Serwis Ultramaryna używa plików cookies. Odwiedzając nasze strony akceptujesz otrzymywanie cookies (ciasteczek). Warunki dostępu do plików cookies możesz określić w swojej przeglądarce.

ZAMKNIJ

Ultramaryna | PAWEŁ PAWLIKOWSKI: Najlepszy na Wyspach
czwartek 19.10.17

START
LOKALE
FORUM
BLOGI
zgłoś imprezę   
  ultramaryna.pl  web 
PAWEŁ PAWLIKOWSKI: Najlepszy na Wyspach

Polak, Paweł Pawlikowski, zrobił najlepszy brytyjski film 2004 roku. Jego „Lato miłości” zdobyło nagrodę brytyjskiego przemysłu filmowego BAFTA, wcześniej zostało docenione na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Edynburgu. To historia intensywnej relacji dwóch nastolatek, Mony (świetna, również obsypana nagrodami Natalie Press) i Tamsin (Emily Blunt), pochodzących z różnych klas społecznych.

Paweł Pawlikowski urodził się w 1957 r. w Warszawie. Wyjechał z matką do Anglii, gdy miał 14 lat, obecnie mieszka w Oksfordzie, jest stypendystą Brookes University. Uznawany jest za jednego z najciekawszych brytyjskich reżyserów. Poprzedni film Pawlikowskiego „Ostatnie wyjście” (Last Resort), do którego napisał również scenariusz, był laureatem wielu międzynarodowych wyróżnień.

Ultramaryna: Czuję się pan bardziej Polakiem czy Brytyjczykiem? Powiedział pan kiedyś, że jest pan outsiderem?

Paweł Pawlikowski:
Jestem outsiderem, jak wszyscy wrażliwi ludzie. W Anglii jestem outsiderem, bo wyjechałem z Polski, jak miałem 14 lat i wpakowałem się w świat, którego kompletnie nie znałem. Został mi pewien uraz od tego czasu. Wtedy przez długi czas czułem się outsiderem i sądzę, że zostało mi to uczucie na całe życie.

W jaki sposób pana polskie pochodzenie wpływa na to, jakie robi pan filmy w Anglii? Czy to, że jest pan z zewnątrz nadaje dystansu temu, co pan robi? Polskie pochodzenie – nie wiem, ale na pewno sytuacje. Te, które najbardziej intensywnie przeżyłem w życiu, przeżyłem w Polsce. Człowiek nasiąka rozmaitymi wpływami jak ma 15, 16 lat. Później, tutaj w Anglii, też byłem świadomy tego, co się dzieje za żelazna kurtyną. Szczególnie śledziłem i przeżywałem co się działo w Polsce, więc intelektualnie byłem nie do końca stąd.

Każdy człowiek, który chce tworzyć coś oryginalnego, powinien umieć się odciąć od nurtu życia i patrzeć trochę z boku, bo inaczej trudno ogarnąć to, co się dookoła dzieje. To, że mam biografię taką, a nie inną może pomogło, ale nie jest to kluczowe. Pewnie bym robił coś podobnego do tego, co teraz robię, jakbym się urodził w Anglii.

Każdy twórca, kiedy zaczyna coś robić, zadaje sobie pytanie: dlaczego. Dlaczego pan zaczął robić filmy? Z różnych przyczyn. Przede wszystkim bardzo lubiłem oglądać filmy. Odbiły się one na mojej fantazji, wyobraźni już w dzieciństwie. W Warszawie chodziłem do kina Przodownik czy Moskwa i nałogowo oglądałem filmy. Wryły się one w moją wyobraźnię i w światopogląd. Dlaczego sam zacząłem robić filmy? Jednym z powodów był fakt, że nie chciałem wykonywać żadnej normalnej pracy. Jestem leniwy, nie chciałoby mi się chodzić dzień w dzień do biura czy fabryki. Bardzo lubię opowiadać historie, lubię pokazywać i unieśmiertelniać pewne rzeczy, które mi się podobają: ludzi, sytuacje, postawy. Zawsze próbowałem znaleźć formę w fabule i dokumencie dla czegoś, co mnie nurtowało, wciągało. Dla postaci, które mnie fascynowały, jak Jerofiejew czy sytuacji, na których punkcie miałem kompletną obsesję, np. Bałkany w 1992 roku. Żyłem tymi rzeczami i chciałem je po swojemu wyrazić, znaleźć formę dla mojej obsesji. I zakomunikować to światu.

Poprzez to, że dużo jeździłem (mieszkałem też w Niemczech, we Włoszech), zawsze miałem poczucie, że świat jest fascynujący i bardzo trudny do ogarnięcia. Ciekawym zadaniem jest więc pokazać ludziom jednej kultury, jak ci inni działają, wyglądają, jak myślą. Że świat jest dużo bardziej skomplikowany, niż to postrzega człowiek ograniczony w perspektywie jednego społeczeństwa.

