Ta strona używa plików cookies.
Polityka Prywatności    Jak wyłączyć cookies?
AKCEPTUJĘ
wtorek 15.10.19

START
LOKALE
FORUM
BLOGI
zgłoś imprezę   
  ultramaryna.pl  web 
RELACJA Z OFF FESTIVAL 2007: Uśmiechnięte twarze w mysłowickim powietrzu

Mniej więcej od początku sierpnia (a może wcześniej) zacząłem odliczać dni do drugiej edycji Off Festivalu w Mysłowicach. Wydarzenie, do którego przygotowania śledziłem co najmniej od kilku miesięcy, faktycznie zapowiadało się bardzo dobrze. Na stronie internetowej imprezy w okresie przedfestiwalowym raz po raz pojawiały się zapowiedzi muzycznych niespodzianek. W końcu poza polskimi zespołami „krok przed sławą”, w jednym z najbardziej muzycznych polskich miast miały gościć także gwiazdy polskiej sceny oraz znakomitości z zagranicy. Zresztą ja już od dawna wolę kibicować zespołom, które jeszcze nie stały się znane, i wiedziałem, że podczas festiwalu będę miał okazję zobaczyć i usłyszeć kilku moich faworytów.

Piątek
Część muzyczna (bo były też inne) została zaplanowana na piątek i sobotę. W związku z tym 17 sierpnia rano zamiast do pracy udałem się prosto do Mysłowic. Te przywitały mnie kurantami z kościelnej wieży – już wiedziałem, że po takim powitaniu musi być dobrze! Punktualnie zameldowałem się na polu biwakowym i już mogłem wyruszyć na tereny festiwalowe oddalone nieco od kampingu i położone na terenie malowniczego kąpieliska miejskiego Słupna Park. Szkoda tylko, że kąpielisko było zamknięte, ale wiadomo, że względy bezpieczeństwa muszą ustąpić przed wakacyjnymi ciągotami. Po drodze minąłem wokalistę Ścianki – Maćka Cieślaka, czytającego bajki dzieciom – wtedy po raz pierwszy pomyślałem, że w klimacie festiwalu coś jest.

Obie sceny plenerowe – Duża i Leśna (faktycznie otoczona drzewami!) zaczęły działać już około południa. Niestety, spóźniłem się na pierwsze koncerty moich młodych faworytów: George Dorn Screams i L.Stadt. Wierzę jednak, że zaprezentowali się na miarę swojego niemałego ­potencjału i liczba ich sympatyków wydatnie się powiększyła. Ja festiwalową przygodę rozpocząłem od improwizacyjnych tytanów – Pink Freud, którzy rozpoczęli koncert od jednego z moich ulubionych w ostatnim czasie utworów, mianowicie energetycznej i spontanicznej interpretacji „Come As You Are” z repertuaru Nirvany. A potem było coraz lepiej! Niestety, już podczas pierwszego koncertu odczułem nieubłagalność festiwalowego harmonogramu, zgodnie z którym „Freudzi” grali tylko 45 minut – za krótko.

Ale nie czas żałować róż, gdy płoną lasy (a może kolce). W kolejce już oczekiwał zespół Lao Che, który punktualnie zameldował się na dużej scenie. Materiał z płyty „Powstanie Warszawskie” zabrzmiał wyjątkowo. A co najbardziej pozytywne, bardzo podobał się publiczności. Jak widać, na muzykę z inteligentnym tekstem i przesłaniem jest zawsze zapotrzebowanie – nie wątpię w to.

Jako że festiwal w dużej mierze opiera się na wahadłowym wędrowaniu sprzed Dużej Sceny pod Scenę Leśną i z powrotem, już po chwili stawiłem się pod mniejszą ze scen w oczekiwaniu na powrót Generała Stilwella. Mysłowicka legenda (muzycy Myslovitz twierdzą, że gdyby nie Generał, to ich grupa pewnie nigdy by nie powstała) zagrała całkiem przyzwoity koncert. Ograne już dość mocno piosenki zabrzmiały sympatycznie, jednak podczas całego koncertu nie można było oprzeć się wrażeniu, że słucha się The Freshmen lub wczesnego Myslovitz w nie swoim repertuarze. Mimo wszystko plus dla organizatorów za ożywienie wspomnień.

