Ta strona używa plików cookies.
Polityka Prywatności    Jak wyłączyć cookies?
AKCEPTUJĘ
czwartek 19.09.19

START
LOKALE
FORUM
BLOGI
zgłoś imprezę   
  ultramaryna.pl  web 
JAMIROQUAI: Kosmiczni kowboje w Spodku

Rozmawiamy z perkusistą grupy Jamiroquai, Derrickiem McKenzie.
Ultramaryna: Jaki jest twój ulubiony styl w muzyce i jak się to odbija w brzmieniu Jamiroquai?
Derrick McKenzie:
Osobiście preferuję funk, soul, disco i także trochę rocka. A sposób, w jaki to czego słucham rzutuje na muzykę Jamiroquai, polega chyba na tym, że te gatunki najbardziej mnie kręcą i jakoś zmieniają mój styl grania. Ponadto wiele zależy od tego, czego słucham kiedy nagrywamy album – często ma to na mnie ogromny wpływ.

Muzyka Jamiroquai wyróżnia się przede wszystkim sposobem, w jaki mieszają się w niej różne gatunki muzyki. Jak uzyskujecie taki efekt? Chyba chodzi o to, że nie nakładamy na siebie żadnych ograniczeń. Wiele zależy od tego, jak ktoś zaczyna tworzyć dany utwór. Można zacząć od hip-hopowego bitu, jak w przypadku „King for a Day” i później nałożyć na to coś bardziej klasycznego. Tak zrobił wtedy Toby, który po prostu bawił się z dźwiękiem, nie robił tego na poważnie i nagle wyszedł z tego całkiem udany kawałek. Dla nas robienie muzyki to w pewien sposób zabawa, miksujemy wszystko co nam wpadnie w ucho, nie zważając na styl. Natomiast kiedy wchodzi w grę brzmienie elektroniczne, wtedy do akcji wkraczają Paul, Jay i Toby, którzy wyciskają z tych rzadkich, trudnych do zdobycia klawiszy i innych urządzeń szalone dźwięki, które charakteryzują brzmienie Jamiroquai.

Kto był twoim idolem jeśli chodzi o perkusistów? Czy miałeś okazję z którymkolwiek z nich się spotkać? Na pewno jest to Billy Coven, który gra na perkusji od bardzo wielu lat. Pochodzi ze Stanów, ale teraz mieszka w Szwecji. Niestety nigdy nie miałem okazji go spotkać, ale bardzo bym chciał. On był jednym z pierwszych perkusistów, którzy grali na podwójnym bębnie basowym – to były naprawdę szalone rockowe dźwięki. Innym perkusistą, którego chciałbym poznać jest Harvey Manson, który nagrywał wiele muzyki filmowej i pracował m.in. z Chakka Khan. On głównie nagrywa w studiu i muszę przyznać, że jego styl grania wywarł na mnie ogromne wrażenie.

Granie na bębnach to pewnie ogromny wysiłek fizyczny. Czy jesteś na specjalnej diecie i wykonujesz jakieś ćwiczenia fizyczne? Jasne, chodzę na siłownię 4 lub 5 razy w tygodniu po około dwie godziny. Podnoszę ciężary, biegam i wykonuję wiele innych ćwiczeń. Szczególnie lubię bieganie. Moim celem jest osiągnięcie dystansu połowy maratonu olimpijskiego, jeśli uda mi się to zrobić, to będę bardzo z siebie dumny. Jeśli chodzi o dietę, to staram się jeść dużo warzyw i ryb. W ciągu dnia jadam sporo owoców i piję dużo wody – około 3 litrów dziennie.

Jak postrzegasz swoją rolę perkusisty w Jamiroquai, skoro w waszym brzmieniu słychać wiele syntetycznych dźwięków? Czy jest w tym wszystkim miejsce na zwykłą perkusję? Myślę, że moja rola jest całkiem istotna. Chociaż używamy wielu automatów perkusyjnych, jak Roland TD10 lub Yamaha DTX, to jednak mimo wszystkich możliwości, które one dają mój wkład jest bardzo ważny. Zazwyczaj odbywa się to w taki sposób, że nagrywam krótką partię perkusji i później jest ona obrabiana komputerowo. Najpierw kroją ten kawałek na krótsze części i wykorzystują później wybrane fragmenty w utworze. Tak było na przykład kiedy nagrywaliśmy „Stop, don’t panic” – nagrywali moją perkusję przez jakieś 5 minut, a potem wybrali najlepsze części, wprowadzili do komputera i zloopowali. Podobnie było w przypadku „Supersonic” – kiedy słucha się tego kawałka ma się wrażenie, że to żywe instrumenty i o to właśnie nam chodzi.

Czy wszyscy w zespole macie ten sam gust muzyczny? Czy zdarza wam się spierać o muzykę? Wszyscy słuchamy praktycznie tego samego: funku, jazzu, elektroniki i dance’u. Być może dlatego nie zdarza nam się sprzeczać o muzykę. A jeśli już to bardzo rzadko. Wtedy po prostu nakłaniamy siebie nawzajem do posłuchania czegoś innego.

