Serwis Ultramaryna używa plików cookies. Odwiedzając nasze strony akceptujesz otrzymywanie cookies (ciasteczek). Warunki dostępu do plików cookies możesz określić w swojej przeglądarce.

ZAMKNIJ

Ultramaryna | MUNIEK STASZCZYK: Nadchodzi fala buntu
piątek 31.03.17

START
LOKALE
FORUM
BLOGI
zgłoś imprezę   
  ultramaryna.pl  web 
MUNIEK STASZCZYK: Nadchodzi fala buntu

Zespół T.Love istnieje już 20 lat. Zaczynali w latach 80. jako punkowy T.Love Alternative. Dzięki swoim licznym występom (m.in. festiwale w Jarocinie) i dwóm wydanym płytom (Miejscowi live i Wychowanie) byli jedną z najważniejszych kapel tamtego okresu. Zbuntowani i niepokorni – ostrymi tekstami walczyli z systemem. Po krótkiej hibernacji powrócili w 1991 roku płytą Pocisk miłości, z której pochodzi napisany na emigracji ich wielki przebój „Warszawa”. Lata 90. to dla T.Love okres ciągłego poszukiwania na niwie gitarowego popu.

Ich twórczość często wędrowała w rejony pastiszu (płyty Al Capone, Chłopaki nie płaczą). Antyidol z tekstami opisującymi naszą polską rzeczywistość w fazie transformacji nawiązywał do nowej fali brytyjskiej. Także ostatni longplay Model 01 okazał się wielkim sukcesem. Wśród zaproszonych gości na płycie znaleźli się m.in. Fisz, Kayah i Smolik. Rozmawiamy z wokalistą grupy, Muńkiem Staszczykiem, jedynym członkiem zespołu, który jest w T.Love od początku.

Ultramaryna: Kiedyś powiedziałeś: plan mamy taki, by istnieć do roku 2000, nie wiem czy później będzie potrzebny zespół T.Love. Jest rok 2003 – czy zespół T.Love jest potrzebny?

Muniek Staszczyk: To jest pytanie do fanów T.Love. Stwierdzenie, które cytujesz, powiedziane było w drugiej połowie lat 90., potem wiele razy miałem okazję rozmawiać z innymi ludźmi na łączach radiowych, w wywiadach itd., którzy pytali mnie dlaczego tak powiedziałem. To było powiedziane trochę żartem. Wszystkim nam data 2000 kojarzyła się z czymś magicznym. Wiadomo, że świat się nie zawalił i trwa cały czas. Z tego tematu wyleczył mnie pewien człowiek - w radiu, bodajże w Kielcach, zadzwonił słuchacz i powiedział: Skurwysynu, nie możesz mi tego zrobić, to jest całe moje życie, to nie jest jakaś zabawa. Dla wielu osób ten zespół to coś więcej niż kilka piosenek. Tak to wyglądało wtedy. Na dzień dzisiejszy plan jest taki: wydajemy nowy album za niecały miesiąc. Płyta ta jest podsumowaniem jakieś tam okresu. Po tym nastąpi okres pracy nad płytą studyjną, która nie wiem kiedy powstanie. Nie będziemy się na pewno spieszyć. Potem mam zamiar zrobić sobie przerwę, co nie znaczy zerwać zupełnie kontakt z muzyką, ale zrobić sobie przerwę w koncertach. Chciałbym, żeby ona potrwała przynajmniej rok. T.Love od 15 lat zapieprza na najwyższych obrotach. Mam nadzieję, że przez ten rok ludzie o nas nie zapomną.

