Serwis Ultramaryna używa plików cookies. Odwiedzając nasze strony akceptujesz otrzymywanie cookies (ciasteczek). Warunki dostępu do plików cookies możesz określić w swojej przeglądarce.

ZAMKNIJ

Ultramaryna | MAKOWICZ VS MOŻDŻER
poniedziałek 26.06.17

START
LOKALE
FORUM
BLOGI
zgłoś imprezę   
  ultramaryna.pl  web 
MAKOWICZ VS MOŻDŻER

Rozmawiamy z bohaterami katowickiego koncertu: Adamem Makowiczem, wybitnym polskim pianistą jazzowym, od lat mieszkającym w Nowym Jorku oraz Leszkiem Możdżerem, wybitnym polskim pianistą jazzowym, mieszkającym w Sopocie.

Z LESZKIEM MOŻDŻEREM TO BYŁA BARDZO CIEKAWA HISTORIA OD SAMEGO POCZĄTKU

Ultramaryna: Czy grał pan już wcześniej jakieś duety, rodzaj pianistycznego pojedynku, jak nazwano wrześniowy koncert w Carnegie Hall?

Adam Makowicz: Grałem wiele z różnymi pianistami ze Stanów i z różnych stron świata, występowałem również z trzema, pięcioma a nawet z ośmioma i dwunastoma pianistami, tworząc taki nietypowy „big band” fortepianowy. To jest trudna rzecz, każdy bowiem pianista ma swoje ulubione układy harmoniczne i wymaga to bardzo uważnego słuchania się nawzajem. Miło np. wspominam współpracę z Monty Alexandrem, który gra bardzo ładnie karaibskie rytmy i świetnie swinguje. Grałem z nim w zeszłym roku w Kaliszu. Z Leszkiem Możdżerem to była bardzo ciekawa historia od samego początku. W Nowym Jorku otworzono kilka lat temu Instytut Kultury Polskiej, który promuje polską sztukę na rynku amerykańskim. Pewnego dnia Paweł Potoroczyn, dyrektor tego Instytutu, zaprosił mnie do swego biura w Empire State Building. Od początku panowała tam atmosfera niespodzianki i wszyscy mieli bardzo tajemnicze miny. Pan Potoroczyn powiedział mi, że śniło mu się, iż koncertowałem z Leszkiem Możdżerem w Carnegie Hall i że to był duży sukces. Zapytał mnie, co o tym sądzę, gdyż on stara się realizować pomysły, które mu się przyśnią. Ja byłem początkowo zaskoczony, gdyż osobiście Leszka nie znalem, ale stwierdziłem, że możemy spróbować. Leszek przyjechał do Nowego Jorku na kilka dni, na zaproszenie Instytutu. Zrobiliśmy kilka intensywnych prób, okazał się łatwym do współpracy pianistą, umiejącym uważnie słuchać partnera, co ostatecznie zadecydowało o naszym występie przed amerykańską publicznością.

W jakim kierunku podąża, według pana, jazz? To trudno przewidzieć. Młodzi muzycy chcą zawsze coś nowego stworzyć. Bardzo wiele tu zależy od ich indywidualnego poczucia estetyki i artystycznego smaku, a także logiki i dynamiki zawartej w ich muzyce. Ponieważ duże koncerny płytowe zajmują się bardziej komercyjnymi nagraniami, a mniej artystycznymi, muzycy jazzowi coraz częściej kontrolują swoje wydawnictwa płytowe. Większość z nich nie błaga już wytwórni o nagranie płyty, tylko sama je wydaje, sprzedaje je później przez Internet, w sklepach płytowych, a także na koncertach. Muzycy szukają też nowych środków wyrazu i ekspresji. Co z tego wyjdzie w momencie, kiedy wydaje się, że wszystko już było – z pewnością czas pokaże. Ja jestem zdania, i takie jest też moje doświadczenie, że najtrudniej jest zagrać prostą melodię tak pięknie, aby ludzi poruszyć, a do tego dąży każdy artysta. Dokonał tego m.in. Louis Armstrong, a także wokalistki takie jak: Edith Piaf, Ella Fitzgerald czy Sarah Vaughan.

