Serwis Ultramaryna używa plików cookies. Odwiedzając nasze strony akceptujesz otrzymywanie cookies (ciasteczek). Warunki dostępu do plików cookies możesz określić w swojej przeglądarce.

ZAMKNIJ

Ultramaryna | BOGNA BURSKA: Majstrowanie na peryferiach świadomości
sobota 27.05.17

START
LOKALE
FORUM
BLOGI
zgłoś imprezę   
  ultramaryna.pl  web 
BOGNA BURSKA: Majstrowanie na peryferiach świadomości

Istnieją artyści, których twórczość opiera się na inteligentnej prowokacji. Świadomie manipulują oni percepcją odbiorcy, godzą w tradycyjny ogląd piękna i dotykają problemów, o jakich wiele osób wolałoby zapomnieć przekraczając próg galerii. Tacy artyści są wyzwaniem zarówno dla widza, jak i kuratorów galerii – bowiem przypominają o pewnej fundamentalnej kwestii: sztuka straciła swoją utylitarną funkcję. Nie powinniśmy szukać w niej zmysłowych przyjemności, lecz artystycznej prawdy. A ta bywa często bolesna.

Taką artystką jest Bogna Burska – jedno z ciekawszych objawień na polskiej scenie artystycznej ostatnich lat. Urodzona w 1974 roku artystka ukończyła Pracownię Malarstwa prof. Leona Tarasewicza. Bogna maluje rękoma rozsmarowując krwistoczerwoną farbę na białych ścianach, płótnie i szkle, fotografuje gojące się rany, by skonfrontować je z kwitnącymi kwiatami, aranżuje sceny zbrodni – dotyka spychanej do podświadomości sfery ludzkich obaw i niezdrowej ciekawości. Jej twórczość jest konsekwentna i inspirująca – dla cierpliwego odbiorcy jej obrazy, zdjęcia i instalacje stanowią znakomitą intelektualną i, o dziwo, estetyczną pożywkę. W grudniu Bogna pokaże swoje prace w gliwickiej galerii CO2 – nowym ośrodku Stowarzyszenia Integracji Kulturalnej Cross Over.

Ultramaryna: Co jest według ciebie większym zagrożeniem: głupota artysty czy głupota widza?
Bogna Burska: Głupi artysta to w moim pojęciu artysta, który nie potrafi zrobić interesujących prac. Wtedy należy również zastanawiać się czy w ogóle jest on artystą. Głupia publiczność to rzeczywiście zagrożenie. Tyle, że nie wiem, czy mówiąc to nie pozwalamy sobie zbyt łatwo na arogancję. To wygodna droga. Czasem jestem zła i w moim mózgu lęgną się same inwektywy pod adresem publiczności. Tak naprawdę sądzę, że stan umysłu publiczności jest pochodną "anty-artystycznej" kampanii medialno-politycznej i aartystycznej edukacji.

Niedawno widziałem talk-show w którym obok m.in. ministra Dąbrowskiego, Stuhra i Osęki wystąpiła Dorota Nieznalską. Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że nie potrafi wytłumaczyć, o co chodziło w jej "Pasji" [po pokazaniu tej pracy artystce wytoczono proces za obrazę uczuć religijnych – przyp. red.]. To było żenujące, wyświadczyła niedźwiedzią przysługę sztuce w Polsce, która i tak ma ostatnio złą passę. Poznałam Dorotę, nie jest głupia. Nie widziałam tego programu, podejrzewam, że po prostu nie potrafi mówić, nie ma werbalnego daru. Myślę, że mówienie o sztuce nie jest obowiązkiem artystów. Artyści zajmujący się sztukami wizualnymi mają, rzecz oczywista, umieć posługiwać się językiem wizualnym. Jeśli do tego potrafią pięknie mówić czy pisać, to świetnie. Jeśli jednak nie potrafią, a wiele polskich sław nie potrafi, nie trzeba tego od nich wymagać. Gdy artystka zrobi pracę, która coś komunikuje, to samo w sobie oznacza, że wie co robi. Taka artystka nie jest głupia, ona wybrała tylko właściwą sobie płaszczyznę komunikacji. Chociaż w takiej sytuacji nie powinna przyjmować zaproszenia do studia.

