Serwis Ultramaryna używa plików cookies. Odwiedzając nasze strony akceptujesz otrzymywanie cookies (ciasteczek). Warunki dostępu do plików cookies możesz określić w swojej przeglądarce.

ZAMKNIJ

Ultramaryna | WIĘCEJ NIŻ LITERATURA: wywiad z Michałem Witkowskim
niedziela 19.08.18

START
LOKALE
FORUM
BLOGI
zgłoś imprezę   
  ultramaryna.pl  web 
WIĘCEJ NIŻ LITERATURA: wywiad z Michałem Witkowskim

Michał Witkowski, ur. 1975, kontrowersyjny i szeroko komentowany, wszystko za sprawą szumu medialnego wokół „Lubiewa”, radykalnej powieści gejowskiej (a raczej pedalskiej) wydanej w tym roku. Sprzedała się do tej pory w 12 tys. egzemplarzy. Zadebiutował w 2001 roku zbiorem opowiadań pt. "Copyright". Tłumaczony na angielski, niemiecki, węgierski, chorwacki, słoweński i szwedzki.

Ultramaryna: "Lubiewo" odkłamuje język z politycznej poprawności. Wzdrygasz się przed nazywaniem swoich bohaterów/ bohaterek słowem „gay”, pisząc o nich używasz słów: ciota, pedał, przegięci. Czy uważasz, że twoja powieść pozwoli wyzwolić się językowi literackiemu i będzie on bardziej wiarygodny?
Michał Witkowski
: Właściwie nie interesują mnie skutki wydrukowania mojej książki, ale ja sam dla siebie pisząc ją musiałem dokonać pewnego odblokowania języka. Po prostu musiałem poniekąd zapomnieć o tym, jak się pisze i jak pisać wypada. W tej książce po prostu podczas pisania niczym się nie przejmowałem. Jakbym im wszystkim, całemu światu chciał dać z pięści nokaut. Prosto w gębę.

Bohaterowie "Lubiewa" nie przeżywają wielkich miłości – konsumują raczej kolejne związki, czy ten styl życia oddaje specyfikę społeczeństwa homoseksualnego? To pytanie można by równie dobrze odnieść do całej reszty społeczeństwa. Kto dzisiaj przeżywa wielkie miłości? Nie chcę powtarzać tego, co już powiedział Zygmunt Bauman o miłości w czasach dzisiejszych. Historycznie rzecz biorąc na przestrzeni wieków było wiele różnych „miłości”, m.in. miłość romantyczna, która żywiła się raczej niespełnieniem. W naszych hedonistycznych i konsumpcyjnych czasach raczej niemożliwa. Bohaterowie „Lubiewa” są najczęściej uzależnieni od seksu, a więc oddzielają go od całej reszty swoich aktywności. Ale jeśli przeżywają miłości to toksyczne i dziecinne, miłości – poczwarki, jak z rozdziału „Randka”... Bardzo krótkie, bardzo intensywne i bardzo bolesne. Nie wiadomo, śmiać się czy płakać... Przeżywali też – czego nie opisałem – bardzo silne miłości do... nieosiągalnych heteryków. Może w tym byli romantyczni. Poza tym, że – jak powiedziała Maria Janion – „Romantyk jest tam, gdzie go nie ma”, a oni też przebywają cały czas w jakimś fantazmacie.

Ukazujesz PRL jako swego rodzaju „raj utracony”. Życie społeczności homoseksualnej miało ten swój nieodżałowany smaczek perwersji. Współczesność jest dla ciebie zbyt oczywista, zbyt wyemancypowana. Dlaczego tak wyraźnie opowiadasz się za minionymi czasami? Czy ta nostalgia jest swego rodzaju negacją nowoczesności z jej popkulturalną sztucznością? Przede wszystkim nie uważam, żeby jedne czasy były gorsze czy lepsze od innych. Może pod względem materialnym to tak, ale to, co zyskujemy w jednej dziedzinie, tracimy w innej. Niech każdy zafunduje sobie proste ćwiczenie i wyobrazi sobie swoje idealne, wymarzone czasy. W których np. wszystko, co sobie wymarzy, dostaje natychmiast na złotej tacy. I niech się zastanowi, jak czułby się w takim raju po roku? Wszystko, co było dotąd tak upragnione rozwiewałoby się jak pianka. Albo czasy bez tabu. Wszystko dozwolone. My z Gretkowską doszliśmy do wniosku, że w takich czasach wylądowalibyśmy/ wylądowałybyśmy na bezrobociu!

