Ta strona używa plików cookies.
Polityka Prywatności    Jak wyłączyć cookies?
AKCEPTUJĘ
piątek 20.09.19

START
LOKALE
FORUM
BLOGI
zgłoś imprezę   
  ultramaryna.pl  web 
JERZY JAN POŁOŃSKI: Nie pytaj mnie o cyrk

Obejmujący we wrześniu scenę Teatru Miejskiego w Gliwicach Jerzy Jan Połoński znany jest z tego, że nieignorującym dorosłych teatrem dla dzieci zajął się na długo przed tym, zanim stało się to modne. Zresztą właśnie świetna zeszłoroczna adaptacja „Dzieci z Bullerbyn” stała się jego przepustką na gliwicką scenę.

Jest szalenie pracowity (ponoć wyreżyserował sześć spektakli w jednym roku) i energiczny, chociaż chwilami popada w nostalgię, wspominając dzieciństwo ubarwione zajęciami w katowickim teatrze Gart i żartami brata Dominika, który wyrósł na wiolonczelistę-wirtuoza koncertującego niemal do końca życia na przekór wyniszczającej go chorobie.

Jerzy nie stroni też od eksperymentów. Gdy wciąż jeszcze echem odbijały się dyskusje o jego krakowskiej „Operze za trzy grosze” zrealizowanej w cyrkowej scenografii, on już prowadził próby do poznańskiego „Pippina” – musicalu o królewiczu uciekającym z dworu do cyrkowego namiotu.

Ultramaryna: Jakie są plany Teatru Miejskiego w Gliwicach pod twoją dyrekcją?

Jerzy Jan Połoński: Sytuacja jest dynamiczna. Misję artystycznego wykreowania tego teatru otrzymał i przez trzy lata realizował Łukasz Czuj. Od tego sezonu dyrektor Grzegorz Krawczyk postanowił powierzyć artystyczne zarządzanie zespołem Teatru Miejskiego mnie i otworzenie go na nowe aspekty.

O jakich aspektach mówisz? O rozrywce – szeroko rozumianej: spektaklach komediowych, muzycznych, jak i nawiązujących do klasyki filmowej. Oprócz tego chciałbym przedstawić ofertę dla całych rodzin – spektakle familijne, których z pewnością brakuje na dużej scenie Teatru Miejskiego.

Podasz jakieś tytuły? Nie wszystko mogę zdradzić, ale rozpoczynamy sezon „Plotką” Francisa Vebera w reżyserii Cezarego Ibera. Kojarzysz?

Jasne. Typowa lekka francuska intryga o sympatycznym looserze, który za radą sąsiada zaczyna udawać homoseksualistę. W Polsce była w dystrybucji adaptacja filmowa, no i kilka adaptacji teatralnych. Zresztą daleko nie szukając, jedna z nich osiem lat temu szła w Sosnowcu. Dla mnie to w gruncie rzeczy historia bardzo smutna.

No na pewno w kontekście narastającej w Polsce homofobii. Będziecie nawiązywać do tego problemu, czy po prostu zrobicie komedię o szczęśliwym miejscu i szczęśliwych czasach, w których prześladowca mniejszości seksualnych stanowił mizerną i żałosną mniejszość? Nie to było naszym celem. Szukaliśmy mądrej komedii i w ten sposób z Czarkiem Iberem wydedukowaliśmy „Plotkę”. Okazało się, że czasy, gdy homofobia była „śmieszna” już minęły. Teraz staje się groźna i nieobliczalna. Rzucanie w kogoś kamieniem tylko dlatego, że czuje i kocha inaczej, jest niedopuszczalne. Jeden z głównych bohaterów – zakładowy „wesołek” śmiejący się z gejów – jest tak naprawdę lustrem każdego społeczeństwa. Ile razy opowiadaliśmy sobie dowcipy o gejach? Wypowiadaliśmy ogólnikowe i jednocześnie ogromnie krzywdzące zdania? Myślę, że to jeden z tych tytułów, które pod przykrywką dobrej zabawy niosą jednak coś głębszego. Warto o tym rozmawiać.

