Serwis Ultramaryna używa plików cookies. Odwiedzając nasze strony akceptujesz otrzymywanie cookies (ciasteczek). Warunki dostępu do plików cookies możesz określić w swojej przeglądarce.

ZAMKNIJ

Ultramaryna | MUNIEK STASZCZYK: Refleksyjny typ
piątek 31.03.17

START
LOKALE
FORUM
BLOGI
zgłoś imprezę   
  ultramaryna.pl  web 
MUNIEK STASZCZYK: Refleksyjny typ

Zespół T.Love kończy w tym roku 25 lat. Swoje ćwierćwiecze istnienia uczcili wydając jedną z lepszych płyt w swojej karierze, jaką jest „I Hate Rock’n’roll”. 13 maja zagrają m.in. z Myslovitz na chorzowskich Polach Marsowych. O nowej płycie zespołu, Myslovitz i polskiej rzeczywistości rozmawiamy z liderem grupy – Muńkiem Staszczykiem.

Ultramaryna: Pamiętasz moment, kiedy pierwszy raz spotkałeś się z muzykami Myslovitz? Jakie zrobili na tobie wrażenie?

Muniek Staszczyk: To było na festiwalu w Opolu, koncert niekomercyjny, jak na tą imprezę, zatytułowany „Rock w Opolu”, chyba w 1995 roku. Wtedy mój kolega Józek, który w tamtym momencie zajmował się Myslovitz, poznał mnie z nimi. Bardzo ich chwalił. Zostałem na próbie i bardzo mi się spodobało. W zasadzie od pierwszej płyty śledzę ich twórczość i kibicuję im. Potem chłopaki zaprosili mnie do duetu na stronę B ich singla „Chłopcy”. Artur wystąpił z nami na koncercie w Spodku. Zaśpiewał z nami piosenkę „Bóg”. W tym roku T.Love obchodzić będzie 25-lecie bandu i też chcę zaprosić Artura. Duży recital się kroi, telewizja też to będzie robić. On jeszcze o tym nie wie, ale chcę go zaprosić. Generalnie zaprzyjaźniony zespół.

Która z płyt Myslovitz jest twoją ulubioną i dlaczego? Bardzo podobała mi się ich pierwsza płyta. Pierwsze albumy są takie świeże i surowe. W przypadku Myslovitz to był taki mocny debiut. Potem wszystko było bardziej wyprodukowane. Myslovitz nagrywa, moim zdaniem, płyty dobre z reguły, ale moją ulubioną ich płytą jest pierwsza.

Moje pytania o Myslovitz są nie bez przyczyny. Nie chodzi tylko o to, że gracie razem koncert 13 maja, ale najnowszy album T.Love „I Hate Rock’n’roll” kojarzy mi się tekstowo z „Miłością w czasach popkultury”. Tak samo, jak wtedy płyta Myslovitz, oddaje ducha czasów. Czy czujesz się swego rodzajem kronikarzem rzeczywistości, tego co się dzieje wokół? Bardzo mi zależy, by każda płyta T.Love była całością, ale już najlepiej jak jest taką pocztówką z rzeczywistości. Udawało nam się to w latach 90. Płyty „Chłopaki nie płaczą” czy „Al Capone” w jakiś tam sposób fotografowały tą rzeczywistość. Płyta „Pocisk miłości” też oddaje entuzjazm pierwszych lat wolności w Polsce.
Myślę, że ostatnia płyta oddaje ten duszny klimat współczesności. Nie tylko Polski, ale świata, mediów, całokształtu wszystkiego, co nas otacza. Jeżeli tak to odbierasz, to jest komplement, że płyta trafiła w temperaturę, puls rzeczywistości. Kiedy pisałem teksty nie wiedziałem, kto wygra wybory: Kaczyński czy Tusk. Właściwie jesienią 2005 płyta była skończona, piosenki powstawały wcześniej. Niektórzy chcą się doszukiwać politycznych aluzji. Polityka jest jakimś tam elementem życia, ale ja chcę wychodzić szerzej, nie zamykać się w niej. Premierzy, prezydenci zmieniają się, to nie ma takiego znaczenia to chodzi raczej o uchwycenie klimatu.

