Ta strona używa plików cookies.
Polityka Prywatności    Jak wyłączyć cookies?
AKCEPTUJĘ
czwartek 19.09.19

START
LOKALE
FORUM
BLOGI
zgłoś imprezę   
  ultramaryna.pl  web 
DANNY FIELDS: Danny mówi

Danny Fields – legenda zza kulis amerykańskiego przemysłu muzycznego, bohater tysiąca anegdot i licznych podpisanych kontraktów, dzięki którym świat usłyszał Lou Reeda, The Stooges czy The Ramones. Prawdziwa żywa encyklopedia historii punka, człowiek, który prawie wszystkich spotkał osobiście i prawie każdemu na zawsze zapadł w pamięci.

Świat usłyszał o nim po raz pierwszy w 1966 roku, gdy zacytował w swym artykule Johna Lennona, który przechwalał się, że „Beatlesi są popularniejsi od Jezusa”, co wywołało olbrzymi skandal w Stanach i doprowadziło do publicznego palenia płyt zespołu. Nie był to jednak największy wyczyn Fieldsa. To przez niego matki zamykały swoje dzieci w domach, słysząc, że do miasta zjechały zespoły pokroju The Ramones i The Stooges, to on, dzięki niestrudzonym działaniom promocyjnym, przekształcił zahukanego poetę Jima Morrisona w jedną z pierwszych i największych rockowych gwiazd. Nazywany „najmilszym typem w całej branży” Fields, mimo dojrzałego wieku, wciąż nie ustaje w muzycznych poszukiwaniach, wyławiając młode punkowe składy z okolic Londynu i pomagając im stawiać pierwsze kroki, a jego życie i dokonania stały się kanwą wielu wywiadów oraz filmu.

„Danny Says” to dokument poświęcony życiu Fieldsa, złożony z rozmów z jego przyjaciółmi i współpracownikami. Obraz szczegółowo opisuje olbrzymi wpływ, jaki wywarł Fields na kształt i brzmienie rocka lat 60. i 70., gromadząc wokół siebie całą plejadę najbardziej zbuntowanych gwiazd tamtych czasów i walcząc nieustannie, jako dziennikarz i publicysta, o przełamanie uprzedzeń amerykańskiej publiczności wobec nowej, gniewnej odmiany rocka. Film – w towarzystwie bohatera tej opowieści – będzie można zobaczyć 21 listopada w Miejscowniku. Tyglu Kulturalnym, a spotkanie z punkową legendą poprowadzi Jan Błaszczak, autor głośnej książki „The Dom”, opowiadającej o jednej z największych muzycznych tajemnic Nowego Jorku, polonijnym klubie, który gościł największe gwiazdy punka i psychodelii.

Dwa dni później pojawi się kolejna okazja do spotkania z Fieldsem, który będzie jednym z gości dyskusji na Scenie w Galerii Teatru Śląskiego, poświęconej wydanej niedawno książce „Please kill me. Punkowa historia punka”, dedykowanej mu przez autorów. Towarzyszyć będzie mu współautorka – Gillian McCain, a po spotkaniu na scenie pojawi się jedno z największych polskich punkowych objawień w ostatnich latach, bezkompromisowa Siksa, która na pewno z radością popsuje Wam miły i kulturalny wieczór w teatrze.

Wszystkie spotkania z Dannym Fieldsem to część tegorocznej punkowej edycji festiwalu Ars Cameralis, a my, by Was do nich przygotować, postanowiliśmy zadać ich bohaterowi kilka podstawowych pytań.

Ultramaryna: Gdzie po raz pierwszy natknął się pan na rock’n’rolla?

Danny Fields: Wydaje mi się, że to było „Blue Suede Shoes” albo „Rock Around The Clock”, usłyszane gdzieś w radiu. W każdym razie było to bardzo, bardzo dawno temu. Potem nadeszła telewizja i czasy Elvisa, i to było całkiem niezłe. Ale pierwszy koncert, o którym pomyślałem: jej, idę na rock’n’rolla! – to był dopiero Chuck Berry. Niesamowite wrażenie, to był świetny występ.

A potem już poszło – pokochałem Beach Boys, piosenki Boba Dylana i wszystko, co robili Rolling Stonesi. Zobaczyłem też występ, który zwalił mnie z nóg – Martha And The Vandellas w Brooklyn Paramount lub Brooklyn Fox. Ten koncert całkowicie odmienił moje życie, to był pierwszy rockowy wykonawca, którego zobaczyłem, na samym początku mojej kariery muzycznej w 1966 roku na łamach „Datebook”.

Jak w pańskiej epoce odkrywało się nowych wykonawców? Radio, płyty i plotki. Wytwórnie od zawsze miały swoich menadżerów i rzeczników. Istotne były niektóre kluby, co do których można było mieć pewność, że regularnie wpuszczają na scenę zespoły grające własną, oryginalną muzykę. Jednym z takich lokali było na przykład legendarne CBGB. Jeśli człowiek pracował w wydawnictwie płytowym, to drzwi się praktycznie nie zamykały, mnóstwo utalentowanych ludzi przychodziło do nas, szukając możliwości nagrania płyty.