Co po „Plotce”? Dwunastego grudnia o dziewiętnastej dwanaście będzie miała miejsce premiera „Dwunastu gniewnych ludzi” Reginalda Rose’a w reżyserii Adama Sajnuka.

I znów, w czasach wyniszczania sądownictwa muszę spytać, na ile ten spektakl będzie zanurzony we współczesności? Nie chcę wypowiadać się za twórców. Ale myślę, że każdy, kto choć raz widział spektakl Adama Sajnuka, wie, że nie oszczędzi on sobie możliwości wykrzyczenia swojego zdania na temat sprawiedliwości i ludzkich słabości. A na Sylwestra „Tuwim dla dorosłych”.

To już nie pytam. Tuwim, jak Gombrowicz, niestety wciąż aktualny sam z siebie… Myślimy również o autorskim spektaklu „Wampiry z Gliwic” w reżyserii Agaty Biziuk. A na zakończenie sezonu „Sen nocy letniej” Szekspira i… Artura Pałygi w reżyserii Pawła Passiniego.

Ekstra! Na ile znam Ślązaków, na tyle wiem, że Gliwicom potrzebny jest teatr – w dobrym tego słowa znaczeniu – mieszczański. To jest Teatr Miejski, a tkanka miejska składa się z różnych osobowości i warstw społecznych.

A co będzie twoim osobistym „spektaklem inauguracyjnym”? Uśmiejesz się. Przygotowując ten pierwszy sezon, zacząłem rozmawiać z artystami, których cenię, i raczej nikt nie odmawiał. Problem był tylko z dograniem terminów. Kiedy już wstępnie zaplanowałem dwa sezony, uświadomiłem sobie, że…

Zapomniałeś o sobie? Dokładnie.

Podziwu godna skromność. Ale zweryfikowałeś ten plan? Owszem.

Na rzecz? Jak wiesz, wywodzę się z teatru dla dzieci oraz teatru muzycznego, i się tego nie wstydzę. Dlatego przywitam się z publicznością spektaklami „Tuwim dla dzieci” i „Tuwim dla dorosłych”. A na wiosnę – „Przygody Tomka Sawyera”. Dla każdego!

Jak wyglądają konkrety w liczbach? Ile premier w roku planujesz? Dziesięć!

A ile z nich to przedstawienia dla dzieci? Cztery. W tym jedno na dużą scenę i, jeśli się uda, to jedno dla najnajów (czyli dzieci do trzeciego roku życia – przyp. red.). Co roku pojawi się też jeden tytuł z kategorii „eksperyment”. W tym roku Paweł Passini przygotuje swój spektakl w koprodukcji z wydziałem tańca AST w Bytomiu.

Pogadajmy o „Pippinie”. Znałeś ten tytuł, zanim padła propozycja z Poznania? Nie. Ale to o niczym nie świadczy, bo ja lubię musical, ale nie jestem psychofanem gatunku.

Podjąłeś się jednak tego wyzwania, ponieważ… To może zacznijmy od tego, że reżyserem zostałem troszkę przez przypadek. W 2004 r. wyreżyserowałem w Teatrze Dzieci Zagłębia w Będzinie rock-operę „Kopciuszek”, zaproszony tam przez mojego byłego profesora z PWST – Arkadiusza Klucznika. Z zawodu byłem aktorem. Po skończeniu szkoły grałem w Krakowie. Następnie związałem się Kabaretową Formacją Chatelet. Po czterech latach przeprowadziłem się do Warszawy, żeby chodzić na castingi i „robić karierę”. Ale zaczęły się pojawiać coraz częstsze propozycje reżyserskie i nagle się okazało, że na castingi już nie mam czasu.

