Serwis Ultramaryna używa plików cookies. Odwiedzając nasze strony akceptujesz otrzymywanie cookies (ciasteczek). Warunki dostępu do plików cookies możesz określić w swojej przeglądarce.

ZAMKNIJ

Ultramaryna | INGMAR VILLQIST: Portret
środa 29.03.17

START
LOKALE
FORUM
BLOGI
zgłoś imprezę   
  ultramaryna.pl  web 
INGMAR VILLQIST: Portret

Naprawdę nazywa się Jarosław Świerszcz, pochodzi z Chorzowa i jest obecnie najbardziej znanym polskim dramatopisarzem. Jego pseudonim wprawił już w konsternację niejednego przedstawiciela krytyki, które to środowisko – wbrew opinii widzów - nie szczędzi mu goryczy. Z wykształcenia historyk sztuki, wieloletni wicedyrektor warszawskiej „Zachęty” i etatowy reżyser w teatrze „Wybrzeże”, w chwili obecnej pracuje w Teatrze Śląskim nad premierą jednego ze swoich najbardziej znanych utworów – „Beztlenowce”.





Ultramaryna: Skąd wziął się pański pseudonim? Czy skandynawskie konotacje mają tu znaczenie?

Ingmar Villqist: Moja obecność w teatrze zaczęła się od zbiegów okoliczności. Po prostu kiedyś zostałem poproszony przez swoich studentów o napisanie drobnej formy dramatycznej. Pracowałem wtedy w warszawskiej „Zachęcie”, prócz tego w ASP, a także byłem aktywnym krytykiem i kuratorem w środowisku plastycznym. Zastanawiałem się, jak podpisać ten tekst. Wiedziałem, że jeśli podpiszę go swoim prawdziwym nazwiskiem, a on zostanie wystawiony w mojej reżyserii, to przyjaciele pękną ze śmiechu. Postanowiłem więc wymyślić pseudonim i przyszło mi do głowy takie właśnie imię i nazwisko… Oczywiście dorobiono do tego potężną ideologię, a ja musze ponosić tego konsekwencje – i ponoszę.

Przez wiele osób jest to odbierane jako nachalny lans... Można wiele mówić o obecności pseudonimów w historii sztuki. Zazwyczaj jest to przyjmowane po prostu – ktoś wymyślił pseudonim z tych czy innych powodów. To, że ja wymyśliłem sobie tak obco brzmiący i egzotyczny, rzeczywiście jest postrzegane na najróżniejsze sposoby. Dla mnie to jest bez znaczenia i mogę wymienić kilkudziesięciu artystów z różnych dyscyplin, którzy używają pseudonimów. Być może ma znaczenie to, że żyjemy w Polsce i wzbudza sensację fakt, że ktoś przyjął sobie taki pseudonim.

Ma pan bardzo skrajną prasę, rzadko zdarza się, by ktoś wzbudzał takie kontrowersje na łamach największych tytułów. Jak się pan do tego odnosi? To trafne pytanie – każdy artysta powinien być szczęśliwy i dziękować Bogu za to, że jego twórczość jest komentowana. Jeśli opinie są tak skrajne – a rzeczywiście są – to fakt zapracowania sobie na miano artysty kontrowersyjnego, którego twórczość wzbudza krańcowo różne opinie, jest wielkim szczęściem. Świadczy to o tym, że to co się robi kogoś dotyczy, wywołuje jakieś emocje, skrajne opinie. Wywołuje też i inwektywy - jest to bolesne, nie kryję tego, ale taka jest rola i dola artysty, nikt nie obiecał artyście, że będzie dobrze, że będzie lekko. Im gorzej, im trudniej – tym dla artysty lepiej. Ja mogę się tylko cieszyć i być szczęśliwym, że ma to taki oddźwięk i że opinie są tak różne. Życzyłbym każdemu artyście, aby znalazł się w takiej sytuacji. Nie chodzi też jednak o to żeby pisali, byle pisali – nie jestem piosenkarką czy modelką, gdzie to nie ma znaczenia. Reprezentuję elitarną dziedzinę sztuki, jaką jest dramatopisarstwo. Zainteresowanie tym, toczenie gwałtownych, często agresywnych dyskusji w prasie wysokonakładowej, a nie tylko w pismach branżowych, świadczy o tym, że ta dziedzina sztuki zaczyna z wolna wchodzić w szerszy obieg, że ludzie czytający gazety codzienne nagle spotykają się z dyskusją na temat dramatu. Nie było tego od dziesięcioleci, było wiele obszarów, zjawisk i zdarzeń z dziedziny sztuki, które się komentowało, ale nie pisano o dramacie. Wie pan, to bardzo dobrze, że te teksty są agresywne, często poniżej pasa, dlatego, że artyście bardzo łatwo może się przewrócić w głowie, a tego typu teksty sprowadzają na ziemię i wskazują miejsce w szeregu. Nie pozwala to na to, żeby uderzyła woda sodowa, skłania to do ciągłego zastanowienia nad tym, co się robi. Jest to bardzo ważny element dla człowieka, który podjął decyzję o zostaniu artystą. Nie ma nic gorszego i smutniejszego niż twórczość, która spotyka się tylko i wyłącznie z pochwałami, bo to wyjaławia. Znowuż ktoś wyłącznie niszczony, bardzo szybko – niestety tak jest – rezygnuje, oddaje pole, zaczyna się wycofywać i bać.