Powiedz mi czy nie spotkałeś się z opiniami, że nowa płyta T.Love jest zbyt pesymistyczna? Muzycznie ma ona w sobie wiele energii... Nie nazwałbym tego pesymizmem, ale refleksją. Jesteśmy zespołem długowiecznym, starszymi facetami, a nie jakimś dzieciakami. Mówię w tekstach w swoim imieniu, ale sądzę, że chłopaki z zespołu czują podobnie. Mamy ten dystans do tego wszystkiego: rock’n’rolla i biznesu muzycznego, jednocześnie szanujemy swoich fanów, poważnie traktujemy płyty. Nie chcemy, by na krążku znalazło się sześć wypełniaczy i cztery dobre utwory. Zawsze pracujemy długo nad płytą. Pomyślałem, że ten kontrapunkt pesymistycznych tekstów z czadową muzą jest po prostu w porzo. To się wyrównuje.
Generalnie jako człowiek jestem typem refleksyjnym i nie do końca zadowolonym, a nie znaczy to, że wiecznie zdołowanym, ale zadającym ciągle jakieś pytania. Nawet jako widz i słuchacz też wolę takie płyty czy filmy z problemem. Bliższe mi są płyty Radiohead niż np. U2. Wolę filmy Larsa von Triera i Almodovara. Lubię filmy zadające poważniejsze pytania. Nowa płyta T.Love bliska jest temu, co ja tak naprawdę myślę.

Czy uważasz, że sztuka musi boleć, żeby lepiej dotrzeć do odbiorcy? Generalnie wydaje mi się, że z bólu, z wkurwienia powstają lepsze rzeczy, niż z samozadowolenia. To jest taki problem ogólny. My też przeszliśmy jako zespół taki moment samozadowolenia. To wynika z dobrobytu. Z tego, że od kilkunastu lat żyję z muzyki całkiem dobrze. To jest dobry stan, tak powinno być, by zespół mógł żyć tylko z muzyki. Pięć lat nie było płyty. Ale i tak wszystko się kręciło. Graliśmy koncerty i taka kasa, która jest ważna w życiu, też czasami przymyka oczy i dobrobyt cię lekko usypia. Nie mam co narzekać, z innej perspektywy bym mówił, jak nie miałbym co do garnka włożyć. Moje pytania – jako tekściarza - były zawsze podobne.

W tym roku zostaje reaktywowany festiwal w Jarocinie. Czy sądzisz, że muzyka w tych naszych dziwnych czasach może być w opozycji, głosem sprzeciwu i buntu? W taką megarewolucję rock’n’rolla nie wierzę. Te czasy mamy już za sobą. Ostatnim takim zrywem był punk, a tak naprawdę rozkwitło to w latach 60. Muzyka czy chcesz, czy nie chcesz, jest częścią przemysłu. Jak patrzysz np. na taką kapelę Green Day, która w sumie jest fajna - możesz być punkiem w pięć minut, nawet czytając o tym w "Bravo". Nie znaczy, że młodzi nie szukają. Młodzi ludzie są wkurwieni, żyjąc w tym klimacie w Polsce, takim prawicowym, lekko ksenofobicznym, bazującym na najprymitywniejszym katolicyzmie. Mówię to jako osoba wierząca, ale jest mi daleko do takiego myślenia, jak Radio Maryja. Myślę, że takie partie jak PiS czy Liga Polskich Rodzin napędzą ten bunt. Koniunktura się nakręci dla rock’n’rolla.
Ostatnio graliśmy w Irlandii dla Polaków tam pracujących. Oni mówili, że wyjechali ze względów finansowych, ale że nie chcą wracać do takiej dziwnej Polski. Takich elementów wkurzających, politycznych jest coraz więcej i zaowocuje to dobrą muzyką. Być może doprowadzi to do rozwoju alternatywnego rocka.