Zresztą właściwie całe moje życie jest takim pasmem przypadków. Jak zaczynałem szkołę muzyczną, to najpierw kazano mi grać na fortepianie. Po jakimś czasie okazało się, że to nie jest instrument dla mnie, więc wybrałem sobie klarnet. Przyszedłem do pani dyrektor, usiadłem przed jej biurkiem. Pamiętam, że jadła w tym czasie kluski śląskie…

Czarne czy białe? Białe. I podczas gdy ja roztaczałem przed nią wizję kariery klarnecisty: że klarnecista z filharmonii już sprawdził mi zgryz, że mam duże wargi, że to podobno dobrze, że… ona wtrąca: „Nie, chłopcze, klarnecistę już mamy. Ty będziesz grał na trąbce”. I posprzątane. Dziesięć lat na tej trąbce grałem. Ale skończyłem liceum muzyczne i teraz bardzo mi się to przydaje, bo mogę usiąść z kierownikiem muzycznym i podyskutować o taktach, frazach, stylach czy nawet smyczkowaniu.

Dobra, rozumiem rolę interesujących zbiegów okoliczności w twoim życiorysie, ale przyznaj, że sytuacja, w której dostajesz propozycję wystawienia musicalu o królewiczu-cyrkowcu w chwili, gdy kończysz „Operę za trzy grosze” w cyrkowym entourage’u, to jednak niezła ironia losu. Nasz „Pippin” nie będzie się toczył w cyrku.

A od kiedy wiedziałeś, że „Opera…” będzie? Chyba od momentu, gdy zobaczyłem, że ktoś w teatrze powiesił sobie nad biurkiem kartkę z napisem: „Nie pytaj mnie, czy lubię cyrk. Ja w nim pracuję”. Teatr naprawdę jest cyrkiem. Sam się zacząłem zastanawiać, czy jestem treserem, czy zwierzęciem. Ale było też kilka innych chwil, gdy docierało do mnie, że to dobry trop. Na przykład gdy zauważyłem, że taka scenografia ma szansę się obronić w przestrzeni teatru Variété. Nie ukrywam też, że inspirowałem się filmem „Król rozrywki”.

No to wróćmy do twojej zawiłej biografii. Zostałeś lalkarzem z tego samego powodu „co wszyscy”? Tak. Nie przyjęli mnie na aktorstwo w Łodzi, bo podobno „mam małe, świńskie oczka, krzywe nogi i seplenię”.

Nie ma to jak merytoryczne wypowiedzi komisji kwalifikacyjnych! W Warszawie powiedziano mi wprost, że nie jestem w ich typie i że oczywiście mogę próbować zdawać za rok, ale za rok… też pewnie nie będę w ich typie. Rok wcześniej mój przyjaciel dostał się na wydział lalkowy, więc pojechałem go odwiedzić. Kiedy przyjechałem, akurat przygotowywał z kolegami etiudę animacyjną na plan lalkowy: z liści nawleczonych na sznurek animowali ogromnego ptaka. On naprawdę nad nimi latał! Stwierdziłem, że to jest zajebisty fach, złożyłem tam papiery i się dostałem. Zresztą podobno na drugiej pozycji.

Podobno? Wtedy się oficjalnie takich rzeczy nie mówiło. Po studiach trafiłem do Krakowa, a tam zaprosili mnie do współpracy chłopaki z kabaretu Chatelet. Raczej średnio mi się podobało to, co oni robili i tak sobie mnie to śmieszyło. Ale była to forma, w której chciałem się sprawdzić. Mnóstwo się tam nauczyłem, bo chłopcy byli naturszczykami, więc w konfrontacji z nimi musiałem zrzucić wiele masek nałożonych w szkole. Aż poczułem, że doszedłem do ściany i przestałem tam występować, a potem przez pół roku nie mogłem znaleźć pracy.

