Ta strona używa plików cookies.
Polityka Prywatności    Jak wyłączyć cookies?
AKCEPTUJĘ
wtorek 15.10.19

START
LOKALE
FORUM
BLOGI
zgłoś imprezę   
  ultramaryna.pl  web 
PAULINA PLIZGA: Od wodzisławskiego hasioka po paryskie trash couture

Tworzyła recyclart, zanim to było modne, choć nie chce definiować swoich projektów przez pryzmat trendów. Kiedy w latach 80. robiła małe patchworki ze ścinków otrzymanych od mamy – wodzisławskiej krawcowej – nie mogła przypuszczać, iż kiedyś będzie pracować w ten sposób w Paryżu, wykorzystując resztki tkanin mistrzów haute couture. Paulina Plizga jest żywym dowodem na to, że marzenia się spełniają.

Doceniona w największych stolicach mody – od Tokio po Nowy Jork – osiedliła się na stałe na północy Francji, by tam w sprzyjających warunkach móc całkowicie oddać się swojej pasji. Czy to ubrania, czy biżuteria, czy tkanina artystyczna, liczy się jedno – recykling. Niegdyś konieczność wynikająca z niedoboru, dziś z nadmiaru.

Ultramaryna: Określasz się raczej jako artystka-krawcowa niż jako projektantka mody. Jak twoja twórczość ma się do dynamicznych i szybko przemijających trendów?

Paulina Plizga
: Zdecydowanie czuję się artystką. Moda jest dla mnie inspiracją do tworzenia. Krawiectwo traktuję jako środek wyrazu, na równi z malarstwem. Trendy mało mnie interesują, fascynuje mnie historia mody i rzemiosło.

Trashion, slow fashion, recyclart… istnieje jednak szufladka, do której można włożyć twoje projekty. Pytanie tylko, czy to jeszcze trend, czy już konieczność? O nie! Nie dam się zaszufladkować! (śmiech) Recykling towarzyszy mi od zawsze, „trash couture” wymyśliłam wiele lat temu, kiedy jeszcze nikt o tym nie mówił. Na pierwszym pokazie użyłam recyklingowych materiałów, takich jak ścinki krawieckie oraz plastikowe reklamówki, które kiedyś w Polsce były prawie takim trofeum modowym jak dziś torba Vuittona… Wiele moich pozytywnych nawyków, chociażby oszczędzanie materiałów czy ich ponowne użytkowanie, to piętno kryzysu gospodarczego, który panował w Polsce w latach 80. Miałam wtedy 10 lat i doskonale pamiętam, że wszystkiego nam brakowało. Ubrania były przerabiane, reperowane, swetry prute i robione od nowa. Każda rzecz miała być trwała i funkcjonalna.

Jaka jest twoja wizja mody? Manifest artystyczny czy sztuka użytkowa? Moda fascynuje mnie jako globalne zjawisko estetyczne. To prawda, że od zawsze staram się łączyć modę ze sztuką, ale to raczej sztuka użytkowa podszyta dobrą filozofią. Moje kreacje są misterne i robione z pełną świadomością, dlatego mają trwały oraz ponadczasowy charakter. Jest we mnie spora doza krytycyzmu. Są rzeczy, których nie robię, gdyż uznaję, że są niepraktyczne lub bezużyteczne. Dlatego coraz częściej uciekam w świat sztuki, gdzie nie ma takich rygorystycznych zasad.

No właśnie! Na twoim fanpage’u można ostatnio dostrzec nową formę artystycznego wyrazu – ścienne tkaniny. Co to za projekty? Tkanina artystyczna to mój żywioł od lat. Zawsze podziwiałam sztukę Magdaleny Abakanowicz.

Mieszkam teraz wśród artystów. Moi sąsiedzi to graficy, rzeźbiarze i malarze. To sprowokowało mnie do powrotu do moich artystycznych korzeni. Wcześniej tkanina artystyczna stanowiła budulec moich kolekcji. Teraz stopniowo uwalniam ją od mody. Ten kierunek bardzo mi odpowiada, pozwala na większą wolność ekspresji. Ścinki tkanin i nitki traktuję jak pociągnięcia pędzlem po płótnie. Moje obrazy uzupełniam rysunkami wyszytymi na maszynie. Niedawno wystawiałam moje tkaniny w galerii w Lille, gdzie spotkały się z pozytywnym odbiorem. Od przyszłego roku będą one w regularnej sprzedaży w galerii w Roubaix.

