Ta strona używa plików cookies.
Polityka Prywatności    Jak wyłączyć cookies?
AKCEPTUJĘ
wtorek 12.11.19

START
LOKALE
FORUM
BLOGI
zgłoś imprezę   
  ultramaryna.pl  web 
ROBERT KONIECZNY + MARCEL SŁAWIŃSKI: Pasażerowie Arki Sztuki

Robert Konieczny lubi makowiec. Marcel Sławiński też. Zasiedli więc razem nad ciastem i gorącą herbatą. Był dzień przed Wigilią, choinka w Arce (słynnym domu Koniecznego w Brennej) stała jeszcze lekko przekrzywiona, dopiero co wniesiona przez sąsiada. Znanym twórcom, architektowi i scenografowi, towarzyszył w tym dniu fotograf – Bartek Barczyk (jego zdjęcia trafiły na okładkę i do tego tekstu). I trochę jako przedświąteczny prezent dla Śląska postanowili oni podarować sobie i innym coś, co nazwali Arką Sztuki.

O tym, co ich łączy i dzieli oraz o absolutnie nowym koncepcie tandemu Konieczny+Sławiński piszemy w styczniowym numerze jako pierwsi.

Ola Oslislo: Dwóch panów od przestrzeni. Jeden przed chwilą kolejny raz składał dokumenty w konkursie architektury współczesnej im. Miesa van der Rohe, drugi po serii nagród dla „Zimnej wojny” czeka na ogłoszenie nominacji do Oscara dla filmu, który współtworzył. Więcej was łączy czy dzieli?

Marcel Sławiński: Robert, a ty wiesz, że ja jestem niespełnionym architektem? Wszystko wskazywało na to, że będę studiował na Politechnice, tym bardziej, że jestem chłopakiem po technikum budowlanym. Konkretne zajęcie. Myślenie o przestrzeni to była moja wizja na przyszłość. Jeździłem na Politechnikę na kurs rysunku, a później do prof. Wojciecha Opani, brata słynnego Mariana Opani. Ścieżka kariery była już prawie wyznaczona, ale poznałem osoby z kręgu sztuki i namieszały mi w planach na tyle, że równolegle zdawałem na architekturę i na ASP, ostatecznie wybierając tę drugą uczelnię. W sytuacjach kryzysowych tęsknię za architekturą i myślę wtedy: po co ja zostałem tym scenografem?

O.O.: Jakoś ci nie wierzymy…

M.S.: Oczywiście żart. Ciągle spełniam swoje marzenia i ambicje zawodowe. Po latach uświadomiłem sobie jednak, że w architekturze brakuje mi literatury, czasem muzyki, czegoś, co trudno nazwać, a co odnalazłem najpierw w teatrze, operze, a później w filmie. Eklektyzm wielu obszarów w tworzeniu jest dla mnie najważniejszy. Ostatecznie to pokrewne dziedziny, bo scenograf jest architektem przestrzeni filmowych i scenicznych, ale w rozjazdach i często na walizkach. Przy okazji chciałbym podziękować tym, którzy mnie wspierali i wspierają, nie ukrywam, w trudnych momentach, bo to piękny zawód, ale wymagający dużych kompromisów życiowych, również od naszych partnerów. To dzięki nim i z nimi tak wiele osiągamy, chociaż np. fale emocji wokół Arki Sztuki już szaleją i znów dołożymy sobie pracy…

O.O.: Robert, przyznaj, co tak na prawdę myślisz o scenografach? To architekci w wersji ubogiej?

Robert Konieczny: To tylko kwestia skali i nieco inne zasady, ale myślenie mamy podobne. Chciałem nawet powiedzieć, że to, co robisz, nie jest tak trwałe, no ale przecież jak film jest gotowy, to przetrwa dłużej niż niejeden budynek. Ty mówisz, że tęsknisz za architekturą, gdy masz trudne momenty, ale wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. Jak ja mam kryzys, to myślę, jak fajnie by było otaczać się tylko ludźmi ze świata sztuki, takimi z filmu czy teatru, jak u ciebie…

O.O.: To może zamienicie się na miesiąc swoimi profesjami?

