Serwis Ultramaryna używa plików cookies. Odwiedzając nasze strony akceptujesz otrzymywanie cookies (ciasteczek). Warunki dostępu do plików cookies możesz określić w swojej przeglądarce.

ZAMKNIJ

Ultramaryna | PAWEŁ BOGOCZ: Lecę po ekstremach
piątek 22.09.17

START
LOKALE
FORUM
BLOGI
zgłoś imprezę   
  ultramaryna.pl  web 
PAWEŁ BOGOCZ: Lecę po ekstremach

Paweł Bogocz. Osobowość medialna. Producent dokumentalnych form filmowych, realizator szeregu filmowych form reklamowych, promocyjnych, scenarzysta, dziennikarz, autor wideoklipów (m.in. dla grup Püdelsi, Dżem, Pogodno, Big Cyc, IRA, Stachursky, Izrael, Akurat).

W tej ostatniej dziedzinie zdobył wszystkie nagrody w Polsce w przeciągu ostatniego roku: Fryderyka – nagrodę polskiego przemysłu fonograficznego za najlepszy teledysk roku („Wolność słowa” Püdelsów) oraz nagrodę za najlepszy scenariusz roku na 13. Yach Film Festiwal („Dawna dziewczyna” Püdelsów). Jego DVD dla Püdelsów jako pierwszy w Polsce taki nośnik zyskało status złotej płyty. Człowiek, dla którego najważniejsza jest rodzina. Mieszka w Będzinie, gdzie można często go spotkać na spacerze z psem. Fan The Residents i jazzu. Ultramaryna rozmawia z nim przed pokazem jego wideo konceptu w Instytucji Filmowej Silesia.

Ultramaryna: Paweł Bogocz – twórca niezależny, w czym objawia się twoja niezależność?
Paweł Bogocz: Niezależność artystyczna w Polsce, bracie, to przede wszystkim pusta lodówka, co przy dwójce dzieci jest sytuacją wielce problematyczną... Z drugiej strony – niezależność to zupełnie inny model zarządzania własnym czasem [śmiech]. Lubię czuć się panem swojego losu – to ta jaśniejsza strona niezależności. Próbowałem jako producent współpracować z różnymi reżyserami. Pożałowałem jednak tych eksperymentów bardzo szybko. Trafiałem na samych ludzi z jakimiś węzłami na „ego”, cały czas były obsuwy i niezadowoleni klienci. Zacząłem więc współpracować jako reżyser z różnymi producentami, ale ciągle czegoś nam na planie brakowało i te ściemy z kasą... Wkurzyłem się: od paru lat reżyseruję wszystkie swoje produkcje. To fajny układ – ufam sam sobie bezgranicznie.

Czy są rzeczy, których byś nigdy nie zrobił zawodowo? Bardzo cenię umiejętność uczenia się, zarówno u współpracowników, jak i u siebie. Nie przyjmę zlecenia, które nas czegoś nowego nie nauczy... W temacie teledysków „lecę po ekstremach”, że tak się wyrażę. Od zdrapywania disco polowego syfu z kolegi Jacka Łaszczoka alias Stachursky po projekty z ultra-psycho-alternatywnym Maleńczukiem, od motocyklowej gitariady IRA po z Pogodno. [śmiech] W tematach artystycznych: od operetek Zagłębiowskiej Sceny Muzycznej po Sukę Off i c.h. district. Jeśli tylko wychodzę z projektu z poczuciem, że coś mi w głowie przybyło, jestem szczęśliwy. Wszystko, byle nie nuda! Generalnie nie lubię tematów muzycznych związanych z okultyzmem, magią i tego typu historiami... Unikam przemocy, seksizmu. Moje poglądy są branży doskonale znane. Jestem tym dziwakiem, który uważa się za „normalsa” albo na odwrót... Już nie pamiętam, musiałbyś zapytać Maćka Maleńczuka albo gości z „Wyborczej” – tam się teraz tworzy mój najnowszy rys psychologiczny. [śmiech] Wracając do pytania – zawodowo na pewno nigdy bym się nie zaprzyjaźnił. Interesy z przyjaciółmi to poważna sprawa, a ja zawodowo robię klipy. Klip z założenia nie jest sprawą poważną.

Na ostatni rok też chyba nie narzekasz. Regularnie, co parę miesięcy Yachy, Fryderyki, nominacje – masz w sumie wszystko, co można w Polsce dostać za taką formę, jak wideoklip. Skłamałbym mówiąc, że nagrody nie cieszą... Zawsze takie uznanie w oczach innych twórców podnosi trochę człowieka na duchu. Wiadomo, trochę lepiej z robotą, z pieniędzmi. Ale jak mi się śni klip Możdżera, który mam w tej chwili wbity w głowę, to śni mi się wypadek, a nie statuetka. Szajba mi chyba jeszcze nie odbiła, wiem kim jestem.