Jak odebrałeś koncert „Punk Rock Later”, w którym zagrał T.Love Alternative. Czy był to taki "zlot emerytów", czy dalej czułeś tą energię z lat 80., która została wskrzeszona po 20 latach? Myślę, że nie był to "zlot emerytów" udowodniła to publika. Przyszło około 10 tysięcy ludzi i to w przewadze ludzi bardzo młodych. Oczywiście byli ludzie po 40-ce ze swoimi dziećmi. Była super atmosfera, typu RóbRege czy Jarocin. Myślałem wcześniej, że to będzie zlot emerytów, ale już przy podpisywaniu książki Mikołaja Lizuta w Warszawie, zauważyłem, że przychodzą ludzie młodzi, którzy mają po kilkanaście lat, a na koszulkach The Clash, Sex Pistols czy Dezertera. Pewnie nie było ich na świecie kiedy zespoły punkowe zaczynały grać w Polsce.
Wszyscy z tych zespołów, czyli Kazik z Kultu, Budzyński z Armii czy Lipiński z Brygady Kryzys byli bardzo zadowoleni. Taki wspólny koncert odbył się po raz pierwszy od ponad 10 lat. Jeśli chodzi o T.Love Alternative, to zagraliśmy ze starym składem, który nie gra na co dzień muzyki. Byliśmy zespołem technicznie i muzycznie najgorszym na koncercie. Ale chcieliśmy przekazać taką prawdę jak w latach 80. Graliśmy na totalnym luzie. Byliśmy najgorszym zespołem, bo - poza mną - nie gramy na codzień. Gitarzysta jest teraz malarzem, basista – fotografem, a klawiszowiec – nauczycielem. Potraktowaliśmy to jako fajną zabawę, absolutnie bez żadnej spiny - „O Boże kochany musimy zagrać najlepiej na świecie”. Chodziło o to, żeby te zespoły się spotkały. Każda z tych kapel jest teraz w innym miejscu np. taki obecny T.Love czy Dezerter. Łączy nas to, że mieliśmy takie same początki, wyrośliśmy z tego samego pnia. Pokazało to, że w Polsce ludzie nie słuchają tylko hip-hopu. Rock gitarowy ma znaczenie dla młodych ludzi i powinno to dać do myślenia decydentom od promocji muzyki rockowej w radiu. Sukces koncertu przerósł oczekiwania organizatorów. Z tego co wiem na koncercie było 7 tysięcy ludzi, a ponad 2 tysiące stało przed salą. Dlatego organizatorzy chcą powtórzyć ten koncert 13 grudnia w Spodku. Z tego co wiem, zagrają wszystkie zespoły oprócz Pidżamy Porno. Będą też inne grupy, którym się taki koncert należy, czyli Moskwa i Xenna.

Czy sądzisz, że misja, którą T.Love miał to zrealizowania, jako grupa rockowa walcząca swoimi piosenkami z systemem została spełniona? Na pewno wszyscy byliśmy po tej stronie barygady co Solidarność, chociaż nie udzielaliśmy się ani dla Solidarności, ani dla Kościoła, tym bardziej dla komuny. Mieliśmy swoją oddzielną scenę. Myślę natomiast, że gdyby nie sierpień '80, nie powstałby zespół T.Love. Ale nie myśleliśmy, żeby się defniować w 100% politycznie. Po prostu mieliśmy swój punkt widzenia i coś w rodzaju misji, a raczej przekazu. Chcieliśmy naszym językiem opowiedzieć ludziom, co widzimy. Dlatego też zaczynaliśmy od zera, uczyliśmy się grać, poznawać złe i dobre strony tzw. rock’n’rolla.
Lata 80. się skończyły, mamy zupełnie inny czas. Nie chcę obcinać kuponów. Niektórzy chcieliby, byśmy grali takie kawałki cały czas. To jest niemożliwe, byłbym nieuczciwy wobec siebie, gdybym teraz śpiewał „Garaż” w wersji 2004. Byłoby to dla mnie troszkę śmieszne. Zdecydowanie bardzo szanuję publikę - gdyby nie ludzie, którzy przychodzili na nasze koncerty ze swoimi magnetofonami i nas nagrywali, to właściwie zespołu T. Love by nie było. Radio nie grało takich zespołów. I ludzie z tamtego okresu zaważyli na tym, że jesteśmy teraz tym, kim jesteśmy. Myślę, że ta misja w jakiś sposób została spełniona.