M.S.: Chętnie! Ale szczerze, nie polecam.

R.K.: Dobra, ale tylko podczas tworzenia. Ten moment wymyślania jest dla mnie najprzyjemniejszy. Faza koncepcyjna. To taki okres, że aż czasem nie chce ci się spać. Potem przychodzi ten gorszy, żmudny proces. U nas jest dużo rysunków technicznych, pilnowania, załatwiania…

M.S.: Mam to samo – najistotniejszy jest początek kreacji. U mnie wtedy jest etap jeżdżenia po lokacjach i nieustającego szukania Świętego Graala na potrzeby filmu. Wchodzisz do obiektu zdjęciowego i twoim zadaniem jest odtworzenie danej rzeczywistości, spreparowanie jej jak najwierniej, historycznie lub współcześnie, no i wtedy zaczyna się praca w zespole.

R.K.: Tu, gdzie pojawiają się ludzie, są i pierwsze problemy. U mnie dochodzi do styku z osobami, które są zainteresowane tylko tabelkami, wyliczeniami i pójściem do domu o 16.00. Ty żyjesz projektem cały czas, a oni zamykają biuro. Wiesz, w swoim zawodzie nauczyłem się przede wszystkim cierpliwości. U ciebie jest lepiej – szybsza realizacja.

M.S.: Uśmiecham się, bo praca architekta jest powszechnie znana. A co ze scenografem? Jest Allan Starski, jedyny rozpoznawalny poza branżą scenograf filmowy, nawiasem mówiąc, wspaniały wzór do naśladowania dla młodych, a potem cisza… Nawet nasz Oscar dla „Idy” Pawła Pawlikowskiego i wiele innych cennych nagród nie przebijają się w polskiej, niełatwej branży filmowej. Ciągle czujemy się, jak zwykłem mawiać, niczym „ci, z szansą na debiut”.

Wymienia się aktorów, reżyserów czy operatorów, a o scenografach się nie mówi. To dla nas wielka lekcja pokory, bo stwarzamy plany gry dla aktorów, rzeczywistość plastyczną, ale i inscenizacyjną, a raczej mnogie rzeczywistości, bo obiektów zdjęciowych jest wiele, w zależności od scenariusza. Praktycznie wszystko to, co widz zobaczy w kadrze filmowym, wypełniamy scenografią, rekwizytami, architekturą, starając się nadać jej znaczenie. W przypadku „Zimnej wojny” to były dwa lata ciężkiej i żmudnej pracy w Polsce i za granicą, wiele wyrzeczeń i kompromisów życiowych – więc czy to krótko, czy długo?

O.O.: Co za paradoks, mówi się o reżyserach czy aktorach, co oczywiste, ale tym najbardziej namacalnym demiurgiem w filmie jesteś ty. To ty dosłownie stwarzasz świat. Jesteś trochę w roli boga.

M.S.: Powiedzmy, że jest to uproszczenie. Wypadkowa naszych wspólnych założeń i wielu wyobraźni. Lubię ten moment, kiedy z reżyserami tylko gadamy. Siadamy, pijemy kawę, przerzucamy się anegdotami i fantazjujemy na temat scenariusza. Jedyne, co nas ogranicza, to wyobraźnia i budżet, ale o tym nie myślimy, jednak chcemy przecież trochę poszaleć – choć pod kontrolą. Więc to raczej wizja Olimpu – gdzie jest wielu bogów. Dlatego trochę znów z zazdrością patrzę w stronę Roberta, gdzie bóg jest jeden. Ale wiem, że to idealistyczna wizja i skrót myślowy.