Potem przyszła kolej na tuzów polskiego punk rocka, których piosenki znają i nucą już co najmniej dwa pokolenia – Dezerter. Siła gitarowego brzmienia okraszona znakomitymi buntowniczymi tekstami (choć można by dyskutować, co tu jest czym okraszone) uświadomiła wszystkim malkontentom, że punkrockowe dinozaury są w wyśmienitej formie. Co więcej teksty Dezertera brzmią ciągle dobrze i wcale się nie zdezaktualizowały.

Następnym punktem w programie była kolejna muzyczna uczta. Jako zdeklarowany fan Mitcha & Mitcha ochoczo zameldowałem się pod sceną, na której pojawili się Starzy Singers. Zespół rzadko koncertuje, tym bardziej więc warto było posłuchać. Myślę, że koncert zadowolił wszystkich – połączenie brzmienia iście punkowego z muzycznym profesjonalizmem wywarło na mnie ze wszech miar dobre wrażenie. Może nie jest to jakość jak z koncertów i płyt Franka Zappy, ale Starzy Singers wiedzą, gdzie szukać inspiracji.

Nie było czasu na ostudzenie emocji, bo w programie zaplanowano koncert tym razem mojego ulubionego polskiego zespołu – Ścianki. Zespół grający od jakiegoś czasu w zmniejszonym składzie (Maciek Cieślak – wokal, Arkady Kowalczyk – perkusja, Michał Biela, znany także z Kristen – gitara basowa) zaprezentował głównie utwory z ostatniego albumu „Pan Planeta”. Choć wydaje mi się, że muzycy Ścianki nie są przyzwyczajeni do grania przed tak dużą publicznością, to wszystkie utwory, a w szczególności przebojowy „Boję się zasnąć, boję wrócić do domu” czy psychodeliczny „Wichura/Głowa czerwonego byka” zabrzmiały w Mysłowicach znakomicie. Mam wrażenie, że muzycy Ścianki dobrze się czuli, co dało się poznać po jakości koncertu, która – jak zwykle – nie budziła zastrzeżeń.

Gwoździem piątkowego programu (przynajmniej jeśli chodzi o wykonawców krajowych) okazał się występ formacji Dick4Dick. Mieszanka muzyki elektronicznej, metalu i punk rocka z charakterystycznym tylko dla członków Dick4Dick humorem rozpaliła offfestivalową publiczność do białości. Oprawy scenicznej i żywiołowości na scenie można zespołowi pozazdrościć. Ich idole: Elvis Presley czy Bon Jovi znaleźli w Dick4Dick godnych naśladowców. Ale mysłowicki koncert grupy to rock’n’rollowa bomba, której nie sposób opisać – to trzeba było po prostu usłyszeć i zobaczyć. Gorąco polecam koncerty Dick4Dick w Waszych miastach. Wieczór należał do gwiazd zagranicznych. Najpierw norweski Low Frequency In Stereo uraczył swoich fanów, i nie tylko ich, świetnym koncertem, którym udowodnił, że mówienie o Norwegach jako o kontynuatorach Joy Division wcale nie jest na wyrost.

Niesamowite wrażenie wywarł na mnie koncert zespołu, o którym – przyznaję się bez bicia – wcześniej dużo słyszałem, ale którego płyt uważniej nie przesłuchałem: brytyjskiego Piano Magic. Koncert, transmitowany zresztą przez ­radiową „Trójkę”, był zaiste magiczny. Zespół prowadzony przez lidera Glena Johnsona potrafi grać psychodelicznie, a jednocześnie balladowo. Tylko zamknąć oczy i pozwolić wyobraźni szybować. Jeden z najlepszych koncertów festiwalu! Pierwszy dzień zakończył się prawdziwą eksplozją dźwięków. Na Dużej Scenie pojawił się zespół, którego od kilku już miesięcy słucham bardzo często, a ze mną rzesze Europejczyków, Amerykanów, a z pewnością też Australijczyków – bo mowa o australijskim oktecie ­Architecture In Helsinki. Grupa multi­instrumentalistów grających między innymi na syntezatorach, instrumentach dętych, gitarach oraz perkusji zaczarowała mysłowicką publiczność i zabrała ją w świat zupełnego pomieszania stylów. Dodatkowo świetny kobiecy wokal przekonał mnie (i pewnie jeszcze parę innych osób), że Australia wcale nie musi być kojarzona z Kylie Minogue, a „Architekci” to prawdziwy diament na światowej scenie muzyki „offowej”. Ich muzyka ma w sobie tyle niesamowitej energii i radości grania, że nie sposób się jej oprzeć – polecam z całego serca płytę „Places Like This”.

Wracający po koncertach na pole biwakowe ludzie byli wyraźnie w świetnych nastrojach. Atmosfera na kampingu, mimo iż z zaśnięciem mogło być trudno, również była przednia.

