Serwis Ultramaryna używa plików cookies. Odwiedzając nasze strony akceptujesz otrzymywanie cookies (ciasteczek). Warunki dostępu do plików cookies możesz określić w swojej przeglądarce.

ZAMKNIJ

Ultramaryna | LAO CHE: Kryzys duchowo-artystyczny
piątek 28.07.17

START
LOKALE
FORUM
BLOGI
zgłoś imprezę   
  ultramaryna.pl  web 
LAO CHE: Kryzys duchowo-artystyczny

Indywidualiści, równo obdarowywani zachwytami co krytyką. Kiedy już wszyscy myśleli, że płyta „Powstanie Warszawskie” to szczyt ich kreatywności, oni zaskakują albumem „Gospel”. O nowej płycie, koniunkturalizmie, grotesce rozmawiamy ze Spiętym, wokalistą i tekściarzem Lao Che.



Ultramaryna: „Gospel” to płyta postrzegana przez niektórych jako rock chrześcijański, co jest nie do końca prawdą, bo jak wiadomo Lao Che specjalizuje się w cross-over. Co przy okazji tego albumu zadecydowało o tematyce i formie tej płyty?

Spięty: Kryzys duchowo-artystyczny. Po „Powstaniu Warszawskim” ciężko było pojawić się z czymś nowym, świeżym, z nową wartością. Będąc w kryzysie dużo myślałem o Bogu i religii, i tak to bezwiednie poszło. Trochę się broniłem przed konceptem, ale powiedziałem sobie, że nie będę robił tutaj sobie żadnych ustaleń. Nie chciałem siebie brać w karb dryfowania w kierunku jakiegoś konceptu. Ta płyta nie jest pełnym konceptem, ale ma swój ładunek treściowy. Określenie cross-over, które odnosi się do muzyki, a nie do treści, pasuje do niej. Płyta łączy kilka stylów, chociaż jest bardziej monolitem niż te wcześniejsze.

Nie ma takiej konotacji z rockiem chrześcijańskim. Pewne treści nie są pochwałą religii, bardziej kontestacją. Bardzo wielu ludzi śpiewa o Bogu, tyle że tutaj jest o nim troszkę więcej. Nie jest to do końca ani rock, ani chrześcijański przekaz.

Jak reagujecie, kiedy zarzucają wam koniunkturalizm, co często się zdarzało przy okazji płyty „Powstanie Warszawskie”? Choć nie do końca tak było, bo płyta nie wyszła przecież w roku rocznicy Powstania... Robiliśmy tę płytę chyba 3,5 roku i celowo nie wydaliśmy jej w 60. rocznicę Powstania, bo uważaliśmy że to może być źle postrzegane. Przesunęliśmy premierę o rok. Nas temat porwał i uniósł. Pomysł pojawił się w 2001 roku, kiedy kończyliśmy płytę „Gusła”. Jest na niej numer „Jestem Słowianinem”, w którym wspominam o Powstaniu Warszawskim, ktoś napomknął wtedy, że Lao Che mogłoby zrobić cały taki koncept. Jeśli ktoś wsłuchał się w tą płytę i dał się unieść emocjom, tak jak my, to wie, że to jest płyta, która powstała z potrzeby serca, a nie pod publikę. To się akurat zbiegło w czasie z rocznicą i dyskusjami neopatriotycznymi w stylu „Czy ty byś poszedł?”, „Co to znaczy być Polakiem?”, „Co oznacza dzisiaj patriotyzm?”, do których byliśmy potem zapraszani.

Piszecie, że tytuł płyty „Gospel” oddaje karykaturalną wizję rzeczywistości. Co jest takiego w tych naszych czasach, że prowokują do sięgania po ironię, groteskę i satyrę, by ją opisywać? Teksty są mojego autorstwa, a ja po prostu lubię to narzędzie, jakim jest ironia. Przydało się to nawet przy płycie „Powstanie Warszawskie”. Temat ten można było potraktować patetycznie, ale przez różne epizody, lekką karykaturę czy kolokwialne zwroty, przekleństwa, udało się spuścić trochę powietrza. Podoba mi się język ironii, szorstkości, cierpkości, bo jest prawdziwy i codzienny. Na „Gospel” temat też jest poważny, a przez tą ironię staje się bardziej bliski, nie stawiany na świeczniku. Taki język pozwala też na zdystansowanie się i spojrzenie z wielu perspektyw.

