Serwis Ultramaryna używa plików cookies. Odwiedzając nasze strony akceptujesz otrzymywanie cookies (ciasteczek). Warunki dostępu do plików cookies możesz określić w swojej przeglądarce.

ZAMKNIJ

Ultramaryna | MAGDA PIEKORZ: Śląski desant
niedziela 19.11.17

START
LOKALE
FORUM
BLOGI
zgłoś imprezę   
  ultramaryna.pl  web 
MAGDA PIEKORZ: Śląski desant

Ultramaryna: Na początek sprostujmy jedną zasadniczą kwestię – „Pręgi” nie są filmem o przemocy, jak wielu dziennikarzy określa ten obraz...

Magda Piekorz: Bardzo bronię się przed takimi określeniami. Już na etapie powstawania scenariusza, kiedy wspólnie z Wojtkiem Kuczokiem zastanawialiśmy, w jakim kierunku powinna pójść ta historia, ustaliliśmy, że „Pręgi” nie będą filmem interwencyjnym o rodzinnej przemocy i jej skutkach, ale opowieścią o miłości i jej braku. O tym, jak dzieciństwo wpływa na nas i kształtuje nasze dorosłe życie. Film opowiada także o tym, że możemy kogoś kochać i jednocześnie ranić lub ranić, bo kochamy, ale nie potrafimy tego okazać. Przecież ojciec, grany w filmie przez Jana Frycza, kocha syna, a wszystko co robi, robi w swoim odczuciu „dla dobra” chłopca. Jest w stosunku do niego bardzo surowy, czasami wręcz okrutny, stosuje system kar i nagród, bije syna. I nie zdaje sobie sprawy, że postępując w ten sposób, zamiast kształtować w nim silnego człowieka, wzbudza jedynie strach. Zależało nam na tym, żeby nie była to postać patologiczna, żeby to nie był ojciec kat, który bije, bo sprawia mu to przyjemność, ale dlatego, że źle interpretuje miłość. Podobny problem ma dorosły Wojtek. Miłość kojarzy mu się z niszczeniem, a ponieważ odnajduje w sobie cechy własnego ojca, boi się, ze w przyszłości może podobnie traktować swoje dzieci. Dlatego broni się przed miłością, a kiedy ona niespodziewanie wkracza w jego życie, chce ją odrzucić.

Realizacja filmu była pełna perypetii i trwała dosyć długo – opowiedz, jakie mieliście problemy. Zdjęcia do filmu nakręciliśmy w 22 dni, z przerwą, w trakcie której udało mi się zmontować część dotyczącą dzieciństwa bohatera. W tej przerwie Zespół Filmowy „Tor” szukał koproducenta. Na nasze szczęście w film zaangażowały się firma dystrybucyjna Vision i Non Stop Film Service, która zorganizowała nam sprzęt. Nie trwało to nawet tak długo: pierwsze zdjęcia realizowaliśmy w wakacje, do części współczesnej zabraliśmy się na przełomie października i listopada. Ale rzeczywiście, problemy natury technicznej towarzyszyły nam właściwie cały czas. Z tych poważniejszych - to zarysowana taśma filmowa, która nadawała się jedynie do kosza. Przydarzyło nam się to po nakręceniu jednej z najtrudniejszych scen – sceny bicia. Przygotowywaliśmy się do niej długo, bo wymagała skupienia i gotowości psychicznej. Takie sceny zawsze są trudne, zostawiają ślad… Wacek Adamczyk, trzynastolatek, który zagrał w „Pręgach” młodego Wojtka, podszedł do niej bardzo dojrzale, ale na pewno ją przeżył. Cały zespół był bardzo zadowolony, że ta scena jest w końcu za nami i udało się ją dobrze nakręcić. Następnego dnia kierownik produkcji poinformował nas, że taśma jest tak fatalnie zarysowana, że trzeba „przekręcać” zdjęcia. W pierwszej chwili wydawało mi się, że po prostu nie mamy filmu. Popłakałam się. Moja ekipa stanęła wtedy na wysokości zadania (zresztą nie po raz pierwszy i nie ostatni). Wacek podszedł do mnie i powiedział: „Nie mamy? To nakręcimy jeszcze raz”. Bardzo mnie to podbudowało, tym bardziej, że wiedziałam, jak trudna jest to dla niego ta scena. Potem były problemy z orkiestrą, która zbierała się parę razy, bo w studiu ciagle coś nawalało z muzyką. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło, i możemy w końcu pokazać widzom naszą pracę.

