Ta strona używa plików cookies.
Polityka Prywatności    Jak wyłączyć cookies?
AKCEPTUJĘ
niedziela 29.03.20

START
LOKALE
FORUM
BLOGI
zgłoś imprezę   
  ultramaryna.pl  web 
JACEK MIKOŁAJCZYK: Rewia o zwykłym człowieku

Jacek Mikołajczyk jest przede wszystkim chodzącą encyklopedią światowego i polskiego musicalu. Ma na to papier – doktorat pisał o polskim teatrze muzycznym z czasów przedtransformacyjnych. Od pięciu lat badania nad swoim konikiem i pracę nad musicalowymi przekładami łączy też z reżyserią.

Zaczęło się od „Rodziny Addamsów” w ówczesnym Gliwickim Teatrze Muzycznym i chociaż po drodze teatr uległ likwidacji, a reżysera ostatniego wystawionego na jego deskach przedstawienia pochłonęła „Zakonnica w przebraniu”, to szybko się okazało, że spotkanie z najpotworniejszą rodzinką na świecie raczej nie kończy się wraz z końcem proszonej kolacji. Wedle fabuły tego spektaklu kolacja uatrakcyjniona burzą z piorunami i trzęsieniem wszystkiego, co do trzęsienia zdolne, to ledwie schyłek pierwszego aktu, po którym, jak mawia klasyk, napięcie narasta.

W tak zwanej rzeczywistości pozascenicznej owo napięcie narosło, gdy prawie trzy lata temu Mikołajczyk wspólnie z Marcinem Zawadą zwyciężyli w konkursie na dyrektora warszawskiego Teatru Syrena i postanowili to miejsce zmienić w scenę musicalową. Naturalnie jednym z pierwszych tytułów, który na niej wylądował, była wyprodukowana we współpracy z Teatrem Muzycznym w Poznaniu „Rodzina Addamsów”. Bilety na nią do dziś znikają w, nomen omen, zastraszającym tempie.

Bywało wyboiście, ale zawsze zaskakująco. Obok „Rodziny…” i „Zakonnicy…” w reżyserskim portfolio znalazły się „Czarownice z Eastwick”, „Nine”, „next to normal” i „Rock of Ages”. Trzy ostatnie z tytułów to już naprawdę wyższa szkoła jazdy. Pierwszy subtelnie flirtuje z „Osiem i pół” Felliniego, drugi wpisuje się w dyskusję o granicach psychicznego zdrowia chwilami ostrzej niż literatura samego Kena Keseya, a ostatni jest tak bezpardonową „jazdą po bandzie”, że domaga się od widza zawieszenia na kołku niezliczonych uprzedzeń i przyzwyczajeń.

Naturalnie nie jest to ostatnie słowo ani Mikołajczyka-dyrektora, ani Mikołajczyka-reżysera. Na deski „swojego” teatru przygotowuje prapremierę jednej z największych musicalowych sensacji tej dekady, a już teraz sięga w Sosnowcu po najbardziej przewrotną rewię w historii gatunku. To „Pins and Needles” Harolda Rome’a – show zrealizowane w latach 30. na Broadwayu przez związek zawodowy amerykańskich szwaczek, który w Teatrze Zagłębia pojawia się pod tytułem „Przodownicy miłości. Rewia robotniczo-związkowa”.

Ultramaryna: Zacznijmy tę rozmowę przewrotnie: jaki był najgorszy musical, jaki widziałeś?

Jacek Mikołajczyk:
Obejrzałem mnóstwo złych rzeczy, które natychmiast się zapomina. Utkwił mi natomiast w pamięci taki, w który włożono rzekę dolarów albo raczej funtów. To „Władca pierścieni”. Realizatorzy tak się w scenariuszu skupili na wierności pierwszej części trylogii, że, o ile pamiętam, po dwóch godzinach spektaklu bohaterowie nie zdążyli chyba nawet wyjść z Shire. Nie jestem fanatykiem, ani choćby koneserem fantasy, ale w tym przypadku prostactwo scenariusza i nawiązań do irlandzkiej muzyki ludowej przerastało nawet mnie. Włożono gigantyczne pieniądze w nowatorską inscenizację, specjalnie na jej potrzeby zaprojektowano scenę obrotową, która rozsuwała się w pionie, poziomie i chyba też w diagonalu, a kaskaderom grającym trolle włożono na nogi nowiutkie szczudła sprężynowe. Jednak scenariusz był tak fatalny, że cała ta imponująca teatralna maszyneria okazała się kulą w płot.