W jaki sposób osiągnęliście tak specyficzne brzmienie płyty „Gospel”? Miękkie i zarazem drapieżne, opierające się na kontrastach, ocierające się nawet niekiedy, ale w sposób świadomy, o granicę kiczu. Chcieliśmy pójść tym torem, co przy poprzedniej pycie, nagrywanej na starym sprzęcie w studiu Obuch pod Lublinem. Wynajęliśmy studio od Polskiego Radia, podobny sprzęt, ale nasz producent miał tutaj inne podejście. Przy płycie „Powstanie Warszawskie” spokojny człowiek, wyważony, fajnie tą płytę uczesał. A do tego świata, który jest lukrowany i do tej chałtury na każdym kroku, dodał tę okładkę, gdzie jest kupa tej posypki lukrowanej, że to wszystko jest takim wielkim ciastkiem. Brzmienie, które jest maślane, ciastkowe, fajnie się zgrywa z tekstem, momentami cierpkim, o postaci, która urąga Bogu. Przeciwieństwa się przenikają. Lao Che lubi sięgać po sprzeczności, na tym się buduje nowa wartość, to jest po prostu nasz styl.

W jaki sposób Lao Che walczy ze schematami w muzyce? Tak, jak już mówiłem, jesteśmy bandem, który lubi sprzeczności. Jesteśmy ludźmi, którzy wyrośli na gruncie metalowym (graliśmy w zespołach metalowych i w tej subkulturze wyrośliśmy), zrobiliśmy płytę o Powstaniu Warszawskim z muzyką punkową i treściami patriotycznymi, płytę ambientową „Gusła”, gdzie pojawiają się treści średniowieczne, do tego cross-over z klezmerką itd. Staramy się uciec przed szufladką, bo szufladka powoduje, że stajesz na scenie i zaczynasz się nudzić, opadają emocje, znika pasja. Na razie próbujemy robić rzeczy, których jeszcze nie było, budować nową wartość, choć pewnie przyjdzie taki moment, że nie będziemy mieć jako zespół już nic nowego do powiedzenia.

Co muzyków Lao Che kręci najbardziej w polskiej muzyce? Z jakimi zespołami jest wam po drodze muzycznie, a z jaki formacjami nigdy nie wystąpilibyście na scenie? Gracie dużo na juwenaliach, a podobno przy okazji koncertów z „Powstaniem Warszawskim” było dużo takich imprez, na których, gdybyście wiedzieli o co chodzi, to byście nie wystąpili. Wiele takich wpadek nie było. Był tylko jeden taki koncert, o którym chciałbym zapomnieć – okazało się, że to impreza zamknięta PiSu, w Katowicach. Umowa była podpisana, więc trzeba było zagrać, ale długo mnie potem dupa bolała. Na pytanie, z kim byśmy nie zagrali, chciałbym odpowiedzieć, że z każdym, bo każdy ma prawo grać, ale byłaby to hipokryzja. Patrzymy na okoliczności, czy z wiarą, nadzieją i energią nas to poniesie. To jest sprzężenie zwrotne – wychodzisz na scenę, dajesz z siebie coś, jak widzisz, że ludzie reagują, to energia się kotłuje. Natomiast jak wyjdziesz i jest totalne nieporozumienie, jak we wspomnianych wcześniej Katowicach, to po prostu się robi przykro i nie jesteś w stanie się otworzyć. Skład na scenie też ma znaczenie. Lao Che powstał w 1999 roku i przez te 9 lat zagraliśmy zaledwie ze sto koncertów. Gramy w sposób taki półamatorski, bo pracujemy przez tydzień, a na koncerty wyrywamy się w weekendy, przez co też stanęliśmy muzycznie trochę w miejscu. Chcemy to zmienić tej jesieni.

Wiem, że jesteś kierowcą ciężarówki. Czy twoje obserwacje drogowe mają wpływ na twoje teksty? Nie wiem czy akurat drogowe. Jestem człowiekiem, mam oczy, mam uszy i obserwuję świat, czasami też zza szyby samochodu. Lubię jazdę samochodem, bo mogę się wyłączyć. Nikt ode mnie nic nie chce, mogę sobie rozmyślać, słuchać muzyki, układać pomysły na teksty. Myślę, że w ten sposób mój zawód przyczynia się do tego, że moja sztuka ma taki kształt.