Ustosunkuj się do opinii: Bogna Burska jest epigonką sztuki krytycznej. To ostatnia chwila żeby przejąć schedę po Kozyrze, Liberze i Żmijewskim i ona tą szansę wykorzystała. Będę szczera, wolę inne zdanie, Zbigniewa Libery: Bogna Burska jest jedną z niewielu artystek/artystów młodego pokolenia, którzy potrafili wyciągnąć twórczo wnioski z dorobku sztuki krytycznej. Dodam od siebie, że sztuka krytyczna nie zajmowała się problemami estetycznymi, a ja zajmuję się również nimi. Malarstwo też nie było jej domeną. Może warto przypomnieć, że studiowałam w pracowni klasyka polskiego malarstwa - u Leona Tarasewicza, który był i jest nadal osobą udzielającą mi ogromnego wsparcia. Jeśli można powiedzieć, że moja sztuka jest sztuką krytyczną, to jest to już inna sztuka krytyczna, zawierająca w sobie nowe aspekty. Ale bez wątpienia Kozyra, Libera i Żmijewski to artyści dla mnie ważni - jak zajmować się cielesnością i jej percepcją nie odrobiwszy tej lekcji?

Czy polska sztuka jest chora? Myślę sobie, że sztuka z natury jest trochę chora, ponieważ zdrowiem nazywamy stan normy, samozadowolenia, stan, w którym wszystko jest na miejscu i nic zmieniać nie trzeba, a sztuka ma zwyczaj majstrować na peryferiach świadomości. W potocznym słowniku takie zachowanie nazywane jest niezdrowym. Jeden znany mi artysta mówi o uprawianiu sztuki, byciu artystą: To na pewno nie ma nic wspólnego ze zdrowiem. Trochę oczywiście przesadza. A serio mówiąc, to nie wiem dobrze o co ci chodzi.

Chodzi mi o jej kondycję instytucjonalno-personalną, możliwość rozwoju, promocji, konflikty, knowania... No cóż, rzeczywiście bywa różnie. Co można powiedzieć o miejscu, w którym ciąga się artystów po sądach? Nie ma państwowych pieniędzy na sztukę, a póki nie będzie muzeum sztuki współczesnej, nie będzie też rynku sztuki. Jest mało galerii, więc dominują te, które są, co nieuchronnie prowadzi do konfliktów. Świat sztuki jest mały i bez wątpienia podzielony, ale można w nim też znaleźć przyjaciół. Żeby się sztuką zajmować, a co za tym idzie - rozwijać, trzeba być bardzo upartym.

Porozmawiajmy o twoim malarstwie. Czy na twoje prace miały wpływ działania akcjonistów wiedeńskich? Mam tu na myśli chociażby "teatr misteryjno-orgiastyczny" Hermanna Nitscha. Wcale się nie dziwię, że trudno uciec przed takimi skojarzeniami. W moim przypadku jednak zachodzi dość dziwna kolejność zdarzeń. Najpierw zaczęła mnie frapować krew i idea krwi jako farby, a potem zostałam odesłana przez mojego profesora do odrabiania lekcji z akcjonistów wiedeńskich. Nie wiem czemu, ale w mojej pracy zawsze dzieje się tak, że najpierw coś mnie zaczyna frapować, ekscytować, zaczynam się tym zajmować, a potem sprawdzam, co inni w tej dziedzinie wskórali. Kiedy zaczęłam malować moje krwawe obrazy, musiałam zainteresować się akcjonistami, a także malarstwem jaskiniowym i amerykańskim action painting. No i moją ukochaną Ann Hamilton, choć to już może nie takie oczywiste.

Twoje fotograficzne cykle były wykonywane w szpitalach. Jak udało ci się przekonać władze tych instytucji oraz samych okaleczonych pacjentów, żeby partycypowali w projekcie artystycznym? Robi się to tak: najpierw dzwonisz do dyrektora szpitala (jakiś miesiąc minął zanim mnie z nim połączono). Potem tłumaczysz, co chcesz zrobić, ja byłam bardzo przestraszona i niepewna siebie, serce miałam w gardle. Ale ponieważ miałam szczęście i dyrektor się zgodził, potem było łatwiej. Zostałam skierowana do dyrektora ds. lecznictwa, który już sam był chirurgiem. On też załatwił zgodę ordynatora, poinformował lekarzy i pielęgniarki. Teraz pozostawało "tylko" prosić o zgodę pacjentów. To było moje największe zaskoczenie - byłam przekonana, że może co dziesiąty się zgodzi. Pierwsza osoba odmówiła, zastrzegając jednak, że to ciekawy projekt, tyle że czuje się już zbyt wymęczona. Następne trzy osoby się zgodziły.