Michał Żebrowski powiedział, że rola Wojtka jest pierwszą współczesną rolą, która go zainteresowała. Jak udało ci się go przekonać, żeby zagrał w twoim debiucie? Jak ci się z nim pracowało? Świetnie. Myślę, że Michała przekonał przede wszystkim scenariusz Wojtka Kuczoka. Scenariusz napisany zresztą z myślą o dwóch konkretnych aktorach. Już od pierwszych rozmów z Wojtkiem chcieliśmy, żeby ojca zagrał Jan Frycz, a dorosłego Wojtka Michał Żebrowski. Jednemu i drugiemu wysłaliśmy pierwszą wersję scenariusza. Obaj Panowie mogli więc śledzić, jak rozwija się i zmienia ta opowieść. I obaj chętnie zgodzili się zagrać. Film, jak już wspomniałam, kręcony był w dwóch etapach. Razem z montażystą, Wojtkiem Mrówczyńskim, z którym pracuję już od kilku lat, zmontowaliśmy najpierw część dotyczącą lat 80., czyli dzieciństwa bohatera i jego relacji z ojcem i pokazaliśmy to Michałowi. Bardzo nam zależało, by kreacja Michała była kontynuacją postaci, a równocześnie, by w swoich zachowaniach powielał zachowania i błędy swego ojca. W moim odczuciu Michał doskonale to wychwycił. Są w filmie ujęcia, w których podobny jest do ojca w gestach, postawie ciała. Zagrał trudną rolę: nie charakterystyczną, ale z pazurem. Kiedyś, po rozmowie o postaci, przyniósł mi na próbę listę 22 pytań dotyczących roli. W kinie tęsknię za prawdziwymi bohaterami, złożonymi, nie jednowymiarowymi, takimi jak z “Amatora” lub z „Przypadku” Kieślowskiego, lub jak Agnieszka z „Człowieka z żelaza”, za postaciami z krwi i kości. Michał potrafi zbudować postać, potrafi wykorzystać wiedzę o bohaterze i myśleć jej kategoriami.

„Pręgi” są więc początkiem swego rodzaju teamu artystycznego, który tworzycie z Kuczokiem... Powiedziałabym, że to początek współpracy większego zespołu, w skład którego wchodzi operator Marcin Koszałka, Wojtek Kuczok, Adrian Konarski, Michał Żebrowski, Wojtek Mrówczyński, Adam Nocoń… Z Marcinem rozumieliśmy się w pół słowa. Był nawet taki wręcz mistyczny moment, kiedy przyniósł mi na piśmie zaproponowaną przez siebie koncepcję wizualną filmu. Zobaczyłam wtedy obrazy, które od dawna siedziały mi w głowie, jakby Marcin kontaktował się ze mną telepatycznie. To jest bardzo ważne, żeby operator był przedłużeniem wzroku reżysera i podobnie odczuwał. Myślę, że osoby, które tu wymieniłam łączy podobny typ wrażliwości. Podobnie patrzymy na świat. Myślę, że jeśli nic nam nie stanie na drodze, a nie ma chyba takiej siły [śmiech], będziemy tę współpracę kontynuować.