Twoja twórczość w naturalny sposób przywołuje skojarzenia z Vivienne Westwood. Czy do dobry trop? Kto cię inspiruje? Kiedy dorastałam, moimi idolami byli Jean-Paul Gaultier i Christian Lacroix. Oglądając ich pokazy, marzyłam o Paryżu i o wielkiej modzie, pełnej kolorowych piór i fajerwerków. Gdy przyjechałam do Paryża w 1992 r., odkryłam projekty Martina Margieli i moja wizja mody diametralnie się zmieniła. Stworzyłam swój własny styl z połączenia tej margielowskiej recyklingowej prostoty i zdobniczo-malarskiego szyku Lacroix.

Cenię Vivienne Westwood. Niedawno przeczytałam jej biografię Iana Kelly’ego i dowiedziałam się, że przez wiele lat pracowała jako nauczycielka, by utrzymać rodzinę i sklep na King’s Road. Jestem pod wrażeniem jej determinacji i pracowitości. Myślę, że to, co mnie z nią łączy, to odwaga i samodzielne podążanie do celu oraz krytyczny stosunek do konsumpcyjnego stylu życia.

Kto jest odbiorcą twojej sztuki, dla kogo tworzysz? Moje kreacje trafiają do bardzo różnych klientów. Łączy ich tzw. artystyczna dusza. Bez względu na uprawiany zawód czy status społeczny moje klientki są zwykle osobami o wyrobionej wrażliwości estetycznej, prawdziwe koneserki. To nie jest szybka moda sezonowa. Najczęściej klientki pozostają mi wierne i kolekcjonują moje ubiory od lat. Mam kilka takich pań, które czasem pojawiają się w jakiejś bardzo dawnej kreacji i jest mi wtedy niezwykle przyjemnie, bo widzę, że traktują te rzeczy wyjątkowo.

Pochodzisz z Wodzisławia Śląskiego. Opowiedz o swoich artystycznych początkach. Moda i krawiectwo pojawiły się w moim życiu dzięki mamie – krawcowej, która kiedyś ubierała pół Wodzisławia. Obserwowałam ją przy pracy, brałam udział w przymiarkach. Przeglądałam kolorowe żurnale. Zbierałam ścinki tkanin. Już wtedy lubiłam z nich robić małe obrazy-patchworki, szyte w całości ręcznie. Maszyna wtedy jeszcze była na wyłączność mojej mamy.

Te dziecięce zabawy wykiełkowały, kiedy robiłam dyplom z konserwacji rzeźby w krakowskim liceum plastycznym. Wtedy zrozumiałam, że to nie rzeźba ani malarstwo, ale krawiectwo stanie się moją sztuką. Po prostu.
fot. Olga Skoczylas

Masz plany zawodowe związane ze Śląskiem? Jak tylko mogę, odwiedzam znajome kąty. Niedawno dostałam propozycję stworzenia kostiumów dla zespołu śpiewaczego ze Śląska. Wcześniej miałam kilka projektów artystycznych związanych z tym regionem. W kwietniu 2014 r. Kaya Kołodziejczyk zaprosiła mnie do pracy przy „Legendach” – spektaklu Bytomskiego Teatru Tańca i Ruchu Rozbark. Tego samego roku zrobiłam kostiumy do „Back to the roots” Marleny Hermanowicz wraz z tancerzami Teatru Bezpańskiego z Rudy Śląskiej.

Czy w twojej twórczości można odnaleźć inspiracje Śląskiem? Inspiracje Śląskiem występują głównie w „Legendach”, dla których źródłem była książka „Nowe legendy miejskie. Śląsk”. Tutaj w trakcie pracy nad kostiumami, oprócz tekstu książki zawierającego dość zaskakujące historie napisane przez dzieci, zainspirowała mnie bytomska ulica. Nie znałam wcześniej Bytomia. Kiedy zaczęłam chodzić po bytomskich lumpeksach, by znaleźć materiały na kostiumy, obserwowałam, jak ludzie są ubrani na ulicy. To wszystko później zamieszkało w mojej wyobraźni. Faceci w dresach z wielkimi napisami i dziewczyny w kolorowych miniówkach i legginsach zamienili się w superbohaterów i kosmitów.