W 1989 roku zespół T.Love się rozpadł i wyjechałeś do Londynu do pracy – czy brałeś pod uwagę taką możliwość, że kończysz już z graniem muzyki? To był czerwiec 1989, przed aksamitną rewolucją (którą oglądałem już z perspektywy angielskiej). Wyjechałem do roboty, miałem wtedy kompletnie dość grania w T.Love czy w jakimkolwiek innym składzie. Zespół się sypał, były kwasy między nami, wypaliła się pewna formuła porozumienia. Chciałem od tego odpocząć. Myślałem, że to jest już koniec zespołu. Nagrałem z T.Love dwa albumy: Miejscowi – live i Wychowanie. Spełniło się w ten sposób jakieś moje młodzieńcze marzenie i stwierdziłem, że to jest koniec tej historii. I byłby, gdyby nie to, że jeszcze przed wyjazdem spotkałem Janka Benedka, który mi się spodobał jako gitarzysta. Grał bardzo „stonesowo”, ostro i czujnie. A ja wtedy bardzo lubiłem Stonesów i chciałem zerwać z tą socjologią, chciałem zająć się bardziej muzyką. Ale wyjechałem i zająłem się ciężką pracą w Londynie, pracowałem w knajpach. I gdyby nie piosenka „Warszawa”, do której napisałem tekst, to nie wiem czy miałbym jakiś plan B.
Granie to jest bardzo mocna sprawa. Chęć powrotu na scenę ma w sobie coś z narkotyku, nie wynika tylko z próżności czy z fajnych stron popularności i profitów. Jest to coś, co masz we krwi. Postanowiłem dosyć mozolnie budować wszystko od nowa, bo stary skład zupełnie się rozsypał. W dodatku przechodziłem wtedy kryzys twórczy i pisałem mało tekstów.

Powiedziałeś: rock’n’roll jako abecadło się wyczerpał – czy dlatego tak często sięgasz po pastisz jako formę wypowiedzi? Mówię tu o dwóch waszych płytach Al Capone i Chłopaki nie płaczą? Trochę się wyczerpał i trochę nie. Wydaje mi się, że teraz znowu wróciły niezłe czasy dla rock’n’rolla. Mówię tu o ostatnich dwóch, trzech latach. Przynajmniej zauważyłem to w Ameryce i Anglii. W Polsce też jest trochę lepiej, pojawiło się parę fajnych zespołów, a pewnie jest dużo więcej tych, o których nie słyszymy. Chodzi o to, że trudno coś nowego wymyślić w muzyce rock’n’rollowej. Szczególnie, że taki facet jak ja, który zaczął słuchać muzyki w 1972 czy 1973 roku, to ma trochę kompleks. Czasami zazdroszczę ludziom, którzy mają naście lat i dla nich zespół White Stripes jest czymś nowym. Mój problem polega na tym, że ja wiem skąd to wszystko wynika. Mam w domu kilka tysięcy płyt, troszkę jestem czasami znudzony. Hmm... Znudzony, a i tak co tydzień kupuję po kilka płyt. To jest takie znudzenie, ale bez muzyki życia sobie nie wyobrażam.
Ten pastisz wynika z tego, że zawsze lubiliśmy się śmiać. Choć traktowaliśmy poważnie swój zespół i to, co robimy. Natomiast w czasach punkowych, chociaż nie byliśmy w 100% zespołem punkowym, wyrastając jednak z tego nurtu intelektualnie – puszczaliśmy już oko do publiczności, grając takie kawałki jak „Karuzela” czy „Garaż”. Nie ubieraliśmy tego w poważną formę tak, jak to robiły zespoły Siekiera czy Dezerter. Ale troszkę kabaretowo. Myślę, że byliśmy pierwsi z takim podejściem na rynku. Potem oczywiście tym śladem poszły takie bandy jak Big Cyc czy Piersi. Ale oni moim zdaniem poszli w zupełny kabaret.
Ostatni singiel Polish Boyfriend też jest takim żartem. Myślę, że był to ostatni moment, by nagrać taki numer na płycie koncertowej. Nie zmieściłby się on na pewno na żaden pełnokrwisty album, bo jest za dużym żartem. To wynika z tego, że lubię się śmiać. Sam z siebie też. Nie wszyscy to u nas lubią. Niektórych to wkurwia, inni to akceptują. Taki dualizm, który we mnie siedzi. Z jednej strony lubiłem poważny przekaz, z drugiej kręcił mnie kicz - takie zespoły jak Boney M czy Abba. Z jednej strony słucham poważnej muzy, z drugiej mam gust jak z szafy grającej, lubię melodię, single i takie rzeczy.