Czego nauczył cię dokument? Zrealizowałaś 6 filmów dokumentalnych przed debiutem fabularnym. To chyba dobra szkoła filmowa? Bardzo wierzę w taką drogę. Po pierwsze dokument jest doskonałą szkołą warsztatu. Mój mistrz, Andrzej Fidyk mawiał, że należy realizując coś, co zwykło się określać terminem: film dokumentalny, powinno się przykładać taką samą wagę do słowa „film”, co do słowa „dokumentalny”. A więc korzystać ze środków filmowych, stosować metaforę, starać się tak budować dramaturgię, aby skłonić widza do samodzielnego wyciągania wniosków. Film dokumentalny to przecież również, w pewnym sensie, opowiadanie historii, choć w większej niż w fabule mierze, oparte na obserwacji. Ale co chyba najważniejsze, dokument wyczula na prawdę, na człowieka. To pomaga potem, w pracy nad filmem fabularnym, zbudować wiarygodną postać. Przeprowadziliśmy z Wojtkiem Kuczokiem dużo rozmów na ten temat. Wiem że i on bardzo dużo czerpie z obserwacji świata. Oczywiście, dużo jest w jego prozie fikcji, dużo zabawy językiem, którą bardzo lubię, ale wszystko, o czym pisze, jest mocno osadzone w rzeczywistości. Jest jednak z dokumentem pewien problem. Kusi by mówić coraz głębiej, coraz więcej, iść coraz dalej w obserwacji świata. Często muszę stanąć przed granicą, którą wyznacza mi bohater. To odwieczny problem dokumentalistów: nie można przekraczać granicy, którą ustanawia rzeczywistość. Natomiast w fabule wszystko można stworzyć i wykreować od samego początku. Pewne sytuacje, które dzieją się w dokumencie, nie mogą być wykreowane, reżyser może się tylko im przyglądać. Na pewno od dokumentu nie odejdę, ale brakowało mi w nim współdziałania z bohaterem, czyli tego, co dała mi fabuła. Kontakt z aktorem, to że możemy wspólnie kształtować tę postać, jest niezwykłe. Jest też taki fantastyczny moment, kiedy zaczyna się widzieć konkretne miejsca, konkretnych aktorów i słyszeć ich głosy. Kiedy scenariusz, który jest zapisem historii, zaczyna nabierać kształtów...

Pręgi” są filmem wielu debiutantów, oprócz ciebie w filmie fabularnym debiutuje parę innych osób... „Pręgi” są wyjątkowym przypadkiem. Zazwyczaj nie zdarza się, by w jednym filmie debiutowało aż tyle osób. Myślę że każdy z nas był w podobnym momencie życiowym i twórczym, dlatego współpraca tak dobrze się nam układała. Na początku budziło to spore obawy ze strony profesora Krzysztofa Zanussiego, opiekuna i producenta filmu, a także całego zespołu „Tor” – zawsze istnieje niepokój, że w przypadku tylu debiutów, będą się sumowały błędy. I na pewno każdy z nas przy tym filmie parę razy się potknął, ale najważniejsze jest to, że byliśmy bardzo zapaleni do tego projektu. Wojtek Kuczok pojawił się na planie, zagrał w filmie epizod. Wszystkie rozwiązania były naszą wspólną decyzją, na przykład to, że opowiadamy „długimi ujęciami”, co jest ryzykowne, bo zużywa się więcej taśmy, nie asekurując się przebitkami. Rzuciliśmy się na głęboką wodę, z wiarą i ufnością, że nam się uda, nie zastanawiając się, co by było, gdyby nam się jednak nie udało. Cieszymy się, że Zespół „Tor” zgodził się na ten eksperyment, że uwierzył, iż nasz zapał może pomóc przezwyciężyć trudności. To co może wyróżniać film młodych ludzi od filmu zawodowców, którzy na kinie zjedli zęby, to chyba właśnie świeżość i bezkompromisowość. Chciałam pracować z młodymi, debiutującymi ludźmi, chciałam, żebyśmy mieli równy start. Dlatego muzykę napisał Adrian Konarski, wspaniały młody kompozytor z Krakowa, który ma już za sobą kompozycje do etiud studenckich, spektakli teatralnych i dziesięć lat wspólpracy z Piwnicą pod Baranami, ale to jego debiut w filmie pełnometrażowym. Doszliśmy do wniosku, że muzyka powinna być klasyczna, z fortepianem jako instrumentem wiodącym. „Pręgi” są więc filmem debiutantów, naszą zbiorową wypowiedzią o świecie i istotnych dla nas wartościach. O tym, jak ten świat widzimy, odczuwamy, co nas boli. Bohaterowie mówią naszym językiem, a sprawy które ich dotyczą, dotyczą nas… I jeśli ten film trafi w gusta osób z naszego pokolenia, jeśli odnajdą w tym filmie siebie, będzie to dla nas największy sukces… Myślę że wielu z nas boi się miłości, braku akceptacji, przyjęcia na siebie odpowiedzialności związanej z założeniem rodziny. Młodymi ludźmi kieruje strach. Chciałabym by z naszego filmu wychodzili z przekonaniem, że nie warto się bać.