Sobota
Sobota przywitała nas słońcem. Po biwakowym śniadaniu i leniwym poranku można było ponownie udać się do Słupna Parku. Moim typem na sobotę był między innymi młody (jeszcze bez płyty), ale bardzo obiecujący zespół ze świetnym wokalistą Michałem Pydo – Hatifnats. Nie zawiódł, grając koncert na europejskim poziomie. Rytmiczne i melodyjne piosenki zabrzmiały bardzo dobrze. Dla mnie bomba!

Przynajmniej równie dobrze bawiłem się na koncercie Komet. Przyjemnie było posłuchać i wyśpiewać ich piosenki z jakże znaczącym „Mysłowickim powietrzem” czy przebojowymi „Bezsennymi nocami”. Lesław i reszta ciągle w formie.

Sądzę, że miłym zaskoczeniem dla wielu osób był koncert Wojtka Kucharczyka, który ostatnio ukrywa się pod pseudonimem The Com­plainer. Zakręcona muzyka elektroniczna, niebanalne show, siła rytmu i muzyki – to znaki rozpoznawcze The Complainer and The Complainers. Na uwagę zasługuje też oprawa sceniczna, o którą zadbał Marcin Zarzeka – wycięte z papieru różowe koniki rozrzucone pośród publiczności dla wielu stały się bezcenną pamiątką z Off Festivalu 2007. Aż strach się bać, co Complainers mogą jeszcze wymyślić.

W sobotę na Scenie Leśnej stawiła się także trójmiejska formacja Kobiety. Na ich koncert złożyły się głównie piosenki z poprzedniej płyty, ale nie zabrakło też fragmentów „Amnestii”, w tym granego dość często przez radio letniego przeboju o wdzięcznym refrenie: „Pif, paf, bingo, bang, jednorękim bandytą rozbijam bank”. Koncert, również zresztą transmitowany przez „Trójkę”, wypadł bardzo dobrze – „bez mentalnej biedy”.

Jakby komuś było mało przedstawicieli trójmiejskiej sceny muzycznej, niedługo po Kobietach koncert na Dużej Scenie rozpoczął sam Tymon Tymański, tym razem w towarzystwie The Transistors. Grupa, której chyba nie trzeba nikomu przedstawiać, nie zawiodła – klasa to klasa.

W Mysłowicach nie zabrakło też łódzkiej formacji Cool Kids Of Death. Popularne „Kulki” mnie osobiście nie zachwyciły, ale miło było posłuchać niezwykle mi bliskich piosenek z ich pierwszego albumu, takich jak „Generacja nic” czy grane na bis „Butelki z benzyną i kamienie”.

Kolejnym zespołem, jaki miałem okazję usłyszeć i obejrzeć, było Pogodno. I tutaj zupełna rewelacja. Niesamowity kontakt z publicznością oraz trafiające do wszystkich, choć może niezbyt wysublimowane (oscylujące głownie – mówiąc delikatnie – wokół tematów damsko-męskich), poczucie humoru sprawiły, że odbiór koncertu przez mysłowicką publiczność był więcej niż pozytywny. Nie bez powodu zespół Pogodno grał o 19, a więc w porze przeznaczonej dla gwiazd.

Z kolei o 21:15 na Dużą Scenę wkroczyła Nosowska. Muszę przyznać, że z dużym uznaniem już od dawna przyglądam się jej scenicznym dokonaniom. Siłą Nosowskiej są oczywiście nie­banalne teksty. Przebojowa „Era retuszera” oraz piosenki tak z ostatniej, jak i poprzednich płyt artystki może nie rzuciły na kolana, ale zabrzmiały dobrze. Mnie czegoś w tym koncercie zabrakło, choć sam mam problem, żeby określić czego. Taka specyfika festiwali – w natłoku wrażeń trudno pozbierać myśli i wrażenia (sam nie wiem, jak mi się udaje coś na ten temat napisać).

I wreszcie na koniec znowu gwiazdy – tym razem z Wielkiej Brytanii. Finał rozpoczęła kapela iLiKETRAiNS. Wschodząca gwiazda brytyjskiego rocka, grająca muzykę określaną przez „fachowców” mianem post-rock-intelligent-rock (i domyśl się, o co tu chodzi), uraczyła festiwalowych gości koncertem, który – jak sądzę – z powodzeniem zadowolił nie tylko fanów. Daję cztery gwiazdki w pięcio­gwiazdkowej skali.