Pamiętasz pierwszą rzecz filmową, która zrobiłeś? Tak. Studiowałem dziennikarstwo. Postanowiono przewietrzyć po komunie telewizję publiczną i w 1992 roku bodajże trafiłem razem z grupą moich kolegów z roku na praktykę dziennikarską w Telewizji Katowice. Pech chciał, że spodobało mi się i jakoś tak zostałem tam na parę lat. Robiłem w Tele3 mnóstwo rozmaitych, głównie błahych rzeczy, ale też miałem szczęście trafić jako dziennikarz do istniejącego wówczas Studia Form TV w Katowicach, a to były już projekty bardzo sensowne... Studio było wówczas rodzajem zespołu filmowego, na czele którego stała Jola Ptaszyńska, reżyserka, od lat już niestety pisząca wyłącznie filozoficzne traktaty... A szkoda, wielu durniów nie czyta filozoficznych traktatów, choć potrafi włączyć telewizor. W taki to właśnie sposób straciliśmy koleżankę. TVP rozpuściło Studio Form na cztery wiatry. Mnie też zdmuchnął wiatr historii.

Jesteś silnie związany ze Śląskiem, nie łatwiej byłoby ci pracować w Warszawie? Mam dwoje dzieci, system taty „dochodzącego”, co np. w weekendy nie wchodzi w rachubę – ni ma dziadków pod ręką. To tak naprawdę najważniejszy powód, dla którego ciągle jesteśmy na Śląsku. Mieszkam od paru lat w Będzinie, lubię to miejsce, tu dorastają moje dzieci, choć drzewa, które tu posadziłem, są jeszcze bardzo małe. Jeżeli kiedyś stąd wyjadę, to raczej nie do Warszawy. Znam ciekawsze miejsca. Na pewno bardziej rozwojowe dla ludzi mojej profesji są inne stolice: Wiedeń czy Praga. Ciągle ciągnie mnie do Nowego Jorku... Ale wiem, o co pytasz – mówi się w branży, że albo żyjesz w Warszawie, albo ciebie nie ma. Prawda jest też taka, że Śląsk to chyba najbardziej fotogeniczny zakątek Polski. W promieniu 30 km od Katowic, masz wszystko to, co może być potrzebne do stworzenia naprawdę wielu kreacji plastycznych w oparciu o istniejące obiekty. Jeśli chcesz industrial – masz industrial, jeśli chcesz zabytki – masz zabytki, jeśli chcesz pustynię – masz pustynię, jeśli chcesz jezioro – masz jezioro, jeśli chcesz high-tech – znajdziesz high-tech. W moich klipach jest Sosnowiec, Dąbrowa, Bytom, Gliwice, każde większe miasto regionu... Człowiek w Warszawie może zrobić zdjęcia w Filtrach, ewentualnie możesz zrobić zdjęcia do Filtrów. I to wyczerpuje temat, jeśli chodzi o Warszawę. Tam wszyscy robią zdjęcia na blue-boxach. Kolejne dobrodziejstwo regionalne, to szkoła filmowa. Współpracuję z wieloma studentami, absolwentami, kierownikami produkcji, z operatorami kamer. Jako producent nie ukrywam – żywię się współpracą z młodymi ludźmi. Często przychodzą, by zaliczyć tzw. praktykę „72 godziny” w mojej firmie. Wiecie jak jest – wszyscy filmowcy chcą robić teledyski, a studenci to już w szczególności... Każę im wtedy przez te trzy doby zrzucać węgiel do piwnicy, a na noc trzymam ich w wielkiej skrzyni. Niektórzy moi współpracownicy, powiedziałbym nawet kluczowi, dawno temu skończyli szkołę, a ciągle przychodzą na praktykę. [śmiech] Mówiąc językiem mojej byłej dzielnicy: mam swój skład w tym regionie. Dajemy radę, niemniej zapraszamy do współpracy. Hasło rozpoznawcze: Hajle Silesia! (obowiązuje także załogantów z Sosnowca).