Możesz nam zdradzić jak przebiega proces pisania piosenek? Czyje pomysły są preferowane? Zazwyczaj wygląda to tak, że ja proponuję jakiś beat, Toby wychodzi z jakimś akordem, a Jay wymyśla jakąś melodię. I może się to zacząć od każdego członka zespołu. Następnie nasze pomysły nagrywamy i później jeszcze nad nimi pracujemy. Czasami zdarzało się tak, że Toby miał jakiś akord, ale nie mieliśmy całej melodii, więc musieliśmy trochę improwizować i nagrywać to co nam się wydawało najbardziej odpowiednie. Za 3-4 razem w końcu zdajesz sobie sprawę z tego czy całość brzmi ok i co można ewentualnie zmienić. To jest po prostu proces eliminowania najgorszych fragmentów – te, które się nie nadają zostają wyrzucone lub odłożone na później, bo mogą się kiedyś przydać. Wszystkie te pomysły odnośnie muzyki powstają oczywiście mniej więcej w tym samym czasie, dopiero potem, na samym końcu Jay pisze słowa do muzyki. Jay nadzoruje cały proces nagrywania albumu i pilnuje, aby wszystko szło w tym samym kierunku, żeby nie było na jednej płycie różnych stylów, ponieważ to nie jest dobre. On czuwa nad wszystkim i to słychać w naszej muzyce.

Jamiroquai jest przez wiele osób utożsamiany wyłącznie z postacią Jay Kay’a, czy reszty zespołu to nie wkurza? Nie, absolutnie. Nie chodzi nam o to, żeby być w centrum zainteresowania. My po prostu kochamy grać muzykę i być w zespole, kumplować się. I to nam wystarcza. Oczywiście Jay Kay ma podpisany kontrakt z Sony Music, a my jako członkowie Jamiroquai mamy podpisane kontrakty z Jay’em i tak to działa. Pieniądze są z tego przyzwoite, więc nie można narzekać i wściekać się z byle powodu. Możesz mi wierzyć, że nie byłbym dobrym frontmenem, Jay robi to znacznie lepiej, a ja wolę grać z tyłu na bębnach.

Jaką dałbyś radę młodym perkusistom? Ćwicz ciężko, ćwicz najwięcej jak tylko możesz i wierz w siebie. Musisz wierzyć w to, co możesz zrobić i nie słuchaj innych, którzy mówią ci, że nie potrafisz tego dokonać. Staraj się grać tyle koncertów, ile tylko możesz, nawet jeśli nie dostaniesz za to pieniędzy. Zawsze to jakieś doświadczenie.

Jaką imprezę po koncercie wspominasz najmilej? Czy pamiętasz z niej cokolwiek? Najlepsze after party było w Argentynie, w klubie Tequila, który należy do mojego przyjaciela Oswaldo. To jeden z najlepszych klubów w Buenos Aires. Wpuszcza do niego jedynie wybrane osoby, ale nikogo sławnego tam nie uświadczysz. Po prostu, klub dla zwykłych ludzi. Impreza była świetna, super muzyka, wyśmienite drinki i wspaniali ludzie.

Rozmawiali: Agnieszka Psiuk, Kordian Wesołowski [Ultramaryna czerwiec 2002]






teksty
JERZY JAN POŁOŃSKI: Nie pytaj mnie o cyrk
Obejmujący we wrześniu scenę Teatru Miejskiego w Gliwicach Jerzy Jan Połoński znany jest z tego, że nieignorującym... >>>

BARBARA RUPIK: Malarstwo zaklęte w filmie
Spośród ok. 2 tys. zgłoszeń prezentujących dorobek 366 szkół filmowych z całego świata do tegorocznego konkursu... >>>

ŚLĄSCY FREEGANIE: Nie konsumują życia. Żyją je.
Ile jedzenia wyrzucamy? Ile niepotrzebnych rzeczy kupujemy? Najpierw cyfry, które przemawiają do wyobraźni: wyprod... >>>
komentarze: 1

ANIA SUNDSTROM: Niepoważne instrumenty, poważne tematy
Ania Sundstrom w rodzinnym Bytomiu pojawia się rzadko, bo czas dzieli między muzykologiczne konferencje na całym świ... >>>

PAWEŁ KULCZYŃSKI: Rozmowa przy pierwszej kawie
Lautbild, Tropajn, Wilhelm Bras – nazwy kojarzące się z ciągłym poszukiwaniem nowych środków muzycznego wyrazu... >>>

KATARZYNA WITERSCHEIM: Śląsk na różowo
Trudno się nie zdziwić, gdy jedną z najciekawszych opowieści o historii Górnego Śląska, doskonale obrazującą tygiel... >>>
po imprezie
Ostatnio dodane | Ostatnio skomentowane
Upper Festival 2019
5.09.2019
Fest Festival 2019
26.08.2019
Off Festival 2019
9.08.2019
Festiwal Tauron Nowa Muzyka 2019
27.06.2019
Off Festival 2018
10.08.2018
Podziel się z resztą świata swoimi uwagami, zdjęciami, filmami po imprezach.
o nas | kontakt | reklama | magazyn | zgłoś błąd na stronie | © Ultramaryna 2001-2019, wszystkie prawa zastrzeżone