R.K.: A czy wiecie, że u nas majstrują nad tym, żeby tak nie było? Korci mnie, by o tym napisać artykuł. I chyba to zrobię. Jesteśmy w takim momencie, że chcą nas, architektów, zrównać do jednego z budowlanych zawodów. Są głosy, że architekt jest tylko elementem budowlanej układanki. No to wyobraźcie sobie, że tworzy się film bez reżysera. Zbiera się ekipa i na zasadzie pospolitego ruszenia coś robi – przecież to tak nie działa! Będąc architektem, jesteś reżyserem i scenarzystą tego, co robisz w zespole. Jest inwestor, jak u ciebie producent, ale ostatecznie podpisujesz się ty i odpowiadasz za całość.

M.S.: Moja rzeczywistość jest efemeryczna – aktorzy wchodzą i wychodzą po chwili. U Roberta aktorami są ludzie i to na dłuższy okres swojego życia, czasem i na wieki, jak np. przy piramidach, obiektach sakralnych czy filharmoniach – zupełnie inna odpowiedzialność. Ja odpowiadam przed widzem.

I trzeba wspomnieć, że czasem jesteśmy mistrzami iluzji w stwarzaniu świata z patyka i sznurka, bo takie są oczekiwania, kiedy przy ograniczonym budżecie wyobraźnia musi zmierzyć się z rzeczywistością polskiej kinematografii. Musimy znaleźć sposób, żeby nie było to odebrane jako ubogość świata, który powołujemy do życia. Film lub teatr to „piękne oszustwo”, wyrafinowana magia i manipulacja widzem, a architektura musi być z definicji uczciwa wobec odbiorcy. Nasza widownia nie ma świadomości, ile kompromisów musiało być po drodze. Choć ograniczenia mogą stać się atutem i dają nieoczekiwane, bywa, że spektakularne, rezultaty.

R.K.: Ale jest granica robienia czegoś z niczego. To wyzwanie, które zmusza cię do myślenia kreatywnego, by zamienić wadę w atut, ale jeżeli ta cienka linia (najczęściej budżetowa) zostaje przekroczona, to nie zrobisz nic dobrego.

W mojej codzienności muszę myśleć, że tworzę na lata. Jak budujesz dla jednej rodziny, to porażka jest ewentualnie dla kilku osób, ale duże projekty – to już ogromna odpowiedzialność i na nie potrzebujesz czasu. Nie można tego procesu skrócić, bo robi się niebezpiecznie. Mam taką żelazną zasadę, że faza koncepcyjna nie schodzi poniżej trzech miesięcy. Gdy uznam sam przed sobą, że jest dobrze, to wtedy dopiero jest telefon do klienta.


O.O.: A czasem dzwoni telefon, a tam Marcel Sławiński, który mówi: Robert, jest temat.

M.S.: Wiedziałem już co, ale nie wiedziałem jak to nazwać, jak dalej rozwinąć temat i podświadomość mi podyktowała (przecież nie ma przypadków) przypomnienie o Robercie, którego znam od lat i niezwykle cenię.

Zobacz co mamy: dwóch facetów w podobnym wieku, o podobnych, śląskich korzeniach, z osiągnięciami – no i to moje „niespełnienie” architektoniczne. Mogę być w Tokio czy Pułtusku, ale wiem, skąd jestem i gdzie chcę wracać. Pomyślałem, że pora zrobić tutaj coś ważnego. No i zadzwoniłem do Koniecznego.

O.O.: Trwa faza koncepcji, ta, którą obaj lubicie najbardziej. Na kartce zapisaliście hasło: ARKA SZTUKI. Co to?

M.S.: Arka to przystań, oaza budująca w ludziach poczucie bezpieczeństwa. Projekt multikulturowy, zakładający zaproszenie na pokład tych, którzy chcą w twórczy sposób „uratować” i zmienić otaczający nas krajobraz kulturowy. Miejsce, jakiego dotąd nie było dla ludzi kreatywnych i ich pracy, odpowiednio wyposażone i przyjazne dla twórców na Śląsku, ale nie tylko. Działamy od zera, między dwoma ważnymi ośrodkami kulturalnymi, Krakowem i Wrocławiem, a wszyscy w cieniu Warszawy.