Na pewno pojawią się pytania związane z tym, w jakim stopniu scenariusz filmu jest autobiografią Kuczoka. On kategorycznie odcina się od tego, że „Gnój” jest autobiograficzny. Jak myślisz, jak to jest z „Pręgami”? Myślę że są tu wątki autobiograficzne, że niektóre postaci i sytuacje są wzięte z życia Wojtka. Nie wiem, w jakim stopniu, bo nigdy o tym nie rozmawialiśmy, ale jest to wyczuwalne, bo bardzo prawdziwe… Wiem że Wojtek jest zapalonym grotołazem. To swoiste wyznanie wiary (Wojciech w bazie mówi: „Dla mnie chodzenie po górach zawsze było czymś w rodzaju modlitwy, a modlitwa jest czymś intymnym”). Myślę że Wojtek Kuczok myśli podobnie. Co do innych szczegółów, trudno mi powiedzieć – nie uczestniczę tak aktywnie w życiu Wojtka [śmiech]. Ale sceny szkolne są wzięte z naszych wspólnych doświadczeń. Każdy z nas miał w latach 80. magnetofon marki Kasprzak czy Grundig. Wielu z nas słuchało Lady Pank etc. To są znaki, symbole, ikony, zaczerpnięte z tej rzeczywistości, w której przyszło nam żyć, które w pewnym sensie „tworzyły klimat tamtych czasów”. Kontekst historyczny nie jest tak ważny, bardziej chodziło o to, żeby „zaznaczyć” tamte czasy. Bo myślę, że historia, którą opowiadamy, może dotyczyć każdego, bez względu na czas i szerokość geograficzną.

„Pręgi” wpisują się w poetykę kina autorskiego, bezkompromisowego i osobistego, takiego jakie robił w początkach swej działalności Krzysztof Zanussi. Jak uważasz, co dzisiaj przeszkadza wykreować swój własny świat w kinie, robić filmy otwartych pytań, zmuszające widza do myślenia? Bardzo cenię twórczość Krzysztofa Zanussiego. Uważam że to specjalista w tworzeniu wiarygodnego rysu psychologicznego. „Iluminacja”, „Constans”, „Barwy ochronne” zostaną na zawsze w moim leksykonie najważniejszych filmów, filmów, które mnie ukształtowały. Ale bardzo mi zależało, żeby „Pręgi” były moim autorskim filmem. Bardzo się cieszę, że pan Krzysztof mi na to pozwolił. Trudno jest dziś, a może zawsze było, znaleźć producenta i dystrybutora, którzy uwierzą w film debiutantów. My mieliśmy to szczęście. Pan Krzysztof Zanussi skontaktował mnie z Wojtkiem Kuczokiem. To on zasugerował, że powinniśmy połączyć swe siły i wspólnie coś stworzyć. Potem filmem zainteresował się prezes firmy dystrybucyjnej „Vision”, pan Włodzimierz Otulak, dzięki któremu mogliśmy ukończyć produkcję. Realizacja własnej wizji wymaga wielu wyrzeczeń: produkcja filmu jest kosztowna, więc ciągle zastanawialiśmy się, na ile możemy sobie finansowo pozwolić. Były różnego typu wątpliwości: na jakiej taśmie będzie realizowany film, jakie wnętrza wybrać etc. Myślę, że największą trudnością w zawodzie reżysera, choć rzadko się o tym mówi, jest wytrwać przy swojej koncepcji do końca. Każdy człowiek ma chwile słabości, załamania, braku wiary we własne umiejętności. Każdy podlega jakimś wpływom, ocenom. Najważniejsze to chyba być wiernym sobie i umieć wziąć na siebie odpowiedzialność za ekipę, produkcję, za własne błędy. To trudne, bo w pewnym momencie nie starcza sił… Trzeba mieć dużo samozaparcia, by móc pokonać te przeciwności losu, i życzliwych ludzi wokół siebie. Ja miałam. To dzięki nim mogłam wyznaczyć sobie granice kompromisu. To dzięki nim udało mi się ich nie przekroczyć.

