Serwis Ultramaryna używa plików cookies. Odwiedzając nasze strony akceptujesz otrzymywanie cookies (ciasteczek). Warunki dostępu do plików cookies możesz określić w swojej przeglądarce.

ZAMKNIJ

Ultramaryna | ANIA DĄBROWSKA: Kilka słów o nowej płycie
sobota 25.03.17

START
LOKALE
FORUM
BLOGI
zgłoś imprezę   
  ultramaryna.pl  web 
ANIA DĄBROWSKA: Kilka słów o nowej płycie

Ania Dąbrowska w październiku wydała swoją drugą płytę „Kilka historii na ten sam temat”. Już debiutancki album „Samotność po zmierzchu” (2004) pokazał, że polski pop nie musi kojarzyć się z obciachem. Album przyniósł Ani parę przebojów, status złotej płyty i kilka Fryderyków.

Drugie wydawnictwo artystki to płyta dojrzała i wysmakowana brzmieniowo. Spokojna refleksyjna tonacja piosenek, przemyślane teksty i naturalny, mocny głos Ani to jedne z wielu atutów jej najnowszych kompozycji. Dodać należy, że Ania jest kompozytorką wszystkich utworów, a w nagrywaniu pomagali jej m.in. znani ze sceny niezależnej muzycy: Tomasz Duda (m.in. Pink Freud) i Tomasz Ziętek (Loco Star, Pink Freud). O tym, jak jej nowa płyta brzmi na żywo, będzie można się przekonać 16 grudnia na jedynym koncercie na Śląsku, w Bytomskim Centrum Kultury. Wcześniej parę sekretów albumu Ania zdradza nam w wywiadzie.




Ultramaryna: Tytuł twojej nowej płyty brzmi...
Ania Dąbrowska: Kilka historii na ten sam temat.

Ten temat to oczywiście miłość... Niekoniecznie akurat miłość. Geneza tego tytułu jest dosyć przewrotna. Podczas rejestracji bębnów w studiu Maćka Cieślaka w Sopocie, Maciek po przesłuchaniu mojego demo zażartował, że płyta powinna nosić tytuł: „10 historii na ten sam temat”. Bardzo nam się spodobało to hasło. Nie było wtedy jeszcze tekstów, były tylko zarysowane linie wokalowe...

Na ten sam temat czyli... Ten tytuł świetnie opisuje muzyczną stronę płyty – dla mnie – bardzo rozwojowej. Prawie wszystko na tym albumie jest żywe – bardzo chciałam, by tak było. Poza tym tekstowo też występuje pewna spójność, choć płyta podzielona jest na kilka części: od moich subiektywnych obserwacji i oceny rzeczywistości, poprzez teksty o nieszczęśliwej miłości, rozpadzie związków, aż do tego co czuje kobieta gdy wszystko się kończy...

Twoja pierwsza płyta osiągnęła ogromny sukces. Drugi album to dla każdego artysty płyta prawdy, pokazuje jego prawdziwe możliwości. W jaki sposób chcesz zaskoczyć słuchaczy, pokazać im inne „ja” Ani Dąbrowskiej? Szczerze mówiąc nie mam zamiaru zaskakiwać słuchacza. Tworzenie muzyki jest procesem, który wynika całkowicie spontanicznie. I tego czy kogoś zaskoczę, czy nie, nie można przewidzieć na samym początku. Nie próbuję tym manipulować, tylko pozwalam temu istnieć, rozwijać się, wypływać na wierzch drogą całkowicie naturalną. To, co się zmieniło od pierwszej płyty, to fakt, że zaczęłam pisać teksty w pierwszej osobie, bardziej od siebie, nie ukrywając się pod trzecią osobą.

Nabrałaś pewności siebie? Chyba zawsze byłam pewna siebie. [śmiech]

Chodzi mi o to, że nie boisz się odkrywać siebie. W pewien sposób jako osoba znana oddajesz kawałek siebie popkulturze, bo jak wiesz, nie do końca trzeba się odkrywać... Tak, nie trzeba się do końca odkrywać. Nie mam problemów z odkrywaniem siebie, ale też nie jestem zwolenniczką odkrywania siebie w sposób bezpośredni i dosłowny, bo wtedy jest to mało atrakcyjne. Mało jest w tym tajemniczości. To tak samo, jak w życiu – jak odkryjesz wszystkie swoje karty, przestajesz być interesujący. Nie jest to moim wyznacznikiem, ale ja po prostu wybrałam drogę z boku toru głównego, obok mainstreamowego popu. Przez przypadek stałam się tym popem. Osobiście mnie to zaskoczyło i musiałam nauczyć się różnych rzeczy. Ocenić nową sytuację, w której się znajduję, a potem wszystko to przekształcić w głowie i robić swoje dalej.

Jeśli miałabyś określić swoją nową płytę w dwóch zdaniach, jak byś ją opisała? Płyta wydaje mi się jest delikatnie złożona z moich fascynacji muzyką końca lat 60. i 70. Podobno jest troszeczkę oldschoolowa, chociaż sama nie lubię takich określeń, bo każdy je inaczej odbiera.