O.O.: Chcecie budować na zasypanej solą ziemi, na pustce?

M.S.: Raczej „soli ziemi czarnej”. Ale na pustej równinie więcej widać. Patrzysz po horyzont i wiesz, dokąd trzeba zmierzać. W moim odczuciu wtedy łatwiej budować. Śląsk wciąż jest taką postindustrialną terra incognita. Czekamy na tę jego nową skórę, nowe oblicze. I stąd inicjatywa oraz pomysł artystycznego tygla intelektualnego, który, mam nadzieję, odpali tu dynamit.

R.K.: Kiedy Marcel się do mnie odezwał, a wiedziałem przecież, kto do mnie dzwoni, to byłem pewien, że zacznie się spór o coś nowego. Że trzeba wymyślić nową Arkę, która będzie przystanią dla Sztuki. Przypadek sprawił, że pytano mnie wtedy o pewną przestrzeń wokół Nikiszowca. Ale przecież nie ma przypadków, więc może to właśnie jest to? Taki Nikiszowiec, którego jeszcze nikt nie zdążył zepsuć, bo dobrze wiecie, że jesteśmy krajem „wygniatania metrów”.

O.O.: Co to za brutalna metafora?

R.K.: Poza pościgiem za kasą nie ma nic. Moja diagnoza jest taka: cierpimy na brak ambicji. Niestety, nie chce nam się robić nic więcej poza zarabianiem pieniędzy. Brakuje mi u Polaków apetytu, by starać się o coś wybitnego! Pieniądze najczęściej wtedy przychodzą i to w nadmiarze. A tak, ta polska deweloperka jest takim brutalnym wygniataniem kasy. Zastanawiasz się tylko, ile jeszcze metrów można dobić, wykorzystać. A gdyby tak mniej? Lepiej? Albo po prostu ciekawiej?

M.S.: W programie Arki Sztuki, który razem piszemy, chcemy znaleźć miejsce na te ambicje, szczególnie dla młodych lub początkujących twórców, by ich zarazić apetytem na to, co nieznane. Trzeba pozwalać na niebezpieczne myślenie i ułatwiać twórcom start – sami wiemy, ile czasu zajęło nam dojście do tego, co dziś osiągnęliśmy. I mówię tu o działaniu w obszarze muzyki, plastyki, architektury, literatury, teatru itp. Bo dotąd pracowaliśmy głównie obok siebie. Znamy się wszyscy, kojarzymy, czasami się incydentalnie spotykamy, ale nie mamy wspólnego centrum. I po to nam Arka Sztuki. To miejsce poprzez swoją architekturę musi też edukować i uświadamiać, że to, co wokół, ma znaczenie, że dążymy do spójności, harmonii i piękna. Nie dajmy się światu, w którym rządzi modny kolor pastelowej farby z promocji w supermarkecie.

O.O.: Czy poprzez Arkę Sztuki chcecie m.in. narzucić tzw. dobry gust, którego tak brakuje u Polaków?

R.K.: Nie tyle narzucić, co raczej obudzić świadomość. Podam przykład mojej córki. Dużo się mówi o smogu i ona chłonie te wieści. Jak przyjeżdża do Brennej, to nie pozwala palić nam w kominku, gdy jest smog. Ona nam, dorosłym, na to nie pozwala, bo odrobiła lekcję. Jest świadoma.

Siedzimy teraz tu, w moim domu, w Arce. Jeszcze dwa dni temu widok za oknem był piękny, wiesz dlaczego? Bo spadł śnieg. A jak spadł, to przykrył wszystko i stworzył naturalny ład przestrzenny. Dachy się do siebie upodobniły, zniknęło to, co brzydkie. Teraz śnieg stopniał i faktycznie, mimo piękna dominujących gór, widać już kakofonię przestrzeni. Niestety to miasteczko nie jest spójne.