Czy czytałeś książkę Krzysztofa Vargi „Chłopaki nie płaczą”, która została wydana przed waszą płytą o takim samym tytule i w której pojawiasz się jako jedna z postaci. Czy znasz jej autora? Krzyśka Vargę znam od wielu lat. Studiował ze mną na wydziale polonistyki. Chodził w latach 80. na koncerty kapel, które stanowiły wtedy swego rodzaju scenę, czyli Kultu czy T.Love. Jest poważnym pisarzem i dziennikarzem Gazety Wyborczej. Jest moim kolegą. Cenię sobie kilka jego książek, najbardziej chyba „Nieśmiertelność". Fakt, to on najpierw spopularyzował tytuł "Chłopaki nie płaczą", biorąc go z piosenki The Cure, potem powstała nasza piosenka. O użycie tytułu go zapytałem, zgodził się, więc go sparafrazowałem. Uważam, że „Chłopaki nie płaczą” było pierwszą książką, która w jakiś sposób definiowała pokolenie młodych ludzi w latach 90. Pokazywała obraz tych czasów, mniej związanych z polityką niż lata 80.

Czy teraz jest się przeciwko czemu buntować, tak jak kiedyś T.Love buntowało się w latach 80.? Ludzie mający naście lat i zaczynający nagrywać albumy mają się przeciwko czemu buntować. Czasy są nieciekawe nie tylko w Polsce, ale na całym świecie. Mamy po pierwsze problemy ekonomiczne, w Polsce odbija się to recesją i bezrobociem. Na świecie mamy chujową sytuacją w sensie tej wojny kulturowej, która się dzieje między Stanami a światem arabskim. Powoduje to swego rodzaju strach. Z drugiej strony mamy totalny rozwój technologiczny, m.in. Internet, który pomaga nam w życiu, ale też nas "matriksuje".
Nie wiem czy to jest pytanie do mnie, bo T.Love jest bliżej końca swojej drogi niż początku. Młodzi wykonawcy mają wiele rzeczy, przeciwko którym mogą się buntować. Wydaje mi się, że nadchodzi fala wielkiego buntu. Mam nadzieję, że nie wyjdzie on na ulicę, bo to jest droga, którą chcieliby prowadzić młodzież pewni politycy. Natomiast bunt się objawi lub już się objawia w sztuce. To, co najciekawsze z ostatnich 4 lat w filmie, literaturze, malarstwie i w muzyce wywodzi się z offu. Mnie nie interesuje nowa płyta Bajmu czy Perfectu. Jeżeli coś mnie interesuje, to płyty młodych. Od momentu wejścia hip-hopu idzie to w dobrym kierunku. Zdecydowanie teraz jest bardziej buntowniczy czas niż w latch 90., kiedy wszyscy zajmowali się zarabianiem pieniędzy. To było naturalne, ludzie musieli odreagować upokorzenia komuny.