Słyszałem, że wasze muzykowanie nie ogranicza się tylko do Lao Che. Opowiedz o waszych innych projektach muzycznych? Osobiście nie mam żadnych innych projektów poza Lao Che. Od lat próbuję się zrealizować solowo, ale jakoś mi jeszcze nie wyszło. Nie udaje mi się na płaszczyźnie, nawet nie artystycznej, ale bardziej prozaiczno-organizacyjnej. W zespole jest łatwiej, bo ludzie się wzajemnie uzupełniają. Za to nasz klawiszowiec „Wieża” bierze udział w projekcie Frutti Di Mare. Nagrywają teraz bardzo fajną płytę, która prawdopodobnie jesienią ujrzy światło dzienne. Jeśli chodzi o resztę załogi, to każdy pracuje i ciężko znaleźć czas nawet na te sto koncertów. Może się to zmienić, jeśli zaczniemy zajmować się tylko muzyką.

Jak przyjmujesz tą wielką popularność – pierwsze miejsce na liście przebojów Trójki nie każdemu się zdarza. Nie będę ukrywał, że to przyjemne. Cieszę się, że dotarliśmy do takiego punktu, w którym nie musimy się zbytnio wysilać, żeby być bandem, który jest na scenie, funkcjonuje zawodowo. To jest temat, który ostatnio przerabiamy, dlatego dużo o tym mówię. Do tej pory byliśmy zespołem grającym w sposób hobbystyczny i już nie mam na to siły. Mam rodzinę, swoje sprawy i trudno mi to wszystko łączyć. Muzyka jest jak człowiek, jak roślina – jeśli o nią nie zadbasz, nie będziesz jej pielęgnował, to nie rozkwitnie. To tak jak z żoną. Trzeba się na coś zdecydować. Myślę, że teraz ta jesień nam sporo wyjaśni. Po płycie „Powstanie Warszawskie” marzyliśmy, że fajnie byłoby jeździć sobie, grać koncerty i mieć z tego pieniądz.

Cieszę się z tego pierwszego miejsca w Trójce, bo przed wydaniem tej płyty mieliśmy naprawdę trudną sytuację. Czuliśmy ogromną presję po „Powstaniu Warszawskim”. Ludzie zaczęli wartościować, porównywać: „co oni teraz wydadzą, jaki temat, jaki wyjątkowy?” Musieliśmy zapomnieć o tamtej płycie, wejść do innej rzeki, wyruszyć w odważną podróż. Tak jak płyta „Powstanie Warszawskie” to był dla nas odważny trip, ale było nam wtedy łatwiej, bo byliśmy po płycie „Gusła”, która nam się sprzedała w nakładzie 2 tys., więc zupełnie niszowa sprawa. Nagrywaliśmy w obskurnej sali, bez żadnego ciśnienia. Natomiast przy „Powstaniu Warszawskim” każdy chciał zrobić jeszcze lepiej, jeszcze piękniej. Dlatego cieszę się, że „Gospel” nie jest wyścigiem z „Powstaniem Warszawskim” i że ludzie to dostrzegli.

Co z twoim cichym niespełnionym marzeniem, żeby zagrać w filmie? Mam taką propozycję teraz od kumpla, ale za wcześnie, żeby o tym mówić. Myślę, że jeszcze kiedyś się zrealizuję aktorsko, może w swoim projekcie solowym.

Jak było z tekstami przy płycie „Gospel”? Słyszałem, że robiłeś sobie słowniczek z kilku tysięcy słów przy „Gusłach”... Nie wiem jak inni tekściarze, ale ja korzystam z notatek, z tym że przy tej płycie tych notatek było naprawdę niewiele – jakaś fajna myśl albo ironia, która mi się podobała. Potem siadałem przed pustą kartką i pisałem. Nie tak, jak przy płycie „Gusła”, która była przekalkulowana. Dbałem wtedy o język, który miał być inny. Musiałem się z tym językiem zapoznać, stworzyć sobie słownik i faktycznie jest to gruby zeszyt A4, liczący parę tysięcy słów. Żeby przekazać jakąś treść, którą sobie wymyśliłem, musiałem przewertować te kilka tysięcy haseł. Przy kolejnym tekście to samo. Strasznie się przy tym zmordowałem, co może dawać efekt przekombinowania. Przy „Powstaniu Warszawskim” już tego było mniej, a przy „Gospel” śladowe ilości. Nie chodzi tu jednak o dosłowne korzystanie z notatek, ale o wprowadzenie się w pewien stan ducha, tworzy się atmosfera wydawnictwa i do czegoś się zbliżasz.