Dla Anglika Polska jest albo czymś bardzo niepojętym, albo bardzo prostym. Tak naprawdę każde społeczeństwo jest paradoksalne, skomplikowane, pełne sprzeczności, ma wiele osobowości i trudno to z zewnątrz ogarnąć. Tak samo jest z każdą ciekawą postacią, która ma w sobie wiele różnych osobowości, paradoksów i głębin. Moją ambicją jest się z tym filmowo uporać. Z jednej strony skonfundować ludzi, z drugiej otworzyć im oczy na pewne rzeczy.

Pana film „Lato miłości” tworzą przede wszystkim główne postacie. Jak pan znalazł aktorki, które wypełniły swoją grą, świeżością cały ekran? To był długi proces, szukałem aktorek przez jakieś pół roku. Wiedziałem dokładnie, kogo potrzebuję. Trudno mi było znaleźć odtwórczynie głównych ról wśród gwiazd, które z resztą zupełnie mnie nie zainteresowały. Szukałem też wśród kompletnie nieznanych naturszczyków. Szukałem na północy Anglii, w Londynie... Wiedziałem, że – jak w każdym filmie, moim zdaniem – znalezienie miejsc, scenografii, czyli świata i aktorów jest podstawą, bez tego nic się nie może udać. Dlatego szukałem, aż znalazłem. Kiedy zobaczyłem Natalie Press, od razu wiedziałem, że znalazłem bazę do filmu, że tą postać, którą wymyśliłem, ona może zrealizować na ekranie. Bardzo rzadko się widzi w filmach, że ktoś przekonywująco wciela się w fikcyjną postać. A propos, Natalie Press, która jeszcze w niczym wtedy nie zagrała, po naszym filmie dostała rolę w krótkim metrażu, który zdobył Oscara.

Natalie, filmowa Mona, miała coś fajnego w sobie, była trochę tajemnicza, coś jej się działo za oczami, miała dziwną urodę i umiała działać nie wprost a – że tak powiem – „synkopami”. Była dosyć paradoksalna – tajemnicza, śmieszna, dowcipna, była w niej jakaś intensywność, a tego się nie da odegrać w filmie, jeśli się tego nie ma. Potem znalazłem drugą dziewczynę, Emily Blunt, która była w typie urody Tamsin – też z dobrego domu i wygadana, trochę teatralna w dobrym sensie, takim, jaki był potrzebny do filmu. A potem spróbowałem je razem w kilku scenach i świetnie w nich zadziałały. Z Paddym Constantine już pracowałem w poprzednim filmie, więc wiedziałem do czego jest zdolny. Nie miałem żadnych wątpliwości, że podoła tej roli.

Film pokazuje, jak silne podziały klasowe są w Anglii. Czy chciał pan pokazać niemożność porozumienia się między klasą wyższą i klasą robotniczą? Nie zrobiłem socjologicznego filmu o niesprawiedliwości, bo obie bohaterki w pewnym sensie są ofiarami swych klas. Zjawisko klasowości w Anglii nie interesuje mnie z politycznego punktu widzenia. Dla mnie ciekawe jest to, że te klasy nie tylko różnią się dochodem i stylem życia, lecz w ogóle fantazją, że one żyją w kompletnie innym wymiarze, maja inną jaźń, inaczej widzą świat. I ciekawe było, że te dwie dziewczyny, które są tak inne, otwierają dla siebie całkiem różne światy. Otwierają nie do końca, bo one same ich nie znają do końca, ale trochę nimi siebie nawzajem kokietują. Są zafascynowane sobą, bo jedna drugiej otwiera świat, który jest jak z jakiejś powieści. Przyciągają się tym, że są zrobione z innego materiału. Tamsin jest zrobiona z lepszego materiału – tak się wydaje Monie. Ma wielką wiedzę o świecie, oczywiście ta wiedza jest powierzchowna i fałszywa, ale jej się wydaje, że ona wszystko wie – o Paryżu, o Nietzsche, o Egipcie, wie, gdzie jest Omsk. To strasznie imponuje Monie. A dla Tamsin Mona jest ciekawa, bo jest żywa, żywiołowa, ma dzikie poczucie humoru i – jak sobie wyobraża Tamsin – przestępcze tendencje. One są różne i ta ich różność jest wielowarstwowa. Powoduje to dość ciekawy stosunek dramaturgiczny.

Tego typu kulturową przepaść trudno znaleźć w innym kraju Europy, oczywiście w większości krajów są podziały klasowe, ale nie są aż tak głęboko wryte w psychikę i kulturę narodowa, jak w Anglii. To jest coś bardzo specyficznego, ciekawego. To dodatkowy wątek filmu, bo co mnie ciekawiło to, że te dziewczyny się przyciągają, choć są kompletnie inne.