Pamiętam, że jechałem z żoną i wtedy małym dzieckiem na zakupy, jakoś się z nimi zagadałem i wjechałem komuś w zadek. Podjechaliśmy do bankomatu, wyjąłem i oddałem tamtemu kierowcy ostatnie 300 złotych, po czym usiadłem na krawężniku i zacząłem płakać. Ale potem trafił mi się serial („Trzy po trzy – numery z kwatery” – przyp. red.) i wiele innych projektów, więc wiem, że trzeba podejmować ryzyko. I teraz też je podjąłem.

Co w dyrektorowaniu jest takiego ryzykownego? W tej chwili jestem w tej komfortowej sytuacji, że praca mnie szuka, więc ze względu na gliwickie plany musiałem z kilku propozycji zrezygnować. Chcesz wiedzieć, czemu się zdecydowałem? Co mnie w tej perspektywie najbardziej kręci?

Bardzo. Brakuje mi zespołowości – możliwości bycia częścią większej grupy. Brakuje mi pracy wśród ludzi, którzy przez dłuższy czas robią coś razem i których się kocha. Bo dyrektor musi kochać swój zespół. Zostało mi to jeszcze z czasów, gdy w liceum chodziłem do katowickiego teatru Gart w Pałacu Młodzieży. I tęsknię za wspólnotą ludzi, którzy razem spali, jedli, za przeproszeniem srali, kochali się, nienawidzili, ale przede wszystkim uprawiali sztukę. Namiastkę tego miałem będąc dyrektorem artystycznym Teatru Maska w Rzeszowie.

Myślisz, że jeszcze gdzieś istnieje taka artystyczna komuna? W Teatrze Witkacego chyba nie jest z tym najgorzej. Ale najsilniej odczułem to na Słowacji.

To opowiedz, jak ci się tam reżyserowało musical o Janie Pawle II. O ile u nas reżyser musicalu jest kimś bardzo ważnym, o tyle tam jest mniej istotną postacią. Za autora musicalu uznaje się kompozytora. Nawet miałem na tym tle ostrą scysję z takim ichniejszym Rubikiem. Zrobił mi karczemną awanturę o to, że przestawiłem jeden utwór, „Piosenkę matki”. Miał być utworem czwartym, a ustawiłem go w miejscu dziesiątym. On pyta: „Jakim prawem?”, ja odpowiadam: „Bo tak lepiej pasuje dramaturgicznie”. „Ale niszczysz moją muzykę!”.

Zgodził się w końcu? Tak, ale naprawdę dużo czasu mnie to kosztowało.

Jest jakiś tytuł, o którego realizacji marzysz? Na ironię, kiedy realizowałem te tytuły, o których marzyłem, to powstałe z nich przedstawienia nie miały szczęścia, więc nauczyłem się nie mieć marzeń, tylko zadania.

Aż chce się zacytować: „To nie jest postawa artystyczna”. Nie uważam się za artystę. Raczej za rzemieślnika. Wiem, co mówię, bo się z takim prawdziwym artystą wychowałem. Widziałem, jak Dominik dojrzewa, jak zaczyna się spajać ze swoją wiolonczelą, jak zaczyna tym żyć. On mógł ćwiczyć osiem godzin, żeby osiągnąć jakiś konkretny dźwięk. I na tym polega ta różnica – on godzinami walczył o to, żeby dźwięk wibrował 13 sekund dłużej, a ja wolałem grać w piłkę. To dlatego artyści stają się ludźmi, którzy na nowo nazywają świat. Ja raczej nie mam takich ambicji… No dobra – bardzo chciałbym wyreżyserować „Avenue Q”, ale przez najbliższe dwa sezony nie będzie to możliwe.

Skoro już rozmawiamy o twojej rodzinie, to przeskoczmy jedno pokolenie. Niedawno widziałam twój „Dzień dziecka”, który jest doskonałą ilustracją 11. przykazania twórców parających się teatrem dla dzieci, to znaczy: „Pamiętaj, abyś tworząc dla dzieci, nie zanudził rodziców”. Ale zawsze tak robię! Trzeba być niemądrym, żeby dzisiaj robić spektakle tylko dla dzieci. Zresztą generalnie staram się robić takie przedstawienia, jakie sam chciałbym oglądać. Dlatego największym komplementem jest, nie to gdy ktoś mówi: „Jaki fajny spektakl”, tylko: „Jak ja bym chciał w tym zagrać”. Coś takiego naprawdę uskrzydla.