tekst: Adrian Chorębała | zdjęcie: Kuba Nyckowski (ultramaryna, maj 2008)

>>> „Gospel” na stronie Lao Che
>>> Lao Che na MySpace
>>> jeden z genialnych tekstów Spiętego: „Hydropiekłowstąpienie”








KOMENTARZE:

2010-02-21 21:20
czy ktos wie , co to znaczy "Lao Che"
ala

2008-06-13 11:40
Od kilku miesięcy słucham Lao Che codziennie (szczególnie koncert z radia 3) i mi się wcale nie nudzi. Dobra muzyka + wartościowe teksty. JEstem pod wrażeniem. Pozdrawiam Marcin
Marcin

2008-05-20 12:34
Uwaga:"Gospel" uzależnia ;)
lcfan

2008-05-08 13:40
fajny wywiad, nie wiedzialam, ze Spięty jest kierowcą ciężarówki:-), poza ty te teksty jego mnie rozwalają...
axe

2008-05-08 12:36
lebski gosc
lukrecja


SKOMENTUJ:
imię/nick:
e-mail (opcjonalnie):
wypowiedz się:
wpisz poniżej jakie miasto jest stolicą Polski:
teksty
STADION ŚLĄSKI: Jak na Śląskim rocka się grało
Monsters Of Rock, 1991 (zdjęcie: Andrzej Grygiel/ Pastsilesia) Trzyma się nie gorzej od Micka Jaggera, a lista iko... >>>

MARTYNA CZECH: Malarstwo jako nałóg
Martyna Czech to jeden z najmocniejszych debiutów malarskich ostatnich lat. Jest laureatką niezwykle prestiżowego i najs... >>>

FRELE: Pół żartem, pół serio
Miało być śmiesznie, a zaczęło robić się poważnie. Za sprawą śląskiej przeróbki hitu Adele „Hello”, nagranej... >>>

DZIECKO + SZTUKA = GŁOWA PEŁNA POMYSŁÓW
Czym jest edukacja kulturalna dla dzieci dzisiaj? Czy musimy polegać tylko na zaangażowanych nauczycielach, by wpro... >>>

MIUOSH: Miasto, muzyka, rodzina
Spełniony artysta – już nie tylko rapowy, szczęśliwy mąż i dumny ambasador regionu. Z Miuoshem rozmawiamy o p... >>>

GGRUPA: Grunt to dobry pomysł
Paweł Lipiński i Mateusz Frankowski Pierwsze miejsce w konkursie magazynu „eVolo” na wieżowiec przyszł... >>>

PAWEŁ DYLLUS: Ekipa to jest klucz
Paweł Dyllus, operator. Absolwent Wydziału Radia i Telewizji, wielokrotnie nagradzany za zdjęcia do filmów Julii Rus... >>>

ALEKSANDRA TERPIŃSKA: Najwyżej będę robić filmy niepopularne
Aleksandra Terpińska to jedna z najciekawiej zapowiadających się absolwentek reżyserii Wydziału Radia i Telewizji UŚ... >>>
po imprezie
Ostatnio dodane | Ostatnio skomentowane
Festiwal Tauron Nowa Muzyka 2017
7.07.2017
Gorillaz
20.06.2017
Colin Stetson
19.12.2016
Julia Marcell
21.11.2016
Katowice Tattoo Konwent
30.09.2016
Podziel się z resztą świata swoimi uwagami, zdjęciami, filmami po imprezach.
o nas | kontakt | reklama | magazyn | zgďż˝oďż˝ b��d na stronie | © Ultramaryna 2001-2017, wszystkie prawa zastrzeďż˝one      
hacklink wordpress free themes ankara sexs shop hacklink satış elektronik sigara çeşiteleri