Rozumieli o co ci tak naprawdę chodzi? Wszystkim tym ludziom - pacjentom i lekarzom, a także pielęgniarkom - mówiłam, co chcę zrobić i dlaczego. Może czasami starałam się to trochę upraszczać, bo bałam się, że niezrozumienie może spowodować odmowę. Mam wrażenie, że pacjenci rozumieli lub może raczej to po prostu przyjmowali, jakby uznawali, że skoro ktoś jest tak pewny swego to pewnie coś w tym jest. Natomiast lekarze i personel medyczny raczej traktowali mnie jak nieszkodliwego freaka, takiego kogoś, co robi coś nie wiadomo wcale po co i na co, ale jest niegroźny i może trochę zabawny, można mu więc zbytnio nie przeszkadzać. Tolerowali mnie, ale było w tym dużo pobłażliwości. No wiesz - "artystka". Była tylko jedna prawdziwie wnikliwa osoba, dr Iza Jaraczewska, która wzięła mnie na długą rozmowę, dokładnie wypytała o wszystko i stwierdziła, że mi pomoże, bo wie, że teraz sztuka zajmuje się takimi trudnymi tematami. To ona zabrała mnie na salę operacyjną, widać ją na zdjęciach.

Czy według ciebie naprawdę istnieje coś co odróżnia damski i męski sposób myślenia o sztuce? Myślę, że to nie takie proste. Rzeczywiście dobra sztuka raczej nie ma płci. Tyle, że zawsze jest się albo artystką, albo artystą. W krajach, gdzie mówi się już o trzeciej fali feminizmu czy postfeminizmie ten problem jest na granicy nieaktualności. No bo czy Jenny Holzer, Katharina Fritsch, czy Ann Hamilton koniecznie muszą być kobietami? Czy to ważne, że Mauricio Catellan czy Gregor Schneider są mężczyznami? Może, gdy ich prace jakoś dotykają tematu płci, choć i wtedy niekoniecznie. U nas jednak nie ma prawdziwego równouprawnienia. Mamy anachroniczne i dyskryminujące kobiety prawo państwowe i rażące, obraźliwe nawyki codzienne. I bardzo patriarchalne oczekiwania wobec obu płci. My, kobiety, mamy być delikatne, czujące, empatyczne, subtelne, łagodne, śliczne i niekoniecznie najmądrzejsze - mamy być kobiece, cokolwiek to znaczy. Mężczyźni zaś powinni imponować nam swoją niezależnością, siłą, twardością, sprawnością finansową i intelektualnym potencjałem, mają się też nami opiekować. Kiedy więc stajemy się artystkami/artystami, wchodzimy w obszar sztuki z innych stron, a to może, choć wcale nie musi, być tematem wypowiedzi artystycznej.

Ogólnie wiadomo, że współczesna sztuka polska kumuluje w sobie dwie antagonistyczne siły: tzw. neobanalizm oraz mroczniejszy, bardziej egzystencjalny nurt krytyczny... Cenię Sasnala i ex-Grupę Ładnie, bo są dobrymi malarzami. Potrafię to docenić, w końcu studiowałam malarstwo i wiem, że namalowanie dobrego obrazu może sprawiać problemy. Imponujący jest też fakt, że to oni wraz z "Rastrem" stworzyli cały nurt. Kłopot tylko w tym, że gdy coś staje się modą, staje się też podatne na wtórność i łatwość, ale to już inny problem. Neobanalizm mogę, potrafię docenić, ale istnieje właściwie poza moim światem. Nurt mroczny jest mi oczywiście bliższy. To przecież też moje miejsce. Tu lista jest długa, bo interesują mnie właśnie tematy egzystencjalne, ich brutalność i zaglądanie w mroczne zakamarki. Uważam, że ważne sprawy są ważne, a sztuka powinna się nimi poważnie zajmować. A także dlatego, że fascynują mnie radykalne postawy i bezkompromisowość.