Natomiast zamykający festiwal (przynajmniej na Dużej Scenie) koncert Electrelane wywarł na mnie o wiele silniejsze i w dodatku jak najbardziej pozytywne wrażenie. Po pierwsze nieczęsto ma się okazję trafić na zespół składający się z czterech młodych kobiet (jeśli ktoś wymieni trzy takie na podobnym poziomie, zostanie uhonorowany przez piszącego te słowa muzycznym upominkiem). Po drugie w muzyce Electrelane słychać bezpośrednie nawiązania do Sonic Youth czy Vel­vet Underground. Po trzecie dziewczyny wyraźnie cieszą się tym, co robią, a to w sztuce, moim zdaniem, ma kluczowe znaczenie. Po czwarte tekstom warto się przysłuchać. Krótko mówiąc: koncertowych podróżników zachęcam do zainteresowania się występami zespołu, a wszystkim pozostałym, którzy podejrzewają, że dźwięki Electrelane mogłyby im się spodobać, polecam ostatnią płytę tego zespołu: „No Shouts, No Calls”.

To jeszcze nie koniec
Nie wspomniałem jeszcze o trzeciej ze scen festiwalu, na której działo się wiele, choć sam niewiele z tej wielości miałem okazję doświadczyć. Nie mógłbym jednak nie wspomnieć (skoro już piszę o pozytywach festiwalu) o niezapomnianych koncertach Muariolanzy czy Puma Jaw (chociaż umieszczenia melancholijnego Puma Jaw na scenie o pierwszej w nocy, kiedy już wszystkim chce się spać nie uważam za najlepszy pomysł).

To jeszcze nie wszystko
Nie samą muzyką żyje Off Festival, ale także: Międzynarodowymi Targami Wolontariatu, Świętem Radości Dzieci czy Industrial Art. W ramach tego ostatniego projektu jeden z szarych mysłowickich budynków został ozdobiony zaprojektowanym przez Edwarda Dwurnika muralem „Uśmiechnięte twarze” – efekt znakomity. Zachęcam do tego, aby przyjechać za rok i obejrzeć.

A Arturowi Rojkowi i innym zaangażowanym w przygotowanie Off Festivalu gratuluję! Wierzę, podobnie jak Artur, że jeśli festiwal będzie się rozwijał tak jak do tej pory, to kiedyś zobaczymy w Mysłowicach Primal Scream czy Radiohead.

tekst: Przemko Szmidt, Biuletyn Mensy Polskiej

>>> wróć do forum







teksty
PAULINA PLIZGA: Od wodzisławskiego hasioka po paryskie trash couture
Tworzyła recyclart, zanim to było modne, choć nie chce definiować swoich projektów przez pryzmat trendów. Kiedy w... >>>

BARTOSZ PILAWSKI: Granice nie istnieją
W 2017 roku pokazał swoją pierwszą kolekcję. Dziś projektant i założyciel marki Pilawski ma za sobą prezentację w... >>>
komentarze: 1

JERZY JAN POŁOŃSKI: Nie pytaj mnie o cyrk
Obejmujący we wrześniu scenę Teatru Miejskiego w Gliwicach Jerzy Jan Połoński znany jest z tego, że nieignorującym... >>>

BARBARA RUPIK: Malarstwo zaklęte w filmie
Spośród ok. 2 tys. zgłoszeń prezentujących dorobek 366 szkół filmowych z całego świata do tegorocznego konkursu... >>>

ŚLĄSCY FREEGANIE: Nie konsumują życia. Żyją je.
Ile jedzenia wyrzucamy? Ile niepotrzebnych rzeczy kupujemy? Najpierw cyfry, które przemawiają do wyobraźni: wyprod... >>>
komentarze: 1

ANIA SUNDSTROM: Niepoważne instrumenty, poważne tematy
Ania Sundstrom w rodzinnym Bytomiu pojawia się rzadko, bo czas dzieli między muzykologiczne konferencje na całym świ... >>>
po imprezie
Ostatnio dodane | Ostatnio skomentowane
Upper Festival 2019
5.09.2019
Fest Festival 2019
26.08.2019
Off Festival 2019
9.08.2019
Festiwal Tauron Nowa Muzyka 2019
27.06.2019
Off Festival 2018
10.08.2018
Podziel się z resztą świata swoimi uwagami, zdjęciami, filmami po imprezach.
o nas | kontakt | reklama | magazyn | zgłoś błąd na stronie | © Ultramaryna 2001-2019, wszystkie prawa zastrzeżone