To, co najbardziej przemawia do mnie w "Lubiewie", to prawda życia, ta nieznośna lekkość bytu, którą twoi bohaterowie muszą znosić podwójnie, bo żyją na marginesie świata. Co było dla ciebie najtrudniejsze przy pisaniu tej powieści - odkrywanie siebie czy próba oddania specyfiki tych postaci tak, by nie za bardzo popaść w groteskę, a jednocześnie przemycić w komedii życia jej cały dramatyzm? Paradoksalnie nic nie było dla mnie trudne! Muszę tu zadać kłam mitowi, jakoby dobra literatura musiała powstawać w bólach i trudach. Właśnie te najbardziej wymiędlone i wymęczone moje teksty są najgorsze, a te fajne powstają ot, tak, same. Lekko, jak wata cukrowa naokoło kijka. Chwilami musiałem się powstrzymywać przed popadnięciem w groteskę, w kabaret. Ale i to nie było specjalnie trudne. Tajemnica tkwi chyba w tym, że ja się do napisania tej książki przygotowywałem zupełnie nieświadomie piętnaście lat. Więc potem miałem już materiał od dawna przetrawiony.

Zdecydowałeś się na formę reportażową - czy można traktować "Lubiewo" jako swego rodzaju świadectwo czasów, kronikę życia ulicy, czy jest ono w dużej mierze utkane, ubarwione, zagęszczone przez fikcję literacką? Reportaż to tylko chwyt literacki, podpucha. To tak, jakbyś chciał „Wojnę polsko-ruską” traktować jak reportaż z życia Wejherowa. I szukać takiej Nataszy czy Magdy. A Masłowska ich znała bardzo wiele, pozlepiała, wyeksponowała cechy typowe, powtarzające się u różnych osób. Chodzą np. słuchy, że niejaka Mirejka, ciota bardzo już stara, chodziła w latach 70. pod koszary, ale kto to sprawdzi, skoro ona dawno nie żyje? To mity. W których oczywiście jest ziarno prawdy.

Jesteś współautorem "Tekstyliów", jak byś ocenił aktualność tej antologii dzisiaj? Którzy z opisywanych tam twórców twoim zdaniem przetrwali próbę czasu? Ich proza, poezja ciągle cię przekonuje? Jakoś nie jestem fanem pisarzy z „Tekstyliów”. Owszem, doceniam ich warsztat, ale zupełnie mnie nie kręcą. Nikt poza Masłowską i Martą Podgórnik. O wiele bardziej działają na mnie roczniki 60. Ja od początku traktowałem wszelkie grupowe wejścia do literatury jako jajo, wykorzystywanie utartych schematów wejścia, wykorzystywanie koniunktury. Ale już pisząc „Recycling” nie wierzyłem tak do końca w tę jedność. A „Tekstylia” to w ogóle traktowałem jako fuchę – ot, ktoś kazał mi (za pieniądze) zrobić pewną ilość haseł o prozaikach, odwaliłem to i już. Ja tych wszystkich szumnych wstępów nie pisałem, tylko Igor z Piotrem. A teraz to już w ogóle widzę, że osobność jest najfajniejsza i jest to dla mnie jedyna droga. Nie chcę być do nikogo podobny, a już na pewno nie do bohaterów „Tekstyliów”!

Na stronie kumple.blog.pl ukazała się twoja dosyć odważna sesja fotograficzna. W jaki sposób twórca kontroluje swój wizerunek, a w jaki media przypisują „gębę” medialną, z której czasami trudno się uwolnić? Jak na razie to ja sam mediom podsuwam różne gęby. Ja decyduję, w co się ubiorę na sesję i jaką minę zrobię. Sam wymyślam tytuły w wywiadach i w ogóle mam wizję tego, co im podsunąć. Chciałem pokazać mediom twarz zadowolonej z siebie cioty i udało mi się. Chciałem zbuntowanego „bezprizornego młodego” – też mi się udało. Wiem, że poza „szufladkami” mnie nie wezmą, więc wybieram te najbardziej mi pasujące... Chciałem być trochę takim Pielewinem, który z nogami na stole i nonszalancko oświadcza, że „Tołstoj mu nie podskoczy”...