…no więc oglądam sobie to przedstawienie, od którego ani dzieciom, ani dorosłym nie grozi uwiąd intelektu, i zastanawiam się, czy takie rzeczy powstają w wyniku eksperymentów na ludziach (najmłodszych)? Innymi słowy: czy inspirujesz się zachowaniem swoich synów? Uważasz ich za adresatów swojej twórczości? Testujesz na nich jakieś rozwiązania? Nie, raczej nie. Na pewno nie zabieram ich na próby i niczego na nich nie testuję. Nie muszę, bo sam mam w sobie wewnętrzne dziecko, może nawet mam go w sobie za dużo.

Choć z drugiej strony profesor Szydłowski powiedział mi na drugim roku: „Jerzyku, ty masz w sobie tyle z dziecka. Proszę cię, rób wszystko, żeby to utrzymać jak najdłużej”, więc się staram, co chyba widać w moim podejściu do tego zawodu. Dzieciom naprawdę niewiele trzeba do radości. Często wystarczy sama obecność, więc też się cieszę z małych rzeczy. Zresztą tym tropem zrealizowaliśmy „Dzieci z Bullerbyn” w Gliwicach.

To znaczy? Tam jest piękna zabawa formą. Z pięciu rekwizytów na krzyż aktorzy wyczarowują godzinne przedstawienie. Zauważyłem interesującą prawidłowość: dorośli rzadko podłapują śmiech od dzieci, ale dzieci zawsze łapią śmiech od dorosłych. Jak zaczniesz się przy dziecku śmiać, to ono też się zacznie śmiać, bo przecież tata się śmieje. I jeszcze coś: jak się tata śmieje, to sztuka jest od razu lepsza. Od razu urasta do wyższego poziomu, bo się na niej nie bawię sam, tylko to jest tak dobra sztuka, że tata też się na niej bawi. Ale większość z tych zasad obowiązuje również w teatrze adresowanym do dorosłej widowni.

Pokłóciłabym się. Uważam, że tak jak spektakle dla dzieci powinny być atrakcyjne również dla dorosłych, tak i spektakle dla dorosłych powinny docierać do różnych grup widzów. Posłużę się przykładem „Opery…”, bo akurat mam ją na świeżo. Dużo na ten temat rozmawialiśmy z aktorami i zrobiliśmy wszystko, żeby był to spektakl atrakcyjny zarówno dla widzów, którym chce się szperać w znaczeniach, pomysłach oraz symbolach, i może nawet oglądać go po kilka razy; jak i dla tych, dla których będzie to historyjka o panu, który zakochał się w pani, potem ta pani go zdradziła i o mały włos go nie powiesili, a może nawet go powiesili, bo to już jest trochę skomplikowane.

Ale czekaj, faktycznie ostatnio zabrałem chłopaków na „Operę…”.

Z jakim efektem? Zadowalającym. Szczerze mi powiedzieli, co im się podobało, a co nie. Odetchnąłem z ulgą, bo w obu przypadkach się z nimi zgadzałem, a ten drugi nie do końca był moją winą. Zresztą z sukcesami jest tak samo. „Dzień dziecka” tak dobrze wyszedł, bo i tekst fajny, i Marcin Partyka zrobił dobrą muzykę, i jeszcze do tego przestrzeń Teatru Rampa zmusiła nas do ciekawych pomysłów, więc poszliśmy tropem mojego dzieciństwa za komuny, kiedy w pokojach dziecięcych stały meblościanki.