Czy jesteś patriotą? Mieszkasz w tym kraju, jesteś bacznym obserwatorem i komentatorem naszej rzeczywistości. Czy masz takie uczucie, które pomaga ci żyć w Polsce? Świat się bardzo zglobalizował. Europa też. Sam byłem orędownikiem tego, byśmy weszli do Unii mimo zagrożeń, jakie Unia niesie ze sobą - typowo korporacyjnych. Wiadomo, że bogaty zawsze zeżre biedniejszego. Dla takiego kraju jak Polska innego wyjścia jednak nie było.
Nie podoba mi się wysłanie wojska do Iraku. Wcale nie uważam, że był to mądry ruch. Można było poprzeć inaczej, bardziej powściągliwie. Czy ja bym poszedł na jakąś wojnę za swój kraj? Chyba nie. Jestem strasznie przywiązany do tego kraju. Bardzo mi się tu czasami nie podoba, ale jest to mój kraj. Na wojnę nie poszedłbym walczyć z powodu jakichś absurdalnych powodów politycznych.

Co sądzisz o brit-popie w znaczeniu brytyjskiej kultury popularnej? Jaki jest twój stosunek do tej brytyjskości, którą oglądamy w mediach i zazdrościmy im sytuacji na rynku muzycznym? Dla mnie wyrazem waszej brytyjskości jest płyta Antyidol, nagrywana w Londynie, klimatycznie zbliżona do dokonań Blura... Akurat wtedy Blur wywierał duży wpływ na nas wszystkich w zespole. Do dziś uważam, że jest to jedna z ciekawszych grup lat 90. Niedawno byliśmy w Londynie na koncercie i uważam, że jest tam teraz coraz więcej ciekawych zespołów. Był taki okres fajnego wybuchu grup: Blur, Suede, The Verve, wcześniej był Manchester, a teraz sporo jest gitarowych zespołów typu Coldplay czy Libertines oraz mnóstwo innych. Zawsze wolałem zespoły brytyjskie od amerykańskich. UK jest ojczyzną zespołów-kwartetów, począwszy od początku lat 70., od hard rocka i punka. To duża tradycja, którą trzeba szanować. Dzieje się tam sporo, bo jest tam silna klasa robotnicza, ale nie w sensie proletariackim, tylko kulturowym. Filmy i muzyka zawsze były mocną stroną Brytyjczyków.

W piosence "Pank is Dead?" ironicznie śpiewasz: nadszedł taki czas, że już nic nie ekscytuje nas. Co cię ostatnio bardzo zainteresowało w muzyce, filmie i literaturze? Ostatnio bardzo podobały mi się tomiki wierszy Rymkiewicza i Szymborskiej. Lubię starszych, dojrzałych poetów. Książka Imre Kertesza "Kadisz za nienarodzone dziecko". Ciekawa jest proza Jurija Andrychowicza – "Perwersja", jego pierwsza powieść "Moskowiada" bardziej mi się jednak podoba.
Jeżeli chodzi o kino, dzisiaj byłem na nowym Tarantino - "Kill Bill". Podobał mi się, ale bez przesady, wyrosłem chyba już z komiksów. Bardzo podobał mi się ostatni film von Triera "Dogville" oraz Stephena Daldry'ego "Godziny".
Z muzyki: z Anglii sobie przywiozłem takiego nowego wykonawcę, nazywa się Simple Kid. Jest to chłopak, który łączy parę rzeczy, trochę glamu, trochę muzyki elektronicznej. Bardzo fajne ma teksty. Bardzo mi się podoba kapela The Libertines, której album wyprodukował gitarzysta The Clash – Mick Jones. Ze Stanów – hałaśliwe Yeah, Yeah, Yeah, My Morning Jacket - takie mocniejsze R.E.M. Teraz jest dużo nowej gitarowej muzyki, która do nas dochodzi, ale polskie zespoły, które tak grają nie mają ujścia. U nas młodzież tylko i wyłącznie się skupia na hip-hopie.