Co stanowi dla Michała Witkowskiego tabu? Nie powiem nic oryginalnego: śmierć i umieranie. Rak. Te wszystkie krwiaki Durczoka – ja bym nie mógł tego czytać. Żałuję trochę, że tego przy motywie Dżesiki nie poruszyłem, że nie rozwinąłem tego motywu szpitalnego. Może kiedy indziej.

Z jakimi najbardziej ekstremalnymi opiniami spotkałeś się na temat "Lubiewa"? Wymień proszę reakcje tą najbardziej pozytywną i tą najbardziej negatywną. Nie znam negatywnych. Robert Ostaszewski zarzucał mi w „Przekroju”, że nie mam własnego stylu. Nie będę komentował opinii tego człowieka. Co do kuriozów, to najbardziej zdziwiło mnie, że niektórzy potrafią zarzucać mi homofobię. Najwyraźniej – w przeciwieństwie do mnie – takie zachowania, jakie opisuję, traktują jako zarzut. Nie potrafią ich zaakceptować. A ja ani ich nie akceptuję, ani akceptuję, po prostu – opisuję życie w jego pełnej wersji, ze wszystkimi brudami i jednocześnie pięknymi aspektami. To często dwie strony tego samego medalu.

Jesteś pracownikiem naukowym uniwersytetu, w jaki sposób twoja medialność pomaga ci w pracy? Czy zmienił się stosunek twoich studentów do ciebie po wydaniu "Lubiewa"? Moi studenci (nie mam już zajęć na Uniwerku) są z wydziału dziennikarstwa i wciąż na mnie testują jakieś nowe media, np. telewizję internetową. Jestem dla nich świnką doświadczalną. Wymyślają jakieś pisma, portale, wciąż coś wymyślają, a potem ja muszę to coś sobą zapełniać...

Czy masz już pomysły na kolejne książki? Nie chcę na razie niczego deklarować. Musiałbym zdobyć choć jeden wolny dzień, aby pójść na długi, samotny spacer bez walkmana i to sobie przemyśleć. Może przyjdzie ten moment, że powiem „dosyć” i wyłączę komórkę...


—rozmawiał Adrian Chorębała [Ultramaryna kwiecień 2005]






teksty
JUSTYNA ŚWIĘS: Małe rytuały
Justyna Święs pięć lat temu stawiała swoje pierwsze kroki na scenie muzycznej. Nieśmiała dziewczyna o niesamowitym g... >>>

KUBA WIĘCEK: Jazz spoza szuflady
Zdobywca Fryderyka za jazzowy debiut 2017 roku oraz Mateusza Trójki, student prestiżowego Rhythmic Music Conservator... >>>

ŚLĄSKA FILMÓWKA: Katowicka Nowa Fala
Laurki mają to do siebie, że ociekają słodyczą i trudno w nie uwierzyć. Na szczęście z okazji 40. rocznicy istnien... >>>

SONBIRD: Śpiewamy w języku, w którym śnimy
Dawid, Kamil, Maciek, Tomasz – znają się jakby od zawsze, choć grają ze sobą dopiero trzy lata; koncertują n... >>>

RAFAŁ MILACH: Wątpię w fotografię
Zaczynał na Śląsku, teraz fotografuje od Islandii do Azerbejdżanu, wykłada w Czechach i wystawia od Berlina po Japon... >>>

JADWIGA JANOWSKA: Sztuka snapshotów
Dziś każdy jest fotografem. Wystarczy mieć konto na Instagramie, by tak o sobie myśleć. Nie każdy jednak potrafi... >>>
komentarze: 1
po imprezie
Ostatnio dodane | Ostatnio skomentowane
Off Festival 2018
10.08.2018
Festiwal Tauron Nowa Muzyka 2018
2.07.2018
Off Festival 2017
8.08.2017
Festiwal Tauron Nowa Muzyka 2017
7.07.2017
Gorillaz
20.06.2017
Podziel się z resztą świata swoimi uwagami, zdjęciami, filmami po imprezach.
o nas | kontakt | reklama | magazyn | zgłoś błąd na stronie | © Ultramaryna 2001-2018, wszystkie prawa zastrzeżone