Jakie czynniki zadecydowały, że to właśnie panu się udało? Szereg zbiegów okoliczności i przypadków, ale również taka sytuacja w naszym teatrze, którą nazwałbym jakąś potrzebą czy głodem współczesnego dramatu polskiego. Moje teksty w tym właśnie momencie spełniły te oczekiwania. Jest teoria Arnolda Hausera o momencie wyjścia na scenę, gdy dzieło sztuki w określonej sytuacji kulturowej, psychologicznej, wpasowuje się w daną rzeczywistość jak fragmencik mozaiki. I tak się stało, ale trudno mi odpowiedzieć na to pytanie, bo wpadłem do współczesnego teatru polskiego z innego świata, ze świata sztuk plastycznych, a rzeczywistość sztuki regulują odmienne mechanizmy niż teatru.

Obecnie jest pan najczęściej wystawianym polskim dramaturgiem. Czy w swojej sytuacji twórczej czuje się już pan częścią kanonu współczesnej dramaturgii polskiej? Wie pan, to są wielkie słowa. Jeżeli jakikolwiek artysta oświadczyłby, że czuje się spełniony i współtworzy kanon, to odesłałbym go albo na długi spacer do lasu, żeby pooddychał świeżym powietrzem lub zaproponowałbym rozmowę z kimś, kto mógłby mu pomóc. Każdy tekst, każdy spektakl jest początkiem drogi i to, że moje dramaty są wydawane, grane, że pojawiają się w Polsce i za granicą, że moje teksty są w antologiach współczesnego dramatu – to jest oczywiście bardzo miłe i daje satysfakcję, nie ma co kryć. Ale to się może zmienić w ciągu sezonu, dwóch. Trzeba cały czas mieć świadomość, że kontynuacja tej drogi tkwi w jak najbardziej szczerym i prawdziwym opowiadaniu o swoich bohaterach, ale nie ma tu mowy o dobrym samopoczuciu – jest to przynależne piosenkarce, ale nie artyście.

tekst: Marcin Kowalski | zdjęcie: Aga Psiuk [Ultramaryna, listopad 2003]







teksty
NIESTRUDZENI PRZYJACIELE ROŚLIN
Jedna i ta sama roślina może być chwastem i ozdobą, trucizną i lekarstwem. Nasze związki z roślinami bywają subteln... >>>

THE PARTY IS OVER: Trip-(c)hop i trip-baba
Impreza dopiero się rozkręca – wbrew nazwie, pod jaką ukrywają się Daria Ryczek i Michał Wajdzik. Muzyczny du... >>>

MARIUSZ KAŁAMAGA: Licencja na rozśmieszanie
Kto rano wstaje – ma szansę usłyszeć go na falach eteru. Czasami wygląda też z telewizora, a bardziej wtajemnic... >>>

ANNA CIEPLAK: Nie demonizujmy gimbazy
Pisze tylko wtedy, gdy ma coś do opowiedzenia. Na co dzień jest społeczniczką zaangażowaną w aktywizację lokalnej wsp... >>>
komentarze: 1
po imprezie
Ostatnio dodane | Ostatnio skomentowane
Colin Stetson
19.12.2016
Julia Marcell
21.11.2016
Katowice Tattoo Konwent
30.09.2016
Tauron Nowa Muzyka 2016
2.09.2016
Off Festival 2016
8.08.2016
Podziel się z resztą świata swoimi uwagami, zdjęciami, filmami po imprezach.
o nas | kontakt | reklama | magazyn | zgłoś błąd na stronie | © Ultramaryna 2001-2017, wszystkie prawa zastrzeżone