To teraz wyobraź sobie, że zgłaszają się do ciebie tytułowi „Producenci” z musicalu Brooksa i roztaczają przed tobą wizję ich słynnego modelu biznesowego, który, jak wiadomo, wymaga wystawienia patentowanej klapy. Jaki byś im zaproponował temat? Chyba poszukałbym go w naszej historii. Jest w niej naprawdę wiele fantastycznych okazji do zepsucia tematu.

Pamiętaj, że „Krzyżacy” są już zajęci. No tak. Ale ogólnie wciąż jest to niewyczerpane źródełko. To może odwrócę twoje pytanie.

Odwracaj. Oczywiście z tą polską historią to żart: może faktycznie bylibyśmy w stanie, korzystając z historycznej inspiracji, tworzyć wspaniałe muzyczne spektakle…

I złamalibyśmy w tym zakresie osławiony węgierski monopol? Być może.

Ale? Problem polega na tym, że wciąż podchodzimy do musicalu z ogromnym brakiem szacunku. Nie jesteśmy w stanie zrozumieć, że adaptacja wymaga ogromnych umiejętności, że te teksty dojrzewają latami. Pisze się je bardzo długo. Pracuje nad tym sztab ludzi. A nam się wydaje, że wystarczy zobaczyć dwa, trzy spektakle na Youtube i już jesteśmy przekonani, że też tak potrafimy. „Rzućmy się na polskie tematy i wyjdzie nam jak na Broadwayu”. To nieprawda.
To dlatego nigdy jeszcze nie podjąłeś się stworzenia musicalu od zera? Tak. Wciąż nie czuję się na siłach. Myślę, że muszę się wiele nauczyć, żeby się podjąć takiego zadania. Za to widzę potencjał w czymś innym.

Mianowicie? Niedawno przeczytałem, że w Teatrze Syrena zajmujemy się i jesteśmy w stanie realizować „musicale nieoczywiste”. Czyli zbuntowane, kontrowersyjne, „rogate”. Na pewno nieoczywistym wyborem był „next to normal”, pewnie także „Rock of Ages”. I chyba jest w tym sporo prawdy.

To jakie jeszcze tytuły można wybrać, idąc tym tropem? Powiedzmy, że takie, które wykorzystują plus wielkiego minusa, jakim jest wielkość naszej sceny. Zmusiła nas ona do zagospodarowania pewnej niszy. Żeby ją wypełnić, nie musimy się zwracać do setek tysięcy widzów. Wystarczą dziesiątki tysięcy. Więc kiedy pytasz o kolejne tytuły, to głównie przychodzą mi na myśl takie, na jakie reakcją jest okrzyk: „O, Boże! W Polsce?!”.

A konkretnie? Na przykład marzę o zrealizowaniu „Book of Mormon”. Chciałbym zobaczyć, czy nasza publiczność rzeczywiście by się wiła z oburzenia, słuchając tych bardzo krytycznych piosenek w duchu „Southparku”. Więcej nie zdradzę, ponieważ ostatnio nasz rynek musicalowy rozwija się bardzo dynamicznie i każdy się stara wystawić, co tylko się da, więc nie będę podrzucał pomysłów kolegom reżyserom i dyrektorom z konkurencyjnych teatrów (śmiech).

Nie sądzisz, że wyjątkiem od wymienianych przez ciebie smutnych reguł jest „Wiedźmin”? Podobał ci się serial? Bardzo. I trochę śmieszy mnie ciągnąca się za nim krytyka. Całe lata czekaliśmy, żeby polską literaturę adaptowano z rozmachem i po hollywoodzku, a kiedy się to wreszcie wydarzyło, to na twórców spadają zarzuty, że jest… po hollywoodzku. Od razu zastrzegam, że nigdy nie zaliczałem się do grona fanów, bo w czasach licealnych byłem zadzierającym nosa nastolatkiem, który kulturą popularną pogardzał.

A na studiach? Było jeszcze gorzej.