Muzyka użyta w filmie pochodzi z dwóch epok – z jednej strony są to nowoczesne brzmienia Goldfrapp, z drugiej muzyka retro (Edith Piaf). W jaki sposób muzyka miała wpłynąć na klimat filmu? Edith Piaf, Gilberto Gil i klasyka – to muzyka świata Tamsin. Dla Mony to jest egzotyka, wydaje się otwierać różne nowe światy i możliwości. A Goldfrapp to jest muzyka od autora, czyli filmowa. Niezwiązuje do charakteru postaci, ale i charakteru całego filmu. To, co mi się podoba u Goldfrapp, to że ich kompozycje są takie melodyjne, urzekające, a z drugiej strony są troszeczkę atonalne, niepokojące. Z jednej strony piękno i idylla, z drugiej strony pewne zgrzyty. Cały mój film polega na tym zestawieniu – jest piękno, idylla, ale pojawiają się jakieś podejrzane zgrzyty, we wszystkim kryje się drugie dno. Muzyka Goldfrapp to świetnie oddawała, podkreślała.

„Lato miłości” osiągnęło ogromny sukces artystyczny – czy sukces artystyczny przenosi się w Wielkiej Brytanii na sukces komercyjny? Jak nie ma się gwiazd w filmie, to nie tak łatwo ściągnąć miliony widzów. Choć – jak na film bez gwiazd, robiony bez kalkulacji, naiwnie – nasz film łatwo „poszedł”, więc wszystkich zaskoczył ten sukces. Ale to nie są jakieś ciężkie pieniądze, które zmienią wszystko.

Anglia jest specyficznym krajem, Anglicy rzadko chodzą do kina na angielskie filmy. Do kina chodzą na filmy amerykańskie, a „Anglię” mają za darmo w telewizji. Taka jest tu specyfika. Ale, jak na angielski film, osiągnęliśmy wielki sukces. Nie wiem, może dlatego, że ta Anglia u nas była jakaś inna. Również za granicą film świetnie zadziałał – w Ameryce bardzo dobrze został przyjęty na festiwalu w Toronto. Prawa zakupił Focus Features – mocny dystrybutor, który rozpętał dużą kampanię wokół filmu. I latem nasz film wyjdzie w Stanach Zjednoczonych, a pierwsze reakcje są bardzo dobre. A czy to komercyjny sukces? Nie wiem, nie po to robię filmy.

Czy ma pan już plany na nowy film? Czy jest tak, że twórca filmowy w Anglii, będąc niezależnym, mając na swoim koncie sukces poprzednich filmów ma szansę realizować swoje dalsze projekty, czy jest to ciągle walka o pieniądze? W ramach możliwości budżetowych robię swoje. Zawsze robiłem swoje, to co mnie ciekawiło i nurtowało. Moje dokumenty są dla mnie tak samo ważne, jak to, co robię teraz. Odniosły nawet większy sukces niż fabuły. W latach 90. wydawało się, że nie mogłem zrobić błędu, było głośno o mojej dokumentalnej twórczości. Potem ta faza się skończyła, miałem kilka słabszych lat i teraz mam fazę robienia fabuł. Wiem, że to też się może niedługo skończyć, że być może mój kolejny film nie odniesie sukcesu, ale zawsze będę robił swoje. W ramach tego, jak widzę świat, w ramach swoich możliwości niosę ze sobą jakąś wrażliwość i bagaż doświadczeń. I każdy z filmów będzie to odbijał i będzie w moim stylu. Nie miałem pojęcia, że „Lato miłości” odniesie taki sukces. Tak samo było z moim poprzednim filmem „Ostatnie wyjście”, który też zdobył kupę nagród. To czy film spotka się z dobrym przyjęciem jest zawsze nieprzewidywalne. Sukces jest dobry, ale myślenie o sukcesie to jest niedobra droga.

W wielu wywiadach opowiada pan, że bardzo lubi oglądać filmy i wpływają one na pana wrażliwość. Jakie są pana fascynacje, mówi pan, że nie za bardzo kręci pana współczesne kino brytyjskie? Bardzo mi się podobał „Trainspotting”. To było coś sui generis, oryginalnego – film, z ciekawym bohaterem, dynamika i forma. Nie wiem czy się zestarzał czy nie, ale jak się ukazał 10 lat temu, to rzeczywiście to było coś. Większość brytyjskich filmów nie ma oryginalnej formy, nie ma też zbyt wiele do powiedzenia. Teraz w Anglii panuje taki szary, socjologiczny realizm. Albo się robi filmy cukierkowe na amerykański rynek, romantyczne komedie a la „Bridget Jones”, czyli czysta kalkulacja, albo się robi filmy kostiumowe, XIX-wieczne. Mało jest teraz podniecających dla mnie rzeczy w brytyjskim kinie. Filmy, które mnie wciągnęły w tą całą zabawę, oglądałem jak byłem młody. Jednym z nich było „Pół żartem, pół serio”. Pamiętam, kiedy byłem mały, ten film pokazywano rok w rok, w noc sylwestrową. Zawsze się na niego cieszyłem. Potem, jak byłem trochę starszy, filmem kultowym był dla mnie „Taksówkarz” Martina Scorsese. Uwielbiam filmy, w których jest wyrazista, mocna, skomplikowana, paradoksalna postać z wewnętrzną energią. Uwielbiam, jak aktor potrafi wleźć pod skórę swego bohatera, jak to zrobił De Niro.