Pomimo tego że twoje teksty na nowej płycie poruszają niewygodne tematy: rasizm, przemoc, są wartości, w które warto wierzyć. Powiedz mi, jakie twoim zdaniem wartości przetrwają – ty często śpiewasz o miłości... Próbuję realizować te dwie lekcje, o których powiedział kiedyś Johnny Rotten z Sex Pistols. Są dwie lekcje punk rocka, a nie chodzi tu już tylko o punk rocka. Pierwsza lekcja to "Zrób to Sam", czyli stwórz coś własnego. Tak staraliśmy się robić z T.Love, jeszcze jako zespół, który grać nie umiał. Druga lekcja – "Zrób to Dobrze". To, co robię ja – to wiem, że świata nie zmienię. Mogę robić fajne kawałki z jakimś przekazem. Tak jak Jagger śpiewał: "Jestem tylko biednym chłopakiem grającym w rock'n'rollowym zespole". Oczywiście, że miłość jest uniwersalną wartością oczyszczającą, która przetrwa. I o tym zawsze warto śpiewać, chociaż to nie jest łatwe, bo bardzo łatwo popaść w banał. Kolejną wartością jest tzw. pozytywna wibracja – dzisiaj już wyświechtane słowo – wziąłem je od Marleya, który zawsze był mi bliski. Ostre teksty z pogodną muzyką. T.Love starał się tak przez wiele lat, stąd obecność muzyki reggae na naszych płytach. Jednym słowem trudno powiedzieć, ale na pewno: szczerość, emocje i miłość. Emocje są ważne w takiej muzie jak rock’n’roll. To nie jest skomplikowana muzyka, stąd tak ważne są emocje.

W piosence „Jazz nad Wisłą” śpiewasz o niebezpiecznej Warszawie. Powiedz czy jako ojciec nastoletniego syna nie boisz się pozwalać mu wychodzić wieczorem na imprezy? Mam takie obawy, szczególnie, że on ma długie włosy i nie zawsze jest to mile widziane. Są różne komentarze, ale jakoś sobie daje radę. Ten tekst powstał zainspirowany kolegą mojego syna. Wiąże się to z pewną anegdotą: byliśmy w Wiedniu na meczu piłkarskim, Polacy grali wtedy z Austrią na meczu eliminacyjnym mistrzostw świata. Chodziliśmy po tym Wiedniu wieczorem w takiej dzielnicy peryferyjnej, oddalonej od centrum. Było gdzieś około północy, ja byłem ze swoim kumplem, a syn ze swoim. My idziemy z przodu i słyszę jak sobie gadają. „Janek – mówi kumpel mojego syna – popatrz jak zajebiście. Chodzimy sobie wieczorem. Nikt nas nie napierdala, nie zabiera komóry ani roweru. W Parku Szczęśliwickim, obok którego mieszkamy, to byśmy tak wieczorem nie wyszli”. O takiej przemocy ulicznej pisałem już wielokrotnie. Wolałbym już o tym nie pisać, by ten temat nie istniał. Oczywiście, że się boję. Nie mogę syna zagrodzić jakimś pancerzem. Musi uczyć się, jak normalnie żyć, a nie jeździć taksówkami.

Rozmawiał: Adrian Chorębała [Ultramaryna, maj 2006]






teksty
NIESTRUDZENI PRZYJACIELE ROŚLIN
Jedna i ta sama roślina może być chwastem i ozdobą, trucizną i lekarstwem. Nasze związki z roślinami bywają subteln... >>>

THE PARTY IS OVER: Trip-(c)hop i trip-baba
Impreza dopiero się rozkręca – wbrew nazwie, pod jaką ukrywają się Daria Ryczek i Michał Wajdzik. Muzyczny du... >>>

MARIUSZ KAŁAMAGA: Licencja na rozśmieszanie
Kto rano wstaje – ma szansę usłyszeć go na falach eteru. Czasami wygląda też z telewizora, a bardziej wtajemnic... >>>

ANNA CIEPLAK: Nie demonizujmy gimbazy
Pisze tylko wtedy, gdy ma coś do opowiedzenia. Na co dzień jest społeczniczką zaangażowaną w aktywizację lokalnej wsp... >>>
komentarze: 1
po imprezie
Ostatnio dodane | Ostatnio skomentowane
Colin Stetson
19.12.2016
Julia Marcell
21.11.2016
Katowice Tattoo Konwent
30.09.2016
Tauron Nowa Muzyka 2016
2.09.2016
Off Festival 2016
8.08.2016
Podziel się z resztą świata swoimi uwagami, zdjęciami, filmami po imprezach.
o nas | kontakt | reklama | magazyn | zgłoś błąd na stronie | © Ultramaryna 2001-2017, wszystkie prawa zastrzeżone