Mimo braku internetu, nie narzekaliśmy na brak dostępu do informacji – w każdym większym mieście tworzyła się sieć wzajemnych kontaktów, po której roznosiły się plotki o wykonawcach. Lokalne sceny zwykle organizowały się wokół klubów, takich jak Whisky w Los Angeles czy wspomniany CBGB. Olbrzymią rolę odgrywało też radio, wtedy w każdym mieście i ośrodku uniwersyteckim istniała przynajmniej jedna stacja, gdzie puszczano płyty spoza list przebojów.

Co pana najbardziej interesowało w zespołach i wykonawcach? Co sprawiało, że podejmował pan decyzję, że chce z nimi pracować? Och, koncerty, rzecz jasna. Tylko wtedy można zobaczyć, czy dany talent jest totalny. Nie potrafiłbym pracować z kimś, kogo znam tylko z nagrań, muszę zobaczyć go na żywo.

Pod sceną mogę poczuć, skąd płynie ta muzyka, przyjrzeć się, kto ją robi i jak sobie z nią radzi, stając naprzeciw publiki takiej jak ja. Zawsze uważnie przyglądam się twarzom publiczności, zwłaszcza ludzi w pierwszych rzędach, tuż pod barierkami, by zobaczyć, czy artysta wywołał na nich miłość, uśmiech i entuzjazm.

Myśli pan, że we współczesnej muzyce jest jeszcze szansa na taką rewolucję, jaką wywołali pracujący z panem The Stooges czy The Ramones? Jak z pańskiej perspektywy wygląda dziedzictwo rocka? Dziedzictwo rocka? To, że jest magiczny, wspaniały i seksowny, kiedy działa. A co do rewolucji – gdyby ktokolwiek mógł ją przewidzieć, nie byłaby rewolucją. To musi się narodzić w ludziach, nie da się tego zaplanować, musi wydarzyć się w wielu miejscach jednocześnie, prawdziwa muzyka grana przez prawdziwych ludzi.

Widok młodych ludzi przyklejonych do swoich ekranów może zniechęcać i odbierać wiarę, ale po dziś dzień trafiam na płyty i wykonawców, którzy zwalają mnie z nóg. I mam nadzieję nigdy tego nie stracić. Wierzę, że nowi artyści będą się pojawiać zawsze, dziś, jutro i pojutrze, bo istnieje tylko muzyka i ludzie, którzy ją tworzą. I nie można jej odbierać w kategoriach „współczesna” czy „niedzisiejsza”, bo ona jest wieczna.

tekst: Marceli Szpak | zdjęcia: Danny Fields, Danny Fields i The Ramones, Danny Fields i Nico (archiwum prywatne)
ultramaryna, listopad 2018



Wydarzenia odbędą się w ramach 27. Festiwalu Ars Cameralis.

>>> Zderzenia Literackie: Please Kill Me
>>> projekcja filmu i spotkanie z Dannym Fieldsem








KOMENTARZE:

nie ma jeszcze żadnych wypowiedzi....


SKOMENTUJ:
imię/nick:
e-mail (opcjonalnie):
wypowiedz się:
wpisz poniżej dzień tygodnia zaczynający się na literę s:
teksty
JERZY JAN POŁOŃSKI: Nie pytaj mnie o cyrk
Obejmujący we wrześniu scenę Teatru Miejskiego w Gliwicach Jerzy Jan Połoński znany jest z tego, że nieignorującym... >>>

BARBARA RUPIK: Malarstwo zaklęte w filmie
Spośród ok. 2 tys. zgłoszeń prezentujących dorobek 366 szkół filmowych z całego świata do tegorocznego konkursu... >>>

ŚLĄSCY FREEGANIE: Nie konsumują życia. Żyją je.
Ile jedzenia wyrzucamy? Ile niepotrzebnych rzeczy kupujemy? Najpierw cyfry, które przemawiają do wyobraźni: wyprod... >>>
komentarze: 1

ANIA SUNDSTROM: Niepoważne instrumenty, poważne tematy
Ania Sundstrom w rodzinnym Bytomiu pojawia się rzadko, bo czas dzieli między muzykologiczne konferencje na całym świ... >>>

PAWEŁ KULCZYŃSKI: Rozmowa przy pierwszej kawie
Lautbild, Tropajn, Wilhelm Bras – nazwy kojarzące się z ciągłym poszukiwaniem nowych środków muzycznego wyrazu... >>>

KATARZYNA WITERSCHEIM: Śląsk na różowo
Trudno się nie zdziwić, gdy jedną z najciekawszych opowieści o historii Górnego Śląska, doskonale obrazującą tygiel... >>>
po imprezie
Ostatnio dodane | Ostatnio skomentowane
Upper Festival 2019
5.09.2019
Fest Festival 2019
26.08.2019
Off Festival 2019
9.08.2019
Festiwal Tauron Nowa Muzyka 2019
27.06.2019
Off Festival 2018
10.08.2018
Podziel się z resztą świata swoimi uwagami, zdjęciami, filmami po imprezach.
o nas | kontakt | reklama | magazyn | zgłoś błąd na stronie | © Ultramaryna 2001-2019, wszystkie prawa zastrzeżone