wieżowiec przyszł... >>>

PAWEŁ DYLLUS: Ekipa to jest klucz
Paweł Dyllus, operator. Absolwent Wydziału Radia i Telewizji, wielokrotnie nagradzany za zdjęcia do filmów Julii Rus... >>>

ALEKSANDRA TERPIŃSKA: Najwyżej będę robić filmy niepopularne
Aleksandra Terpińska to jedna z najciekawiej zapowiadających się absolwentek reżyserii Wydziału Radia i Telewizji UŚ... >>>

NIESTRUDZENI PRZYJACIELE ROŚLIN
Jedna i ta sama roślina może być chwastem i ozdobą, trucizną i lekarstwem. Nasze związki z roślinami bywają subteln... >>>

THE PARTY IS OVER: Trip-(c)hop i trip-baba
Impreza dopiero się rozkręca – wbrew nazwie, pod jaką ukrywają się Daria Ryczek i Michał Wajdzik. Muzyczny du... >>>

MARIUSZ KAŁAMAGA: Licencja na rozśmieszanie
Kto rano wstaje – ma szansę usłyszeć go na falach eteru. Czasami wygląda też z telewizora, a bardziej wtajemnic... >>>

ANNA CIEPLAK: Nie demonizujmy gimbazy
Pisze tylko wtedy, gdy ma coś do opowiedzenia. Na co dzień jest społeczniczką zaangażowaną w aktywizację lokalnej wsp... >>>
komentarze: 1
po imprezie
Ostatnio dodane | Ostatnio skomentowane
Colin Stetson
19.12.2016
Julia Marcell
21.11.2016
Katowice Tattoo Konwent
30.09.2016
Tauron Nowa Muzyka 2016
2.09.2016
Off Festival 2016
8.08.2016
Podziel się z resztą świata swoimi uwagami, zdjęciami, filmami po imprezach.
o nas | kontakt | reklama | magazyn | zgłoś błąd na stronie | © Ultramaryna 2001-2017, wszystkie prawa zastrzeżone