Za drugi projekt inspirowany Śląskiem można uznać niektóre kostiumy do spektaklu „Audycja V” Andrzeja Krzanowskiego, do którego znów zaprosiła mnie Kaya Kołodziejczyk. Suknia jednej z tancerek miała być jak bryła węgla.

A twoje prywatne śląskie fascynacje? Jako dziecko często spędzałam wakacje u babci w Janowie – dzielnicy Katowic. Pamiętam, że bardzo mi się podobały codzienne wyprawy na Nikisz albo do piekarni naprzeciwko szybu Wilsona. Zapach tego chleba pamiętam do dziś. Ciemne, prawie czarne ceglane mury familoków kontrastujące z białymi firankami w soczysto czerwonych ramach okien mocno utrwaliły się w mojej wyobraźni. Uwielbiam ten motyw. Cegły drukowałam na spódnicach, a heklowane firanki przerabiałam na koronkowe bluzki. Szukanie skarbów w hasioku i inne tego typu zabawy wpłynęły na moje fascynacje materiałami śmieciowymi. Stąd te wszystkie trashowo-punkowe klimaty.

Zostałaś doceniona w Paryżu, Nowym Jorku czy Tokio. W którym z tych miejsc najlepiej odnajdujesz się jako artystka? Tak naprawdę w każdym miejscu, w którym przebywam, odnajduję się jako artystka. Jestem ciekawa świata i lubię podróżować. Najbardziej związana jestem z Paryżem, bo dał mi niesamowitą szansę na realizację moich marzeń. Tokio to była wspaniała przygoda, niezwykle inspirująca i szalona. Trochę za tym tęsknię. Jednak jako artystka czuję się spełniona tu, gdzie jestem teraz, czyli w Roubaix.

Dlaczego Roubaix? Co sprawiło, że osiedliłaś się na granicy francusko-belgijskiej? Latem 1992 r. po nieudanym starcie na projektowanie mody w Łodzi postanowiłam pojechać i spróbować szczęścia nad Sekwaną. No i udało się! Moje marzenie się spełniło. Od tamtego czasu w Paryżu wiele się zmieniło, zwłaszcza po kryzysie gospodarczym z 2007 r. To już nie jest to samo miasto. Moje życie w Paryżu stało się uciążliwe i zbyt drogie. Szukałam jakiegoś nowego miejsca. Kilkakrotnie odwiedzałam Lille na północy Francji i zauroczyła mnie atmosfera tego miasta. Poszłam tym tropem i nawiązałam współpracę z concept store’em ulokowanym w dawnej fabryce w Roubaix, sąsiadującym z Lille.

Sklep ten działa jak spółdzielnia. Każdy twórca, a jest ich ponad 50, ma za zadanie prowadzić sklep jako sprzedawca według ustalonego kalendarium. Wszystkie zadania i koszty są równo podzielone. Taki system pracy bardzo mi się spodobał. Przyjechałam więc do Roubaix z moimi kreacjami i wynajęłam tu stoisko, angażując się coraz bardziej w życie społeczności artystycznej. Poznałam wiele ciekawych osób i – wciąż szukając lokum – trafiłam na trop mieszkania-pracowni w pofabrycznym lofcie. Pojawiła się perspektywa powiększenia mojej przestrzeni twórczej i to był dla mnie impuls do przeprowadzki. Ogródek-taras na dachu mojej pracowni dopełnia przekonanie o trafności decyzji. Jest to miejsce, gdzie po pracy mogę zregenerować siły i inspirować się naturą.

Opowiedz o tym mieście. Od kilku lat poznaję je coraz lepiej i coraz bardziej czuję się u siebie. Roubaix ma bogatą tradycję włókienniczą. To mnie bardzo inspiruje. Zaproszona do współpracy przez muzeum Manufacture des Flandres, prowadzę minikonferencje artystyczne w otoczeniu starych maszyn tkackich. Ceglana architektura dzielnicy robotniczej przypomina mi trochę Bytom lub Nikiszowiec. Stare fabryki stały się pracowniami artystów, tętnią życiem kulturalnym. Targi mody, koncerty i wystawy w przestrzeniach pofabrycznych nadają rytm.

Roubaix promuje styl życia „zero waste” i wspiera recykling, co daje mi duże pole działania. Regularnie prowadzę zajęcia z kreatywnego przerabiania ubrań i plastikowych opakowań. Miasto połączone jest liną metra z Lille, a stamtąd pociągiem do Paryża czy Londynu w godzinę. Bliskość granicy belgijskiej otworzyła mi nowe perspektywy rynkowe. Stąd do Brukseli na targi projektantów dojeżdżam w 35 minut pociągiem TGV.