Będziecie tam jeszcze coś robić? Tak. Też do tekstu Tomka Jachimka, ale tym razem to będzie spektakl dla dorosłych. Dramat miał roboczy tytuł „Czy na pewno chcesz, żeby twoje dziecko zostało aktorem?”, ale ostatecznie zdecydowaliśmy się na „Na wschód od Hollywood”. Zresztą to ja zainspirowałem Tomka do jego napisania.

Brzmi intrygująco. Będzie o tym, czego nie widać. Wszystkim się wydaje, że teatr to jest magiczne miejsce, a przecież tam zawsze się znajdzie kilka toposowych postaci: aktor maruda, który stale wieszczy klapę; księgowa, która ciągle pyta, kto na to kupi bilety; kochanka dyrektora, która dostaje role z wiadomo jakiego klucza, itp. No i oczywiście w całym teatrze najważniejsza jest bufetowa. I wtedy w ten sos wpada młody chłopak z jeszcze gorącą głową, mnóstwem marzeń i… na razie wystarczy spojlerów.

Myślę, że z tego materiału może wyjść coś zabawnego. Choć w gruncie rzeczy to jest naprawdę smutne. Jak mnie pytają, czy żałuję, że nie gram, to mówię, że tak. Bo mi tego brakuje i chyba nie jestem w tym zły. Ale uwierz mi, to jest koszmarnie ch**owy i bardzo niewdzięczny zawód. Najważniejsze jest to, że my, ludzie teatru, mamy świadomość, że taki jest, a mimo to go kochamy. Bo „teatr jest po to, aby wszystko było inne niż dotąd”.

Dobra, ostatnie podsumowanie i kończymy rozmowę. Podobają mi się ambitne założenia twojego programu i zakładana w nim różnorodność. Kusi jednak, żeby pogrzebać patykiem w tym na razie wirtualnym mrowisku i spytać, czy – skoro zakładasz, że ważnym jego elementem ma być lokalność – nie boisz się, że się na tym temacie potkniesz, równie boleśnie jak twój poprzednik? Czemu miałbym się bać?

Bo zanim cała Polska zachwyciła się „Najmrodzkim”, zdarzył się „Dom spokojnej młodości” – najsłabszy spektakl za dyrekcji Czuja zarówno pod względem artystycznym, jak i wizerunkowym. Ale ja nie będę od tego zaczynał! W ogóle nie rozumiem, jak można było zacząć od mówienia gliwiczanom, kim są. Jak by mnie teraz ktoś spytał, jaka jest gliwicka publiczność, to chyba bym go wyśmiał. Dopiero po roku w „Masce” (Połoński kierował Teatrem Maska w latach 2015-2016 – przyp. red.) mogłem coś powiedzieć o rzeszowskiej publiczności. I teraz też daję sobie czas. A zresztą nie tylko „Najmrodzki” jest dowodem, że warto drążyć te lokalne tematy.

A co jeszcze? Na przykład „Drach” w Teatrze Śląskim. To dziwny spektakl, ale mnie się bardzo podobał, choć wiem, że jestem w mniejszości. Odpowiada mi ten styl opowiadania, albo nawet opowiadactwa. Oczywiście ma trudną konstrukcję, wymagającą skakania z tematu na temat – jedno zdanie jest z teraźniejszości, a następne np. z lat 30. Jeśli ktoś nie jest na tę łamigłówkę przygotowany, to szybko się irytuje. Tak było z moim ojcem. On stwierdził, że to jest nieudane, bo nie ma cierpliwości, żeby przez godzinę…

…czekać na puentę. Dokładnie. I to dlatego niektórzy ludzie mocno to przedstawienie negują. A ja, kiedy je oglądałem, zdałem sobie sprawę, że śląskość jest wielkim darem i olbrzymim brzemieniem. Mieszkałem tu przez wiele lat i jakoś tego nie zauważyłem, chociaż ją zawsze gloryfikowałem.