A teraz wyobraźmy sobie, że jesteśmy w Austrii, Szwajcarii, i ten krajobraz jest inny. Dlatego trzeba nam tu i teraz tej świadomości. Jeżeli mój sąsiad robi coś obok, to ja za chwilę będę właścicielem tego, co on robi. Tymczasem wytłumaczenie ludziom w Polsce, by na jednym osiedlu wybudować te same ogrodzenia, jest prawie niemożliwe.

O.O.: Czyli trzeba przemocą narzucić tu porządek?

R.K.: Przemoc jest, paradoksalnie, gdzieś indziej. U nas porządek próbuje się brutalnie regulować prawem i paragrafami. Kiedyś miano zlikwidować pozwolenie na budowę i przewrotnie byłem chyba jedynym architektem, który się z tym zgadzał. Wiecie dlaczego? Pomyślałem, że i tak lepiej nie będzie. A może będzie prościej.

Czego doświadczam w pracy zawodowej za granicą, a czego brakuje u nas? Zdrowego rozsądku połączonego z odpowiedzialnością. Tworząc projekty w Czechach czy Niemczech, wydaje się pozwolenie na budowę po analizie, jak to będzie wyglądało w przestrzeni. Przyjeżdża komisja urbanistyczna na miejsce budowy i tam wspólnie dyskutujemy, czy coś pasuje, czy nie. Czy w Polsce widzicie takich urzędników? Ja oglądam ich najczęściej za biurkiem, gdzie skrupulatnie badają zgodność z paragrafami. I to jest przemoc.

M.S.: To ja dodam wątek socjologiczny do tych wszystkich kwestii, o których mówi Robert. Mamy ten wielki bałagan, bo mamy problem z autorytetami. I w obszarze sztuki, i w obszarze tego, co społeczne. To, co robią politycy, jest bardzo złe i nie ma komu ufać. W moim pokoleniu jeszcze były jakieś nazwiska w obiegu, ale teraz… Dlatego chcemy tak po ludzku edukować, na tym naszym wspólnym pustkowiu. Powiedzmy sobie wprost: świata nie zbawimy, ale…

R.K.: …ale może Arką Sztuki zaczniemy proces, który, mam nadzieję, nigdy się nie skończy. Musi się wreszcie rozpocząć ta dyskusja!

M.S.: Potrzebujemy przecież miejsca do dialogu. Do uczciwej i krytycznej rozmowy. Arka ma być również info-centrum sztuki, do którego będą mogli przychodzić ludzie chcący zaczerpnąć informacji i wiedzy o tym, co się dzieje w regionie oraz ci z własnymi projektami, inicjatywami związanymi ze sztuką i kulturą. Idealnie byłoby stworzyć coś w rodzaju fashion-artu, czyli swego rodzaju mody na sztukę.

R.K.: Skoro już fantazjujemy, to nie wyobrażam sobie, że Arka miałaby nie zahaczać o perfekcję. To musi być miejsce, gdzie doświadczasz jej na każdym kroku. Pojawienie się i przebywanie w tej przestrzeni musi powodować zauważenie różnicy od tego, gdzie było się wcześniej.

M.S.: Ja użyłem sformułowania Karma Arka, a to wiąże się z dobrą energią. Wyobrażam sobie, że wchodzisz tam i otaczasz się po prostu ciekawymi ludźmi z różnych przestrzeni kreacji, sztuki, architektury, literatury itd. – to, co stwarza twórczy, żywy dyskurs, ale z solidnym fundamentem, a to są osoby, które nazywam pasażerami Arki. Bez nich ten pomysł nie ma sensu i pozostanie jedynie piękną ideą, niczym więcej. Wiem, że to naiwne, ale tak bym sobie życzył.

R.K.: A wiesz, że ja jak myślę o Arce Sztuki, to widzę nie ściany, a właśnie ludzi? Z racji swoich zawodów myślimy przestrzenią, ale to pułapka. Podam przykład czegoś, co miało się zdarzyć, a nie wypaliło. Mówię o muzeum Centrum Dialogu Przełomy. Włożyliśmy ogrom pracy w to, by szczeciński projekt wyrwał się z ram, w które był od początku wsadzany: historia, przeszłość, martyrologia. Sama nazwa zakładała, że miał tam być cały czas ferment i dialog intelektualny.