Co byś doradził jako starszy doświadczony kolega, będący 20 lat na scenie młodemu zespołowi gitarowemu, który debiutuje dzisiaj na scenie? Rozmawiałem na ten temat z chłopakami z Negatywu jakieś 2, 3 lata temu. Powiedziałem im: panowie, grajcie do oporu, tyle ile się da. I oni chyba taką filozofię przyjęli, i to im wychodzi na dobre. Zagrali duża trasę koncertwową. To jest męczące grać tyle koncertów, ale się opłaca. Zespoły gitarowe tylko tak mogą dotrzeć do swych słuchaczy. Wielkie radia typu Zetka czy RMF nie graja bowiem takiej muzyki. My też tak robiliśmy w latach 80. Teraz, kiedy nie ma takich festiwalów jak kiedyś, zespoły muszą dużo koncertować. My w miarę możliwości gramy z młodymi zespołami. Graliśmy z C.K.O.D oraz z częstochowskim Habakukiem. To ciężka praca, ale nie można być zespołem, który jest tworem wirtualnym i nie gra koncertów.

Kiedyś powiedziałeś, że T-shirt jest najważniejszą częścią ubrania człowieka. Podobno masz ogromną kolekcję T-shirtów, ile liczy twoja kolekcja i jaki jest twój ulubiony? To się oczywiście zmienia. Część z nich się bardzo spiera i starzeje. Mam coś takiego, że jak wskoczę w jeden fajny to długo w nim gram koncerty. Ostatnio dużo grałem w T-shircie "Buena Vista Social Club", a on się po prostu na mnie zestarzał. W tej chwili wisi na wystawie "Muzyczny Pałac", którą otwarto w Pałacu Kultury w Warszawie. Znajdują się tam różne gadżety artystów polskich.
Mam dużo T-shirtów, zawsze jak gdzieś jestem, szczególnie za granicą, staram się coś kupić. Ostatnio w Londynie kupiłem koszulkę z napisem "Fuck me I'm a famous" i teraz namiętnie występuję w niej na koncertach. Zawsze staram się, by były to T-shirty w miarę oryginalne, ale wszystko jest masówką. I rzeczywiście w takim zestawie chodzę od lat i nie przebieram się na scenie. I to mi odpowiada, bo T-shirt jest praktyczny dla wszystkich. Unisex dla dziewcząt i dla chłopaków. Ale nie jest tak, że zakładam koszulkę tylko zespołów, które lubię. Jak mi się jakaś koszulka podoba, to zakładam ją i w niej chodzę. Kiedyś chodziłem w koszulce zespołu Cannibale Corps, chociaż nie lubię niektórych odmian metalu, ale koszulka była spoko.

Wasza najnowsza płyta T.Live jest płytą koncertową, trzecią tego rodzaju po Miejscowi – live i I love You. Powiedz mi czy z tamtych płyt nie jesteście zadowoleni? Powiem ci szczerze, że żadna z poprzednich koncertówek mi się nie podoba. Pierwsza jest zbyt niechlujna, wiadomo w jakich warunkach była nagrywana. Zespół miał wtedy za sobą chyba tylko 4 próby. Ma charakter kronikarski, a dla pewnych osób jest pewnie egzotyczna, bo to lata 80. Następna płyta I love You powstała w złym momencie, bo Jasiu Benedek odchodził z zespołu. Dla wielu ludzi to fajna płyta, ale dla mnie smutek bije ze sceny, kiedy jej słucham. A T.Live... Po pierwsze zespół gra lepiej niż wcześniej. Zarejestrowaliśmy ten wieczór w Stodole tak na rybę, nie było planów, że wydamy z tego album. To był naprawdę magiczny wieczór. Obchodziliśmy nasze 20 lat i przyjechali ludzie z całej Polski. I publiczność była takim szóstym zawodnikiem, obok nas na scenie. Oprócz tego byli goście typu: Grabaż, stary skład T.Love, Robert Brylewski. Myślę, że należało nagrać płytę live, która jest w końcu porządna, a tak naprawdę jest to pierwsza taka płyta tego składu. Klimat jest zupełnie inny i są tu utwory, których nie ma na innych "livach".