Lata 60. i 70., czyli? Różne rzeczy. Począwszy od The Beatles, Floydów, Santane, Otisa Readinga, Curtisa Mayfielda, aż do Neila Younga. Muzyka z tamtego okresu ma inny wymiar niż dzisiaj. Jestem na takim etapie, że odkrywam tamtą muzykę.

Może muzyka z tamtych lat jest inna, bo nie za bardzo kierowano się wtedy względami marketingowymi, a ważna była sama muzyka? Być może. Nikt się nad tym nie zastanawiał, ile trwa piosenka, a ile trwa solówka. A dzisiaj wszyscy o tym myślą nagrywając płytę...

Na twojej płycie jest dużo gości m.in. Tomek Duda (Baaba, Pink Freud, CuKunft). Skąd taki wybór? Tomek Duda bardzo dużo wniósł na tę płytę – zagrał na flecie, różnych saksofonach i klarnetach. Na gitarze zagrał Robert Cichy, chyba najzdolniejszy młody polski gitarzysta, z którym mam przyjemność grać od kilkunastu miesięcy. Wszystkie basy nagrał Bogdan Kondracki, który jest także producentem tej płyty.

Wróćmy do wczorajszego koncertu Silver Rocket. Tylu muzyków, wydawałaby się z różnych światów (Nosowska, Rojek, ty, Karolina Kozak z Dr No, Marsija i Tomek z Loco Star, Tomek Makowiecki), a każdy potrafił się odnaleźć na tyle, że nagraliście spójną płytę, a na koncercie panowała rodzinna atmosfera... Wszyscy jesteśmy znajomymi. Częściej spotykają się ci z tego składu, którzy mieszkają w Warszawie. Z tymi, którzy mieszkają w innych miastach spotykamy się, kiedy przyjeżdżają itd. W związku z tym sytuacja jest na tyle przyjacielska, że nie było problemem z odnalezieniem się na scenie jako główny wokalista, jak i jako chórek. Spotykaliśmy się na próbach, a potem graliśmy w chińczyka albo w karty. Właściwie straciliśmy dystans do tego, kim jesteśmy. To tak, jakbym przyszła na obiad do mamy i mama dałaby mi rosół. A ja bym jej powiedziała: „Mamo, sorry, dlaczego dałaś mi rosół w takim starym talerzu, przecież ja jestem gwiazdą”. Nie czuję się gwiazdą, a tym bardziej wśród znajomych.

Co cię najbardziej drażni w polskim szołbiznesie muzycznym? Denerwuje cię czasami to pozerstwo i lanserka, które towarzyszą imprezom? Nie denerwują mnie takie rzeczy jak pozerstwo i lanserka, bo jest to dla mnie rzecz barwna, uwielbiam obserwować tych ludzi. Rozmawiać z nimi i dowiadywać się, jak to funkcjonuje. A poza tym wszelkiego rodzaju inność jest dla mnie mega kolorowa i lubię to obserwować.
Co mnie denerwuje? Nie lubię występować na różnego rodzaju konkursach, typu debiuty opolskie. Wzięłam w tym udział i przekonałam się, że nie jest to fajne. Konkurs ma swojego faworyta, wygrywa ktoś inny. Potem dziwisz się, po co bierzesz w tym udział. Jest dużo takich sytuacji, które są niepotrzebne, np. dlaczego w konkursie Eurowizji nie wygrali Sistars? Uważam, że powinni wygrać, byli najlepsi, ale rządzą inne prawidłowości. Denerwują mnie rzeczy, które są związane na tyle z muzyką, że samą muzykę się ignoruje.

Skąd pomysł na nową fryzurę? Od dłuższego czasu nosiłam się z taką myślą, żeby powrócić do koloru z czasów „przedidolowych”. Całe życie byłam blondynką, tylko przez trzy lata byłam brunetką. Dla ciebie może być to szokiem, dla mnie jest to naturalny kolor włosów.

W Polsce w muzyce rządzą kobiety. Którą ze śpiewających polskich pań lubisz i dlaczego? Lubię Kasię Klich, gdyż ona bardzo fajnie łączy gatunki i jest chyba trochę niedoceniana... Głosem zahacza o lata 50. czy też 40., a muzycznie jest bardzo nowoczesna. Bardzo sprytnie pisze też teksty. Świetnie posługuje się językiem polskim, co się rzadko zdarza pozostałym twórcom. Mam kilku ulubionych tekściarzy w Polsce...

Jakich? Na pierwszym miejscu jest Adam Nowak z Raz Dwa Trzy. Wymienię ludzi, którzy piszą teksty robiące wrażenie też bez muzyki, a z muzyką jeszcze większe. Czyta się je jak poezję. Nowak dla mnie pisze takie teksty. Lech Janerka – świetne i symboliczne teksty. Wszystko w nich jest symbolem, coś oznacza. Jest to humorystyczne i ironiczne. I jeszcze oczywiście Nosowska.