Miałeś też przygodę z filmem jako drugi reżyser („Bluesmani”, reż. Adam Sikora) – czy nie interesuje cię dłuższa forma niż wideoklip? Ale wybrałeś film... Przy „Bluesmanach” tak na prawdę wziąłem kasę za nic, film zrobił drugi reżyser Aktiv i kierownik produkcji Adam Łukaszek. A tak poważnie, to faktycznie tęsknię trochę za większymi formami. Wiele w moim życiu znaczy współpraca i przyjaźń z Andrzejem Celińskim, reżyserem nominowanego właśnie do Oscara filmu dokumentalnego „Dworcowa ballada”. Jeden z najważniejszych dokumentalnych filmów naszych czasów Andrzej i Hania Polak zrealizowali w całkowicie niezależny, absolutnie alternatywny sposób – za własne pieniądze, kosztem olbrzymich wyrzeczeń na granicy ogromnego ryzyka artystycznego, prawnego, ekonomicznego. Postawa tych twórców jest warta szczególnego uznania... Mam i ja parę pomysłów artystycznych i spore ambicje jako producent, nie chcę zapeszać. Chcę też robić klipy, czemu nie. Umiem to robić, łatwo mi to przychodzi. Teledyski reżyseruje Coppola, Spielberg, generalnie konkurencja jest zaciekła. [śmiech] Mam w tej chwili wbity w głowę projekt z Leszkiem Możdżerem do muzyki Henryka Mikołaja Góreckiego. To cudowna miniatura na orkiestrę kameralną Aukso Marka Mosia i fortepian. To bardzo dynamiczna i przestrzenna forma, jest w niej niesamowita energia. Jak śni mi się ta muzyka, to zawsze kończy się wypadkiem samochodowym [śmiech], lecę w kierunku drzewa, ale na szczęście energię pochłania barierka. Trawię tę sytuację. Myślę, że efektu naszej pracy można spodziewać się w marcu. Na ten rok mam też taki plan, powiedziałbym, biznesowy – uruchamiam moją firmę jeszcze raz, z nowymi ludźmi, z nowym sprzętem, z nowymi możliwościami. Nie boimy się nikogo, to inni boją się nas. [śmiech] Chcę wreszcie skończyć swój film o Macieju Maleńczuku, jadę w trasę z Pogodno, pijam wódkę z Maćkiem Balcarem... Magnesuję taśmę w wysokim tempie. Od lat obiecuję sobie projekt dla dzieci, być może uda mi się z Teatrem Wielkie Koło Jacka Łabacza? To będzie dla mnie bardzo ważny rok.

Czy jest coś takiego w Polsce, jak rynek wideoklipów? Właściwie, jakby się temu przyjrzeć, przewija się ciągle parę nazwisk: Maliszewska, Rechnio, Pawica, Szoda, Martin, Bogocz... Czy jest to hermetyczne środowisko? Znam Bo Martina, jestem jego fanem. Generalnie ja jestem gdzieś tam „na uboczu” i moje naturalne środowisko czyli tzw. „będziniści” dla moich warszawskich kolegów po fachu też mogłoby się okazać bardzo hermetyczne. Jestem członkiem wielu snobistycznych klubów, nigdy jednak nie był to klub twórców wideoklipów. Znam paru twórców wideo, jak choćby Marcina Fiszera z Gliwic, poznałem też Yacha Paszkiewicza, ale generalnie nie należę do osób szczególnie towarzyskich, tak ogólnie...

Jakieś rady dla młodych filmowców którzy biorą się za teledysk? Sam jestem młodym filmowcem i chętnie posłucham jakiejś rady.

rozmawiał: Adrian Chorębała
ultramaryna, luty 2005






teksty
MAREK TUREK: Niewywiad
Marek Turek to twórca niezwykle konsekwentny, który od lat skrupulatnie buduje sobie własną niszę w świecie pol... >>>

BUKOWICZ: Od heavy metalu do Joy Division
Czasem, żeby powstało coś wartościowego potrzeba mnóstwa wolnego czasu. Tak było w przypadku Jakuba Buczka, któ... >>>

STADION ŚLĄSKI: Jak na Śląskim rocka się grało
Monsters Of Rock, 1991 (zdjęcie: Andrzej Grygiel/ Pastsilesia) Trzyma się nie gorzej od Micka Jaggera, a lista iko... >>>

MARTYNA CZECH: Malarstwo jako nałóg
Martyna Czech to jeden z najmocniejszych debiutów malarskich ostatnich lat. Jest laureatką niezwykle prestiżowego i najs... >>>

FRELE: Pół żartem, pół serio
Miało być śmiesznie, a zaczęło robić się poważnie. Za sprawą śląskiej przeróbki hitu Adele „Hello”, nagranej... >>>
po imprezie
Ostatnio dodane | Ostatnio skomentowane
Off Festival 2017
8.08.2017
Festiwal Tauron Nowa Muzyka 2017
7.07.2017
Gorillaz
20.06.2017
Colin Stetson
19.12.2016
Julia Marcell
21.11.2016
Podziel się z resztą świata swoimi uwagami, zdjęciami, filmami po imprezach.
o nas | kontakt | reklama | magazyn | zgďż˝oďż˝ b��d na stronie | © Ultramaryna 2001-2017, wszystkie prawa zastrzeďż˝one      
sisli escort escort bayan esenyurt istanbul escort istanbul escort sex hikayeleri kurtkoy escort maltepe escort maltepe escort ataşehir escort Kurtköy Escort pendik escort kartal escort kurtköy escort ataşehir escort ümraniye escort kurtköy escort kadıköy escort kurtköy escort kartal escort atesehir escort kurtkoy escort pendik escort maltepe escort tipobet ankara escort ankara escort ankara escort avcılar escort beylikdüzü escort ataköy escort beylikdüzü escort avcılar escort ankara travesti istanbul travesti ankara escort kocaeli escort bursa üniversiteli escort ataköy escort ankara escort ankara escort Mecidiyeköy Escort ankara escort viagra hapı
hacklink wordpress free themes ankara sexs shop hacklink satış elektronik sigara çeşiteleri