Swoją pracą magisterską „Etyka w zawodzie reżysera” wyznaczyłaś swoją drogę realizacji filmów... Uważam etykę za najważniejszą z nauk. Każdy musi mieć granicę etyczną w sobie,sam ją sobie musi wyznaczyć. Realizacja filmów to dla mnie sposób mówienia o świecie i o tym, co mnie boli. Ale nie chcę nikomu robić krzywdy. Nie podobają mi się dokumenty, w których czuję, że autor zanim przystąpił do zdjęć, miał już gotową tezę. W fabule natomiast etyka to twórcza wolność. Bycie w zgodzie z samym sobą.

Czy czujesz się związana ze Śląskiem? Tak. W felietonie zamieszczonym dwa lata temu w „Górnośląskim Informatorze Kulturalnym” napisałam, że chciałabym swoją twórczością nawiązać kiedyś do filmów Kazimierza Kutza, poszukać „śląskiej arkadii”. Zresztą właśnie na Śląsku chcieliśmy osadzić akcję „Pręg”. Okazało się jednak, że przeniesienie produkcji będzie zbyt kosztowne, więc akcja filmu dzieje się „wszędzie i nigdzie”. Myślimy natomiast z Wojtkiem o następnym projekcie, który opowiadać będzie o męskiej przyjaźni, o dwóch górnikach, którzy stanęli w obliczu klęski kopalni.

Jak postrzegasz polskie młode kino? Coraz bardziej mi się podoba. Rzeczywiście była przez moment taka zapaść, ale to się zmienia. Pojawiły się takie filmy jak: „Symetria”, „Zmruż oczy”, fantastyczny „Człowiek magnez” Marcina Wrony, „Opowiadanie” Marcina Pieczonki. Szkoły filmowe stwarzają studentom coraz lepsze możliwości realizacji nawet półgodzinnych filmów fabularnych na taśmie filmowej. To wszystko jest pocieszające!

Jakie masz plany filmowe na przyszłość? Przede wszystkim chciałabym mieć możliwość robienia następnych filmów. Mam nadzieję, że nie będę musiała na kolejną szansę czekać dziesięć lat. Chciałabym spróbować różnych gatunków. Interesuje mnie thriller, komedia, film kostiumowy. Na razie myślimy z Wojtkiem Kuczokiem o wspomnianym wcześniej, śląskim scenariuszu, a także o thrillerze psychologicznym z miłosnym trójkątem…