Jesteś osobą, którą bardzo lubią zespoły alternatywne. Twoją muzykę wrzucają do szufladki pop, bo zdobyła sobie dużą popularność. W zasadzie jednak masz alternatywne ciągoty. Może to głupie pytanie, ale czujesz się bardziej alternatywna czy popowa? Najlepiej by było, by wszyscy przyzwyczaili się do hasła, że muzyka jest jedna. I osobiście nie dzielę jej na alternatywną i niealternatywną, bo to są sztuczne podziały. Gdyby Pogodno sprzedali 50 tys. płyt, już dawno nie byliby zespołem alternatywnym, ich muzyka nie byłaby uważana za alternatywną. Te szufladki powstają ze względu na popyt i podaż. Prawa rynkowe rządzą i coś tam jest spychane do undergroundu, bo się nie sprzedało w większym nakładzie lub jest zbyt skomplikowane. Ale osobiście siebie nie chciałabym umieszczać w jakimś miejscu czy segmencie. Wydaje mi się, że wiele zależy od osobowości. Tymon Tymański jest alternatywnym wykonawcą, który ma na koncie Złotą Płytę, ale w dalszym ciągu jest alternatywny. Nie przeszkadza to jednak, by pojawiał się jako ekspert w bardzo popularnych gazetach. Ogólnie jest postacią szanowaną i medialną. A muzyka swoją drogą. Jest zupełnie wolny. Tworzy to, co lubi i zupełnie nie ma z tym problemów, najważniejsze, że są chętni, by tego słuchać.

Można cię nazwać artystką drugiego singla. „Tego chciałam” nie było takim przebojem, jak „Charlie, Charlie”, który osiągnął m.in. pierwsze miejsce na liście przebojów radiowej Trójki... Wszystko mogło się bardzo różnie potoczyć. Wyobraź sobie, że pierwszym singlem jest „Charlie, Charlie” i wszyscy uważają, że jestem totalnie alternatywną wykonawczynią piosenek dziwnych, a potem wydaję na singlu „Tego chciałam”. Czy to potem miałoby w ogóle sens. Ludzie by pomyśleli: no nie, to ta sama dziewczyna?

Czy potrafisz określić, która z twoich piosenek ma bardziej przebojowy potencjał? Wydaje mi się, że mam takie wyczucie, aczkolwiek mogę się mylić. Jeżeli chodzi o moją muzykę, automatycznie tracę dystans i nie podejmuje się stwierdzenia, który utwór może być przebojem. Bo jestem po prostu zbyt zaangażowana.

A jakie jest pytanie, które dziennikarze często ci zadają, a ty bardzo go nie lubisz? Nie jestem w zespole, więc nie mam tego problemu. Na pewno gdybym miała zespół, denerwowałoby mnie pytania: „skąd nazwa?”, zadawane po raz setny. I: „jak to się zaczęło?”

Szukasz inspiracji w literaturze? Może nie w literaturze pięknej, ale w poezji. Moją ulubioną poetką niestety jest Szymborska. Niestety, bo mało oryginalnie. Ale jej poezja jest dla mnie niesamowita. Połączenie prostoty, wyrafinowania, a jednocześnie jakiejś historii. Szymborska była świetną obserwatorką rzeczywistości, dostrzegała ważne rzeczy na swój sposób i potrafiła je doskonale opisać.

rozmawiał: Adrian Chorębała
zdjęcie: Kama Czudowska, Natalia Jakubowska/ Lament

ultramaryna, listopad 2006






teksty
NIESTRUDZENI PRZYJACIELE ROŚLIN
Jedna i ta sama roślina może być chwastem i ozdobą, trucizną i lekarstwem. Nasze związki z roślinami bywają subteln... >>>

THE PARTY IS OVER: Trip-(c)hop i trip-baba
Impreza dopiero się rozkręca – wbrew nazwie, pod jaką ukrywają się Daria Ryczek i Michał Wajdzik. Muzyczny du... >>>

MARIUSZ KAŁAMAGA: Licencja na rozśmieszanie
Kto rano wstaje – ma szansę usłyszeć go na falach eteru. Czasami wygląda też z telewizora, a bardziej wtajemnic... >>>

ANNA CIEPLAK: Nie demonizujmy gimbazy
Pisze tylko wtedy, gdy ma coś do opowiedzenia. Na co dzień jest społeczniczką zaangażowaną w aktywizację lokalnej wsp... >>>
komentarze: 1
po imprezie
Ostatnio dodane | Ostatnio skomentowane
Colin Stetson
19.12.2016
Julia Marcell
21.11.2016
Katowice Tattoo Konwent
30.09.2016
Tauron Nowa Muzyka 2016
2.09.2016
Off Festival 2016
8.08.2016
Podziel się z resztą świata swoimi uwagami, zdjęciami, filmami po imprezach.
o nas | kontakt | reklama | magazyn | zgłoś błąd na stronie | © Ultramaryna 2001-2017, wszystkie prawa zastrzeżone