Ostatecznie wszystko, co tam się wydarza, w dużej mierze jest skoncentrowane na dyskusji o przeszłości. Nie ma kroku do przodu. Ten dokonał się, paradoksalnie, na zewnątrz, na placu. Tam jest miejsce, gdzie ludzie idą protestować, spotykają się, robią zadymy – i to mi się podoba. Zabrakło tego pod ziemią, mimo że taki był zamysł.

I jak myślę o Arce, to zróbmy, Marcel, miejsce, gdzie będzie właśnie totalny ferment. Twórczy. Taki, że za każdym razem ludzie będą czekać na to, co tam się wydarzy.

O.O.: A niby miała być bezpieczna przystań…

M.S.: Tak…

R.K.: Fajnie by było, gdyby w Arce Sztuki było coś, czego absolutnie nie znajdziesz ani w radiu, ani w telewizji. Wyobraź to sobie: niszowe projekty lub dopiero rodzące się gatunki w obszarze kultury. Ważne, by tak zaprojektować to miejsce, żeby jeszcze nie było wiadomo, co się w nim urodzi, żeby właśnie tam ludzie dostawali szansę wypowiedzenia się, jak nigdy dotąd.

O.O.: Piękna wizja, ale zapytam brutalnie: jak to zrobić, by nowe miejsce było apolityczne, aprogramowe i takie bez przysłowiowego sekretariatu? Da się bezczelnie ominąć system?

R.K.: Nam to do własnej promocji nie jest potrzebne, bo zrobiliśmy już swoje. Dlatego łatwiej pozbawić takie nowe miejsce kontekstów. Stworzenie go to jedno, ale ważniejsze, by potem nie wytracić tej energii, a do tego trzeba znaleźć super ludzi.

O.O.: Oni tu są?

M.S.: Są. Nie mamy żadnych wątpliwości. Właśnie tu, na Śląsku. Mamy Akademię Muzyczną, ASP, Wydział Radia i Telewizji, mamy Uniwersytet, Politechnikę, metropolię miast. To druga aglomeracja po Warszawie, więc wszystko jest, tylko tego miejsca nam brakuje.

R.K.: Miejsca bez sekretariatu – ale to się zrobi, zobaczysz. Ważne, że się zaczęło. Gdy budowaliśmy we wspomnianym Szczecinie, pomyślałem w pewnym momencie, że do sztuki zamkniętej wewnątrz moglibyśmy dotrzeć niejako na skróty, bez szatni, bez portiera, bez biletów. I odwrotnie, artyści działający w środku mogliby wyjść ze swą sztuką bezpośrednio w miasto.

Udało się to zrobić w Ostrawie, gdzie budynek starej rzeźni zmieniamy w galerię sztuki współczesnej. Dziury w ścianach nie zostały, zgodnie z tym, czego chciał konserwator, zaklejone cegłą – załataliśmy je innym, współczesnym materiałem, takim, który nawiązuje do starej tkanki, ale też pozwala na ruch. Mobilne fragmenty ścian powodują, że budynek ze swymi przestrzeniami do eksponowania i tworzenia sztuki może dosłownie otworzyć się na miasto w zupełnie niestandardowy sposób. Wtedy życie, które tam się toczy, też jest niestandardowe. I o to chodzi. Tak też będzie w Arce – gdy zaczniemy rozmawiać z artystami, to nawet nam się nie śni, co wspólnie zrobimy.

M.S.: Racja. Nie zakładamy teraz wszystkich odpowiedzi. To faza kreacji wizji Arki Sztuki, dlatego czekamy na inne pomysły i sugestie, jakiego miejsca Śląsk potrzebuje.