Do swojego filmu „Lato miłości” poszukiwałem właśnie aktorów, którzy potrafiliby unieść oryginalną, paradoksalną postać. De Niro w „Taksówkarzu” to dla mnie ideał aktorstwa filmowego. Scorsese stworzył w tym filmie świat, miasto, Nowy Jork, który odzwierciedla stan głównego bohatera. Ten sposób użycia pejzażu, miejsca zawsze bardzo mi imponował i zawsze próbowałem podążać w tym kierunku.

Bardzo lubiłem filmy Terrence’a Mallicka – „Badlands”, „Niebiańskie dni”. Lubię klasykę polską: późne lata 50. – filmy Munka, Wajdy. Przede wszystkim „Popiół i diament”. To wielki film, historyczny, ale przy tym jakże uniwersalny i ponadczasowy. Zamknięty w sobie, ciekawie sfotografowany świat. Wspaniały bohater, no i aktor jak ulał! Na pewno wpłynęły na mnie filmy czeskiej nowej fali, wczesne obrazy Formana. To cały kanon filmów, które zostały we mnie na zawsze, nigdy się nie pozbędę tego bagażu.

Jaki będzie pana następny film? Mam trzy różne projekty i nie wiem, który z nich teraz wypali. Czekam na decyzje różnych finansistów, producentów. Więc lepiej nie mówić, nie zapeszać, bo cholera wie, który z nich wyjdzie. Zawsze mam trzy projekty na raz, żeby nie zwariować. Jak dosyć długo nie robię filmów, przez rok, dwa, to siedzę u siebie w domu – w wannie, za biurkiem i wymyślam. Teraz doszedłem do takiego momentu krytycznego: mam trzy gotowe projekty i czekam, na który z nich dostanę pieniądze.

rozmawiali: Agnieszka Psiuk, Adrian Chorębała
ultramaryna, kwiecień 2005






teksty
MATYLDA SAŁAJEWSKA: Bez dychotomii, za to z masą wątpliwości
Wrażliwa, odważna, bezkompromisowa. Żyje w życiu i nie oddziela pracy od nie-pracy. Sztuka i byt są dla niej nier... >>>

NOTTOOEASY: Głos nowej generacji
Mają po 18 lat. I pomysł na swoją muzykę. Nottooeasy jest trzyosobową brygadą, specjalizującą się w nieoczywistyc... >>>

MAREK TUREK: Niewywiad
Marek Turek to twórca niezwykle konsekwentny, który od lat skrupulatnie buduje sobie własną niszę w świecie pol... >>>

BUKOWICZ: Od heavy metalu do Joy Division
Czasem, żeby powstało coś wartościowego potrzeba mnóstwa wolnego czasu. Tak było w przypadku Jakuba Buczka, któ... >>>

STADION ŚLĄSKI: Jak na Śląskim rocka się grało
Monsters Of Rock, 1991 (zdjęcie: Andrzej Grygiel/ Pastsilesia) Trzyma się nie gorzej od Micka Jaggera, a lista iko... >>>

MARTYNA CZECH: Malarstwo jako nałóg
Martyna Czech to jeden z najmocniejszych debiutów malarskich ostatnich lat. Jest laureatką niezwykle prestiżowego i najs... >>>

FRELE: Pół żartem, pół serio
Miało być śmiesznie, a zaczęło robić się poważnie. Za sprawą śląskiej przeróbki hitu Adele „Hello”, nagranej... >>>
po imprezie
Ostatnio dodane | Ostatnio skomentowane
Off Festival 2017
8.08.2017
Festiwal Tauron Nowa Muzyka 2017
7.07.2017
Gorillaz
20.06.2017
Colin Stetson
19.12.2016
Julia Marcell
21.11.2016
Podziel się z resztą świata swoimi uwagami, zdjęciami, filmami po imprezach.
o nas | kontakt | reklama | magazyn | zgłoś błąd na stronie | © Ultramaryna 2001-2017, wszystkie prawa zastrzeżone       sisli escort escort bayan esenyurt istanbul escort istanbul escort sex hikayeleri kurtkoy escort kartal escort atesehir escort kurtkoy escort pendik escort maltepe escort tuzla escort tipobet