Synkopowana muzyka amerykańska ma swoją podstawę w swingu; pozbawianie jazzu tego elementu całkowicie zmienia istotę tej muzyki. Improwizację jako taką znamy już przecież od czasów Bacha i Mozarta. Jest ona również elementem jazzu, ale swing musi być obecny w jazzie, choć może nie koniecznie przez cały czas, jednak musi się pojawiać. W muzyce synkopowanej musi być też obecny rytm i ciało odbiorcy muzyki musi czuć ten specyficzny rodzaj wibracji. Trzeba też pamiętać, że gramy w większości dla ludzi, którzy „czują” muzykę, ale nie są jej zawodowymi znawcami. Jak to kiedyś powiedział słynny dyrygent, Arturo Toskanini: „gdybyśmy grali tylko dla krytyków, to powinniśmy grać nie za szybko, nie za wolno, nie za głośno i nie za cicho”.

Czy Nowy Jork po dniu 11 września 2001 jest wciąż niekwestionowaną stolicą światowej sztuki współczesnej i muzyki jazzowej? Tak, chociaż miasto bardzo się zmieniło. Jest bardzo mocno monitorowane przez policję, służby cywilne i służby specjalne, budynki publiczne mają specjalne bramki, które sprawdzają wszystkich je odwiedzających, w subway'u stoją służby specjalne z bronią gotową do użycia, co nam uświadamia, że wśród nas mogą być terroryści i trzeba się przed nimi strzec. Miasto ogromnie się zmieniło, ma to wpływ na codzienne życie i na psychikę ludzi. Jednak na muzykę to chyba nie ma dużego wpływu. Nowy Jork to w dalszym ciągu mini świat skupiony na małej wysepce, jaką jest Manhattan, reprezentujący wszystkie narody i kultury świata. To generalnie wpływa na wzbogacenie się sztuki, a muzyki synkopowanej w szczególności, i przez te jazzowe wibracje czuć, że wciąż jest to prężne miasto.

Na ile pianistyka Leszka Możdżera ma szansę stać się, jak to jest w pana przypadku, szerzej znana w Ameryce? Debiut w Nowym Jorku jest niezłym początkiem, a dalej wszystko zależy od tego, jaką będzie miał promocję, no i od niego samego. Leszek jest bardzo sprawnym pianistą i umie współpracować z ludźmi, ale gra europejski jazz, który nie jest szerzej znany w Ameryce. Amerykanie lubią słuchać rytmów, do których są od lat przyzwyczajeni; jest to muzyka afro-amerykańska, afro-kubańska, latynoska i tradycyjny jazz, który reprezentuje Wynton Marsalis. Europejski jazz to dla nich zupełnie inna płaszczyzna i trzeba by mocnej promocji, aby go spopularyzować. Najlepiej, aby to zrobił ktoś, kto byłby na tym rynku wielkim autorytetem, z pieniędzmi i nazwiskiem, gdyż świetnych pianistów jest bardzo wielu, a tylko nielicznym udaje się zdobyć pozycję, na jaką ich talent zasługuje.

A co pan poleca młodym muzykom? Młodym muzykom polecam zawsze granie z lepszymi od siebie, no i pracę nad sobą.


JAK DO TEJ PORY WSZYSTKO W MOIM ŻYCIU MA ODPOWIEDNI CZAS I MIEJSCE

Ultramaryna: Czy grałeś już wcześniej jakieś duety, rodzaj pianistycznego pojedynku, jak nazwano wrześniowy koncert w Carnegie Hall?

Leszek Możdżer: Tak, owszem, grałem kiedyś koncert w duecie z Jorge Navarro w Buenos Aires. Tamten koncert nie był co prawda reklamowany jako pojedynek i wiązał się z o wiele mniejszym obciążeniem psychicznym.

W jakim kierunku podąża, według ciebie, jazz? Jazz sam z siebie nigdzie nie podąża, tworzą go żywi ludzie, z których każdy ma jakieś aspiracje i pomysły na swoją twórczość. Jego kondycja zależy od artystów. Jazzem inspirują się twórcy uprawiający różne dziedziny sztuki, podobnie jak jazzmani korzystają z idiomów stworzonych przez inne muzyczne gatunki. Dla mnie osobiście jazz rozlewa się na wszystkie strony i jest nieograniczony w swoich możliwościach.