Przeprowadzka na północ Francji, dość paradoksalnie, zbliżyła mnie też do Śląska. Dowiedziałam się, że dawniej na tych terenach osiedlali się górnicy z Polski. Liczba polsko brzmiących nazwisk w tych stronach jest zaskakująca. Teraz kopalni już tu nie ma, ale kiedy jedzie się w stronę Lille, widać porośnięte zielenią hałdy.

Co z modą? Masz już pomysły na kolejne realizacje? Pomysłów mi nie brakuje. Nie wszystkie mam okazję zrealizować od razu, ale staram się. Są rzeczy, do których wracam naprawdę niespodziewanie po długim okresie. To takie projekty dojrzewające, wymagające czasu i przygotowania. W marcu tego roku pokazałam w Roubaix minikolekcję „Femme sauvage”. Ostatnio szyję cały czas dla sklepu Le Grand Bassin w Roubaix, bo to przynosi zyski. Mam też regularne zamówienia ze sklepów za granicą. Wtedy cała moja uwaga skupiona jest na jak najlepszym przygotowaniu zamówionych modeli. Jednym z takich punktów sprzedaży jest sklep Wsiura w Berlinie, założony przez moich kolegów Grześka i Dawida.

Wśród tegorocznych osiągnięć są też dwie wystawy modowe, w których biorę udział. W marcu inaugurowano „Dentelle etc.” w Muzeum Mody i Koronki w Calais. Wystawa trwa cały rok i prezentuje wybrane dzieła twórców z północnej Francji. We wrześniu otwarto w muzeum La Manufacture w Roubaix wystawę „Parures. Pieces d’art à porter” prezentującą wyroby 50 projektantów z całego świata. Ekspozycja potrwa do końca października, a następnie będzie podróżowała do innych miejsc.

tekst: Marta Ochman | zdjęcie: Fred Collier, Ville de Calais
ultramaryna, październik 2019




Projekty Pauliny Plizgi:









KOMENTARZE:

nie ma jeszcze żadnych wypowiedzi....


SKOMENTUJ:
imię/nick:
e-mail (opcjonalnie):
wypowiedz się:
wpisz poniżej dzień tygodnia zaczynający się na literę s:
teksty
PAULINA PLIZGA: Od wodzisławskiego hasioka po paryskie trash couture
Tworzyła recyclart, zanim to było modne, choć nie chce definiować swoich projektów przez pryzmat trendów. Kiedy w... >>>

BARTOSZ PILAWSKI: Granice nie istnieją
W 2017 roku pokazał swoją pierwszą kolekcję. Dziś projektant i założyciel marki Pilawski ma za sobą prezentację w... >>>
komentarze: 1

JERZY JAN POŁOŃSKI: Nie pytaj mnie o cyrk
Obejmujący we wrześniu scenę Teatru Miejskiego w Gliwicach Jerzy Jan Połoński znany jest z tego, że nieignorującym... >>>

BARBARA RUPIK: Malarstwo zaklęte w filmie
Spośród ok. 2 tys. zgłoszeń prezentujących dorobek 366 szkół filmowych z całego świata do tegorocznego konkursu... >>>

ŚLĄSCY FREEGANIE: Nie konsumują życia. Żyją je.
Ile jedzenia wyrzucamy? Ile niepotrzebnych rzeczy kupujemy? Najpierw cyfry, które przemawiają do wyobraźni: wyprod... >>>
komentarze: 1

ANIA SUNDSTROM: Niepoważne instrumenty, poważne tematy
Ania Sundstrom w rodzinnym Bytomiu pojawia się rzadko, bo czas dzieli między muzykologiczne konferencje na całym świ... >>>
po imprezie
Ostatnio dodane | Ostatnio skomentowane
Upper Festival 2019
5.09.2019
Fest Festival 2019
26.08.2019
Off Festival 2019
9.08.2019
Festiwal Tauron Nowa Muzyka 2019
27.06.2019
Off Festival 2018
10.08.2018
Podziel się z resztą świata swoimi uwagami, zdjęciami, filmami po imprezach.
o nas | kontakt | reklama | magazyn | zgłoś błąd na stronie | © Ultramaryna 2001-2019, wszystkie prawa zastrzeżone