A co z twoimi pobocznym projektami, nie mówię tu o Szwagierkolasce, ale o takich zespołach jak Meble czy Paul Pavique Movement z Pawłem Duninem-Wąsowiczem? Czy to będzie miało kiedyś finalizację na płycie, czy są to tylko koncerty? Nie, nigdy tego żadna wytwórnia nie traktowała poważnie. Kiedyś zaniosłem ten materiał w parę miejsc, ale ten zespół, czyli granie z Pawłem, miał zawsze charakter czysto happeningowy. Nie chodzi do końca o muzykę, bo nie byliśmy absolutnie zespołem profesjonalnym. Grałem tam na bębnach, trochę dla żartu, trochę dlatego, że Paweł jest moim kolegą, sąsiadem z Żoliborza. Nasze granie traktowaliśmy jako żart. To były piosenki Pawła, ja byłem tylko perkusistą. Nie mieliśmy nigdy wydawać żadnego albumu. Mieliśmy ambicję, żeby być najgorszym zespołem na Żoliborzu, żeby ludzie wychodzili nawet z naszych koncertów, a niestety nie wychodzili. To nie były koncerty do dużej publiki, to były koncerty garażowe. Jeżeli Paweł mnie zaprosi jeszcze raz za bębny, to postukam. Nie czuję się jednak żadnym perkusistą, wręcz jestem perkusistą zerowym.

A co z produktem, jak to kiedyś określiłeś techno-komputerowym The Boys in The Sound, który się bardziej skupia na elektronice niż na rock’n’rollu? To nie jest mój projekt. To jest projekt Majchera, Polaka i Nazima. Oni pracują nad tym od 3 lat. Mam nadzieję, że to w końcu sfinalizują. Mają zamiar wydać coś o charakterze bardzo multimedialnym. Nie chodzi tylko o płytę, ale o działalność audio-komputerową. Myślę, że do końca tego roku to skończą, ale mówiąc szczerze do końca w tym nie siedzę. Znam parę piosenek, ale Macher mi całości jeszcze nie pokazywał. Ja nie biorę w tym udziału, to jest projekt moich kolegów z zespołu.

Rozmawiał: Adrian Chorębała [Ultramaryna listopad 2003]






teksty
NIESTRUDZENI PRZYJACIELE ROŚLIN
Jedna i ta sama roślina może być chwastem i ozdobą, trucizną i lekarstwem. Nasze związki z roślinami bywają subteln... >>>

THE PARTY IS OVER: Trip-(c)hop i trip-baba
Impreza dopiero się rozkręca – wbrew nazwie, pod jaką ukrywają się Daria Ryczek i Michał Wajdzik. Muzyczny du... >>>

MARIUSZ KAŁAMAGA: Licencja na rozśmieszanie
Kto rano wstaje – ma szansę usłyszeć go na falach eteru. Czasami wygląda też z telewizora, a bardziej wtajemnic... >>>

ANNA CIEPLAK: Nie demonizujmy gimbazy
Pisze tylko wtedy, gdy ma coś do opowiedzenia. Na co dzień jest społeczniczką zaangażowaną w aktywizację lokalnej wsp... >>>
komentarze: 1
po imprezie
Ostatnio dodane | Ostatnio skomentowane
Colin Stetson
19.12.2016
Julia Marcell
21.11.2016
Katowice Tattoo Konwent
30.09.2016
Tauron Nowa Muzyka 2016
2.09.2016
Off Festival 2016
8.08.2016
Podziel się z resztą świata swoimi uwagami, zdjęciami, filmami po imprezach.
o nas | kontakt | reklama | magazyn | zgłoś błąd na stronie | © Ultramaryna 2001-2017, wszystkie prawa zastrzeżone