Kino a teatr - jakie są twoim zdaniem zasadnicze różnice w metodzie pracy reżyserskiej? Nie mam zbyt dużych doświadczeń w tej dziedzinie. Jestem świeżo po premierze monodramu Joanny Pierzak „Dlaczego dziecko gotuje się w Mamałydze?” w teatrze „Pod Gryfami” we Wrocławiu i na kilka miesięcy przed premierą monodramu Michała Żebrowskiego „Doktor Haust” (także na podstawie scenariusza Kuczoka), który będzie wystawiany w styczniu w Teatrze Studio w Warszawie. Mogę więc jedynie podzielić się pierwszymi wrażeniami… Jeśli chodzi o pracę z aktorem nad tekstem, nie ma chyba specjalnych różnic. Zarówno w kinie, jak i w teatrze, trzeba wyjść od analizy tekstu, zastanowić się, na czym zasadza się historia, kim jest bohater, jaką ma „sprawę do załatwienia”. Różnice zaczynają się z chwilą wejścia na scenę. W filmie ruchowi aktora podporządkowana jest kamera, towarzyszy mu, może nawet trochę pomaga. W teatrze aktor musi „zapełnić sobą” całą przestrzeń. Inna jest reżyseria ruchu scenicznego, w filmie operujemy ujęciami: zbliżeniem, półzbliżeniem, możemy w pewnym sensie dzięki środkom filmowym pomóc aktorowi. Teatr wymaga od niego więcej ekspresji. Każdy fałsz widać jak na dłoni.

Rozmawiał: Adrian Chorębała [Ultramaryna wrzesień 2004]


Magda Piekorz - wcześniej zdobyła uznanie jako reżyserka filmów dokumentalnych (już pierwszy z nich „Dziewczyny z Szymanowa” zdobył Nagrodę Brązowego Lajkonika na Ogólnopolskim Festiwalu Filmów Dokumentalnych w Krakowie). Ma na swoim koncie pięć filmów dokumentalnych i serial dokumentalny opowiadający o losach Polaków w USA pt. „Chicago”.


Zobacz wywiad z Wojtkiem Kuczokiem






teksty
JAKUB FOCHTMAN: Architekt od samochodów
Student architektury na Politechnice Śląskiej zdobywcą pierwszej nagrody w konkursie „Renault. Passion for Design... >>>

LARP: Czarodziejka? Gwiazda rocka? Możesz być każdym
Całe życie wierzyłaś w swój list z Hogwartu. Mimo setek dowodów na to, że świat opanowany jest przez mugoli, nigd... >>>

POGODNO: Zwariowany hałas i absurdalne zbitki słów
„Sokiści chcą miłości”, a świat potrzebuje takiej muzyki, jaką nagrali na ostatnim albumie artyści... >>>

MATYLDA SAŁAJEWSKA: Bez dychotomii, za to z masą wątpliwości
Wrażliwa, odważna, bezkompromisowa. Żyje w życiu i nie oddziela pracy od nie-pracy. Sztuka i byt są dla niej nier... >>>

NOTTOOEASY: Głos nowej generacji
Mają po 18 lat. I pomysł na swoją muzykę. Nottooeasy jest trzyosobową brygadą, specjalizującą się w nieoczywistyc... >>>

MAREK TUREK: Niewywiad
Marek Turek to twórca niezwykle konsekwentny, który od lat skrupulatnie buduje sobie własną niszę w świecie pol... >>>

BUKOWICZ: Od heavy metalu do Joy Division
Czasem, żeby powstało coś wartościowego potrzeba mnóstwa wolnego czasu. Tak było w przypadku Jakuba Buczka, któ... >>>

STADION ŚLĄSKI: Jak na Śląskim rocka się grało
Monsters Of Rock, 1991 (zdjęcie: Andrzej Grygiel/ Pastsilesia) Trzyma się nie gorzej od Micka Jaggera, a lista iko... >>>

MARTYNA CZECH: Malarstwo jako nałóg
Martyna Czech to jeden z najmocniejszych debiutów malarskich ostatnich lat. Jest laureatką niezwykle prestiżowego i najs... >>>
po imprezie
Ostatnio dodane | Ostatnio skomentowane
Off Festival 2017
8.08.2017
Festiwal Tauron Nowa Muzyka 2017
7.07.2017
Gorillaz
20.06.2017
Colin Stetson
19.12.2016
Julia Marcell
21.11.2016
Podziel się z resztą świata swoimi uwagami, zdjęciami, filmami po imprezach.
o nas | kontakt | reklama | magazyn | zgłoś błąd na stronie | © Ultramaryna 2001-2017, wszystkie prawa zastrzeżone       tipobet