W jaki sposób? Zawsze imponowała mi ta mieszanina szczerości, otwartości i twardości. Ostatnio spędzałem z żoną wakacje w Turcji razem z grupą ze Śląska. Mnie, jako katowiczanina, zaakceptowali od razu, ale Kamila musiała sobie „zasłużyć”. Dopiero po czterech dniach usłyszała „A tyś to już jest dziołcha, nasza”. Chyba dlatego się nie zadomowiłem we Wrocławiu i nie zostałem tam po studiach, mimo że miałem propozycję pracy, bo nie mogłem przeskoczyć tej swojej przybranej śląskości.

Przybranej? No tak. Wychowałem się tutaj, ale korzenie mam jednak outsiderskie. Był kiedyś taki tłumacz i scenarzysta, Zbigniew Batko, który popełnił dwie własne książki: „Z powrotem, czyli fatalne skutki niewłaściwych lektur” i „Oko”. W pierwszej z nich Zielony Koń mówi: „Jest się tym, czym się czuje, że się jest”. Ja się czuję Ślązakiem i całe życie będę się nim czuł. Taka prawda.

Ultramarynowym okiem
Do programu Połońskiego trudno się przyczepić. Jest w nim właśnie to, co powinno się znaleźć w repertuarze: nowoczesne przedstawienia dla dzieci, niegłupie spektakle dla dorosłych i gorące nazwiska na liście realizatorów.

Najbardziej jednak nęci nas miła teatralnym freakom obietnica spektakli dla wymagającej widowni. Właśnie tych „eksperymentów” będziemy wyczekiwać z największą niecierpliwością.

tekst: Pola Sobaś-Mikołajczyk | zdjęcia: Paweł Dziepak, Grzegorz Gołębiowski, archiwum J. Połońskiego
ultramaryna, wrzesień 2019








KOMENTARZE:

nie ma jeszcze żadnych wypowiedzi....


SKOMENTUJ:
imię/nick:
e-mail (opcjonalnie):
wypowiedz się:
wpisz poniżej dzień tygodnia zaczynający się na literę s:
teksty
JERZY JAN POŁOŃSKI: Nie pytaj mnie o cyrk
Obejmujący we wrześniu scenę Teatru Miejskiego w Gliwicach Jerzy Jan Połoński znany jest z tego, że nieignorującym... >>>

BARBARA RUPIK: Malarstwo zaklęte w filmie
Spośród ok. 2 tys. zgłoszeń prezentujących dorobek 366 szkół filmowych z całego świata do tegorocznego konkursu... >>>

ŚLĄSCY FREEGANIE: Nie konsumują życia. Żyją je.
Ile jedzenia wyrzucamy? Ile niepotrzebnych rzeczy kupujemy? Najpierw cyfry, które przemawiają do wyobraźni: wyprod... >>>
komentarze: 1

ANIA SUNDSTROM: Niepoważne instrumenty, poważne tematy
Ania Sundstrom w rodzinnym Bytomiu pojawia się rzadko, bo czas dzieli między muzykologiczne konferencje na całym świ... >>>

PAWEŁ KULCZYŃSKI: Rozmowa przy pierwszej kawie
Lautbild, Tropajn, Wilhelm Bras – nazwy kojarzące się z ciągłym poszukiwaniem nowych środków muzycznego wyrazu... >>>

KATARZYNA WITERSCHEIM: Śląsk na różowo
Trudno się nie zdziwić, gdy jedną z najciekawszych opowieści o historii Górnego Śląska, doskonale obrazującą tygiel... >>>
po imprezie
Ostatnio dodane | Ostatnio skomentowane
Upper Festival 2019
5.09.2019
Fest Festival 2019
26.08.2019
Off Festival 2019
9.08.2019
Festiwal Tauron Nowa Muzyka 2019
27.06.2019
Off Festival 2018
10.08.2018
Podziel się z resztą świata swoimi uwagami, zdjęciami, filmami po imprezach.
o nas | kontakt | reklama | magazyn | zgłoś błąd na stronie | © Ultramaryna 2001-2019, wszystkie prawa zastrzeżone