A nie masz wrażenia, że właśnie przed tymi zarzutami o spłycenie oryginału jest w stanie się obronić musical Kościelniaka? Może po grach i serialu Netfliksa to właśnie ten spektakl powinien być naszym produktem eksportowym? Powiem brutalnie: West End na takie dzieło nie stać, bo ten spektakl jest jak dla Anglików za duży. Tam się liczy przede wszystkim potencjał komercyjny, a „Wiedźmin” Kościelniaka nie mógłby powstać poza ramami kultury dotowanej przez państwo. Jesteśmy uprzywilejowani, że możemy go oglądać.

Skoro zeszło na ekonomię, to porozmawiajmy w końcu o „Przodownikach miłości…”. Wiem, że wraz z zespołem długo szukaliście kontekstu, w jakim należałoby umieścić tę rewię. Tak, ale po kilku podejściach doszliśmy do wniosku, że jest to po prostu rewia o zwykłym człowieku, który może być robotnikiem, hutnikiem czy szwaczką. Najważniejsze jest, że ten ktoś patrzy z pewnym zachwytem na otaczający go świat i dostrzega w nim musicalową tematykę. Wbrew pozorom tematem teatru popularnego są nie tylko intrygi miłosne, ale też na przykład rozważania nad sensem życia. No i naszego bohatera, a właściwie bohaterów, te kwestie dotyczą i poprzez ten spektakl chcą je wyrazić. Robimy więc rewię o robotnikach, którzy robią, albo przynajmniej chcą robić rewię.

Taki „Sen nocy letniej” anno domini 2020? Niech będzie. Czasem im to wychodzi lepiej, czasem gorzej, ale odkrywają w tym niesamowitą radość. I to właśnie o tej radości tworzenia jest ten spektakl. Jeśli uda nam się to przenieść przez światła rampy i nasi widzowie, będący najczęściej też tak zwanymi zwykłymi ludźmi, poczują tę radość tworzenia rewii w regionie, który z rewią pozornie nie ma wiele wspólnego, to uznamy to za nasz wielki sukces.

tekst: Aleksandra Lis | zdjęcia: Bartek Warzecha, Maciej Stobierski
ultramaryna, styczeń 2020




Premiera spektaklu „Przodownicy miłości. Rewia związkowo-robotnicza” odbyła się 3 stycznia w Teatrze Zagłębia. Więcej informacji o pozostałych przedstawieniach znajdziecie tutaj.








KOMENTARZE:

nie ma jeszcze żadnych wypowiedzi....


SKOMENTUJ:
imię/nick:
e-mail (opcjonalnie):
wypowiedz się:
wpisz poniżej dzień tygodnia zaczynający się na literę s:
teksty
MACIEJ GARBOWSKI: Lubię zatęsknić za muzyką
Absolwent katowickiej Akademii Muzycznej w dziedzinie jazzu i klasyki. Nauczyciel w Instytucie Jazzu i Muzyki Rozryw... >>>

PAULINA JÓŹWIK: Pochwała zwyczajności
Paulina Jóźwik swoim debiutem „Strupki” pokazała, że jest w polskiej literaturze miejsce na inteligent... >>>

DZIECIĘCA ORKIESTRA ONKOLOGICZNA: Są sprawy, które łatwiej wyśpiewać, niż wypowiedzieć
Jakość i pasja życia. Dwa wektory Iskierki. Siedzę w pokoju, w którym zazwyczaj odbywają się rozmowy prowadzone... >>>

PIOTR SURMACZ: Człowiek orkiestra od gier video
Pisze muzykę, teksty i projektuje dźwięki, a wszystkiego nauczył się sam. Ostatnio udźwiękowił grę najpopularnie... >>>

BARANOVSKI: Ludziom potrzeba trudnych piosenek
Kiedy w 2014 roku zaśpiewał w talent show „The Voice of Poland” utwór Beatlesów, było pewne, że ten ur... >>>
po imprezie
Ostatnio dodane | Ostatnio skomentowane
Upper Festival 2019
5.09.2019
Fest Festival 2019
26.08.2019
Off Festival 2019
9.08.2019
Festiwal Tauron Nowa Muzyka 2019
27.06.2019
Off Festival 2018
10.08.2018
Podziel się z resztą świata swoimi uwagami, zdjęciami, filmami po imprezach.
o nas | kontakt | reklama | magazyn | zgłoś błąd na stronie | © Ultramaryna 2001-2020, wszystkie prawa zastrzeżone