R.K.: Gdybyśmy teraz szukali odpowiedzi na wszystkie pytania, to poszlibyśmy utartą ścieżką. Jeżeli założymy element naiwności i wiary, pojawią się szalone pomysły. To rodzaj szaleństwa, które staje się rzeczywistością. Jak to będzie działać, jeszcze nie wiem, ale się dowiem. Gadajmy o tym. Wiem, że za chwilę będziemy mieć propozycję – może zwariowaną, ale na pewno taką, jakiej jeszcze w tych okolicach nie było. I nie jako konkurencję dla innych, już funkcjonujących instytucji, tylko jako kolejny punkt na mapie do doświadczania sztuki.

M.S.: Arka musi czerpać z wzajemności. Jednocześnie nie może być tylko projektem regionalnym, ponieważ szybko straci na sile i świeżości. Nasz paszport jest śląski, ale chcemy działać z różnymi artystami w skali Polski i świata. Wtedy Arka będzie ciągle „żywa”.

Tak się dzieje nie tylko w metropoliach sztuki formatu Berlina, Paryża, Nowego Jorku, ale i w małych ośrodkach prężnie działających na geograficznych antypodach, jak np. Chinati Foundation w Marfie w Teksasie. Byłem tam lata temu, kiedy on powstawał i był praktycznie anonimowy, a dzisiaj wiele osób marzy, by zrealizować tam projekt.

U nas brakuje mi twórczego eksperymentu, wspólnego działania, żywego języka w obszarze sztuki. Brakuje mi dialogu. Jest quasi-próżnia i trzeba ją wypełnić.

R.K.: A ja chcę miejsca na ferment. Nie ma takiego. Zróbmy to!

tekst: Ola Czapla-Oslislo | zdjęcia: Bartek Barczyk
ultramaryna, styczeń 2019










KOMENTARZE:

nie ma jeszcze żadnych wypowiedzi....


SKOMENTUJ:
imię/nick:
e-mail (opcjonalnie):
wypowiedz się:
wpisz poniżej dzień tygodnia zaczynający się na literę s:
teksty
MUZEUM HISTORII KOMPUTERÓW I INFORMATYKI: Uratowane spod wiaty
Na pierwszym planie pulpit operatora komputera Odra 1304 (rok prod. 1968), na drugim - komputer Odra 1305 (1975) wraz... >>>

PIOTR WÓJCIK: Śląskie crime story
Piotr Wójcik debiutuje właśnie jako autor kryminału „Wina”, który zaczyna cykl „Metropolia”... >>>

PAULINA PLIZGA: Od wodzisławskiego hasioka po paryskie trash couture
Tworzyła recyclart, zanim to było modne, choć nie chce definiować swoich projektów przez pryzmat trendów. Kiedy w... >>>

BARTOSZ PILAWSKI: Granice nie istnieją
W 2017 roku pokazał swoją pierwszą kolekcję. Dziś projektant i założyciel marki Pilawski ma za sobą prezentację w... >>>
komentarze: 1

JERZY JAN POŁOŃSKI: Nie pytaj mnie o cyrk
Obejmujący we wrześniu scenę Teatru Miejskiego w Gliwicach Jerzy Jan Połoński znany jest z tego, że nieignorującym... >>>

BARBARA RUPIK: Malarstwo zaklęte w filmie
Spośród ok. 2 tys. zgłoszeń prezentujących dorobek 366 szkół filmowych z całego świata do tegorocznego konkursu... >>>
po imprezie
Ostatnio dodane | Ostatnio skomentowane
Upper Festival 2019
5.09.2019
Fest Festival 2019
26.08.2019
Off Festival 2019
9.08.2019
Festiwal Tauron Nowa Muzyka 2019
27.06.2019
Off Festival 2018
10.08.2018
Podziel się z resztą świata swoimi uwagami, zdjęciami, filmami po imprezach.
o nas | kontakt | reklama | magazyn | zgłoś błąd na stronie | © Ultramaryna 2001-2019, wszystkie prawa zastrzeżone