Czym jest dla ciebie Nowy Jork? Miastem na drugiej półkuli. To fascynujące miejsce, bardzo barwne i żywe. Prawda jest jednak taka, że mocne emocje można przeżyć również na rynku w Toruniu, wszystko zależy od tego, co masz w głowie. Cieszę się, że mogę od czasu do czasu odwiedzić Nowy Jork, to daje fajnego „kopa”.

Czy chciałbyś odnieść sukces na amerykańskiej scenie jazzowej, podobnie jak to miało miejsce kilkanaście lat temu w przypadku Adama Makowicza? Chciałbym odnieść sukces wszędzie, nie tylko na scenie amerykańskiej, ale również kirgiskiej oraz indonezyjskiej. Faktem jest, że akurat w Ameryce jest spora konkurencja w tej dziedzinie. Nie chcę się jednak wbijać w jakiś obowiązujący, amerykański idiom, wolę kreować własne brzmienie w graniu na fortepianie czy w uprawianiu kompozycji. Dlatego nie mam niezdrowego „ciśnienia”. Interesuje mnie możliwość pogrania trochę przed amerykańską publicznością, taka okazja się zresztą niedługo nadarzy, mam zaplanowaną trasę po Stanach na przyszły rok i to w dobrych salach. Sukces to pojęcie niejasne, wolę mieć wewnętrzny spokój niż tzw. „sukces”.

Z jakimi znanymi instrumentalistami jazzowymi chciałbyś się spotkać na wspólnym koncercie lub w studio, innymi słowy, jakie wyznaczasz sobie cele w muzyce improwizowanej? Tu powinna nastąpić lista około stu nazwisk, więc nie ma chyba sensu ich wymieniać. Jak do tej pory wszystko w moim życiu ma odpowiedni czas i miejsce, każde nowe spotkanie z innym artystą czegoś mnie uczy, uświadamia mi własną niedoskonałość i stawia nowe cele do osiągnięcia, albo przestrzega przed obieraniem jakiejś innej drogi. Spotkanie z Adamem Makowiczem jest dla mnie bardzo ważnym wydarzeniem, przekonałem się jak wiele jeszcze nie umiem. Nie wiem, jakiego kolejnego nauczyciela los postawi na mej drodze, ani dla kogo ja sam będę inspiracją. W muzyce następuje nieustanna wymiana doświadczeń bez względu na to, jak znani są uczestnicy takich spotkań.

rozmawiał: Andrzej Kalinowski
ultramaryna, grudzień 2004






teksty
FRELE: Pół żartem, pół serio
Miało być śmiesznie, a zaczęło robić się poważnie. Za sprawą śląskiej przeróbki hitu Adele „Hello”, nagranej... >>>

DZIECKO + SZTUKA = GŁOWA PEŁNA POMYSŁÓW
Czym jest edukacja kulturalna dla dzieci dzisiaj? Czy musimy polegać tylko na zaangażowanych nauczycielach, by wpro... >>>

MIUOSH: Miasto, muzyka, rodzina
Spełniony artysta – już nie tylko rapowy, szczęśliwy mąż i dumny ambasador regionu. Z Miuoshem rozmawiamy o p... >>>

GGRUPA: Grunt to dobry pomysł
Paweł Lipiński i Mateusz Frankowski Pierwsze miejsce w konkursie magazynu „eVolo” na wieżowiec przyszł... >>>

PAWEŁ DYLLUS: Ekipa to jest klucz
Paweł Dyllus, operator. Absolwent Wydziału Radia i Telewizji, wielokrotnie nagradzany za zdjęcia do filmów Julii Rus... >>>

ALEKSANDRA TERPIŃSKA: Najwyżej będę robić filmy niepopularne
Aleksandra Terpińska to jedna z najciekawiej zapowiadających się absolwentek reżyserii Wydziału Radia i Telewizji UŚ... >>>
po imprezie
Ostatnio dodane | Ostatnio skomentowane
Gorillaz
20.06.2017
Colin Stetson
19.12.2016
Julia Marcell
21.11.2016
Katowice Tattoo Konwent
30.09.2016
Tauron Nowa Muzyka 2016
2.09.2016
Podziel się z resztą świata swoimi uwagami, zdjęciami, filmami po imprezach.
o nas | kontakt | reklama | magazyn | zgłoś błąd na stronie | © Ultramaryna 2001-2017, wszystkie prawa zastrzeżone