Widziałaś film "Funny Games" Michaela Haneke? Jeden z krytyków powiedział na jego temat jedno dość przerażające zdanie: "ten film jest przeciwko widzowi". Czy to nie jest tak też trochę z tobą, że tworzysz "sztukę przeciwko odbiorcy"? Filmu nie widziałam, ale zobaczę. Tworzę sztukę, która pokazuje na co nie chcemy patrzeć. I czasem stara się powiedzieć, dlaczego tak się dzieje. Kiedy zestawiłam kwiaty ze zdjęciami amputowanych kończyn w "Życie jest piękne" udało mi się pokazać, że świat nazywany brzydkim i świat nazywany pięknym wyglądają tak samo, oba są równie estetyczne. Można więc się zastanowić, czemu czynimy to nieprawdziwe rozróżnienie. Robię prace nie tyle przeciw odbiorcy, co przeciw nieprawdziwości jego percepcji, którą czasem nazywam hipokryzją. Ta nieprawdziwość postrzegania rzeczywistości ma wymiar ponadestetyczny - etyczny, nie chcemy widzieć całej rzeczywistości, tylko jej przyjemniejsze fragmenty. To oczywista, odwieczna ludzka prawda. Taka selektywność ma poważne konsekwencje, zarówno dla tych, których widzieć nie chcemy, jak i dla nas samych. Ludzie, których dyskretnie omijamy wzrokiem, ponieważ są widomym znakiem niebezpieczeństw, które i nam grożą, cierpią jeszcze bardziej. Jest takie modne ostatnio słowo - wykluczenie. A my sami - co można wiedzieć o świecie, którego znamy tylko część? To też jest niepełne życie.

Jesteś szczęśliwą osobą? Tak. Mam tylko mało czasu, by o tym myśleć, bo pochłania mnie walka o byt. Nie jest łatwo aktywnie zajmować się sztuką i jednocześnie zarabiać na siebie i swoje prace. Ale gdy tylko mam wolną chwilę na myślenie o sobie - cieszę się, bo robię to, co chcę i chyba rzeczywiście jestem szczęśliwa.

Tekst: Sebastian Cichocki [Ultramaryna grudzień 2002]






teksty
MIUOSH: Miasto, muzyka, rodzina
Spełniony artysta – już nie tylko rapowy, szczęśliwy mąż i dumny ambasador regionu. Z Miuoshem rozmawiamy o p... >>>

GGRUPA: Grunt to dobry pomysł
Paweł Lipiński i Mateusz Frankowski Pierwsze miejsce w konkursie magazynu „eVolo” na wieżowiec przyszł... >>>

PAWEŁ DYLLUS: Ekipa to jest klucz
Paweł Dyllus, operator. Absolwent Wydziału Radia i Telewizji, wielokrotnie nagradzany za zdjęcia do filmów Julii Rus... >>>

ALEKSANDRA TERPIŃSKA: Najwyżej będę robić filmy niepopularne
Aleksandra Terpińska to jedna z najciekawiej zapowiadających się absolwentek reżyserii Wydziału Radia i Telewizji UŚ... >>>

NIESTRUDZENI PRZYJACIELE ROŚLIN
Jedna i ta sama roślina może być chwastem i ozdobą, trucizną i lekarstwem. Nasze związki z roślinami bywają subteln... >>>

THE PARTY IS OVER: Trip-(c)hop i trip-baba
Impreza dopiero się rozkręca – wbrew nazwie, pod jaką ukrywają się Daria Ryczek i Michał Wajdzik. Muzyczny du... >>>

MARIUSZ KAŁAMAGA: Licencja na rozśmieszanie
Kto rano wstaje – ma szansę usłyszeć go na falach eteru. Czasami wygląda też z telewizora, a bardziej wtajemnic... >>>

ANNA CIEPLAK: Nie demonizujmy gimbazy
Pisze tylko wtedy, gdy ma coś do opowiedzenia. Na co dzień jest społeczniczką zaangażowaną w aktywizację lokalnej wsp... >>>
komentarze: 1
po imprezie
Ostatnio dodane | Ostatnio skomentowane
Colin Stetson
19.12.2016
Julia Marcell
21.11.2016
Katowice Tattoo Konwent
30.09.2016
Tauron Nowa Muzyka 2016
2.09.2016
Off Festival 2016
8.08.2016
Podziel się z resztą świata swoimi uwagami, zdjęciami, filmami po imprezach.
o nas | kontakt | reklama | magazyn | zgłoś błąd na stronie | © Ultramaryna 2001-2017, wszystkie prawa zastrzeżone