Serwis Ultramaryna używa plików cookies. Odwiedzając nasze strony akceptujesz otrzymywanie cookies (ciasteczek). Warunki dostępu do plików cookies możesz określić w swojej przeglądarce.

ZAMKNIJ

Ultramaryna | DAWID PODSIADŁO: Co przeżyte, to zaśpiewane
wtorek 13.11.18

START
LOKALE
FORUM
BLOGI
zgłoś imprezę   
  ultramaryna.pl  web 
DAWID PODSIADŁO: Co przeżyte, to zaśpiewane

Z Dawidem Podsiadło, wokalistą będącym chlubą Dąbrowy Górniczej, rozmawiamy o osobistym charakterze właśnie wydanego albumu „Małomiasteczkowy”, trudnych występach na rodzinnej ziemi, współpracy z Bartkiem „Pisz dalej” Dziedzicem i fenomenie śpiewania jako takiego.

Ultramaryna: Zadowolony ze sprzedaży biletów na koncerty?

Dawid Podsiadło:
Wiadomości są bardzo pocieszające. Wręcz wprowadzają w stan euforii, zwłaszcza że nie zaczęliśmy jeszcze mega promować tej trasy. Korzystamy na razie z fejsa i zaprzyjaźnionych redakcji.

Cztery koncerty z rzędu na warszawskim Torwarze przejdą do historii. Czy kiedy grałeś jeszcze w Pałacu Kultury Zagłębia i miałeś zespół w liceum to było coś, o czym miałeś odwagę marzyć? Marzyć się nie bałem. Ale to było niepoliczalne. Widząc skalę wydarzeń, w których uczestniczę, nigdy bym nie był w stanie przewidzieć tego, jakie rozmiary to może osiągnąć, z czym się wiąże, jak wygląda naprawdę. Na razie mam liczby i świadomość tego, że w ramach trasy mamy sprzedać sto tysięcy biletów. Brzmi to dla mnie abstrakcyjnie, zwłaszcza że miałem długą przerwę od grania. Nie jestem w stanie przełożyć tego na jednostki. Dopiero w grudniu, kiedy zobaczę cztery razy ten tłum tysięcy ludzi, poznam skalę.

Prowadzisz jakąś gradację osiągnięć? Że o, najważniejsze są trzy pierwsze miejsca listy „Trójki” zajęte przez numery twoje bądź z twoim udziałem, albo nie, bo przed tym jest prestiżowy koncert, jakaś nagroda, jakaś recenzja? Nie będę kłamać, część osiągnięć robi na mnie wrażenie i obchodzi mnie bardziej. Inne po prostu mają miejsce, a ja je dostrzegam, akceptuję i jest mi miło. Staram się doceniać wszystkie takie rzeczy, każde wyróżnienie, choć przez tych kilka lat usłyszałem tyle pozytywnych słów, że zacząłem się na nie uodparniać. Ciężko przeżywać w związku z nimi tyle przyjemności, co kiedyś.

W chwili gdy dotarło do mnie pytanie, nie mam w głowie niczego ogromnego, powodującego odczucie, że „wow, to się dzieje naprawdę”. Mamy w rękawie jeszcze parę pomysłów, które (jeśli je zrealizujemy) mogą zrobić duże wrażenie.

Tegorocznym Męskim Graniem się ekscytowałeś? Przy tej edycji było trochę zamieszania z ostatecznym składem, terminarzem. Zaczęliśmy dużo później niż kiedyś. Wiedziałem, że to jest dużo później, bo już przy tym pracowałem. Że za mało czasu, nie uzbieramy setlisty, za dużo osób było zaangażowanych w wybór numeru… Od razu miałem tak, że może być trudno obronić honor imprezy, że no trudno, zróbmy jak już musimy. Ale znowu było bardzo dobrze. Dogadaliśmy się świetnie. Nie wiem czy byłem w aż takiej euforii jak kiedyś, ale ostatnie dwa, trzy koncerty sprawiły, że poczułem się wyjątkowo…

To są niesamowite wydarzenia i życzę każdemu artyście albo w ogóle człowiekowi, żeby miał okazję w tak dużej skali przeżyć taki projekt. On generuje tyle stresu, jakichś spin, wyzwań, ale ostatecznie jest ogromną przygodą, na którą patrzy co tydzień kilka tysięcy osób. Wydaje mi się, że to jest super, naprawdę.

Pewien etap się kończy. Na przykład ten, w którym możesz po koncercie zejść do ludzi, żeby z nimi pogadać. To już nie do ogarnięcia. To prawda. Dlatego staram się szukać z ekipą miejsc, w których mógłbym to ludziom zrekompensować. Na przykład spotkań w sklepach przy okazji promocji płyty. Jeszcze nie jest tak, że ta ludzka potrzeba większego kontaktu jest mi obojętna, mam ją w głowie. Przeżywam więc to, że nie jestem go w stanie zapewnić, bo nawet kilka procent z kilku tysięcy obecnych na koncercie osób to bardzo dużo.

Po przesłuchaniu płyty natychmiast chciałem wrócić do utworu „Trofea”. Bardzo przebojowy, ale jest tam też parę zapadających w pamięć obrazków. Na przykład zlew pełen wody sodowej. Potwór, którym staje się człowiek w związku ze sławą. Jak udaje ci się być sławoodpornym? Wydaje mi się, że w miarę to jeszcze ogarniam. Na sto procent mnie to zepsuło, nawet nie wiem czy sam mogę to zlokalizować w swoim charakterze i obiektywnie ocenić.

Ostatnio byłem z kumplami na wakacjach i jeden z nich mówił, że często ludzie go pytają, czy Dawida popularność zmieniła. Odpowiada im, że tak, że na lepsze. Stał się bardziej asertywny i dba o siebie. Częściej przejmuje się tym, co on sam czuje, a nie, że wpuszcza do siebie głęboko zdanie innych i potem je przeżywa.

Stałem się bardziej zamknięty, w niektórych sytuacjach może nawet dziki i oschły, ale to po to, żeby poczuć się lepiej ze sobą. Na razie – no, może nie codziennie – budzę się z nastawieniem, że jestem w porządku. Zależy mi na tym, żeby tak było.

Sporo na albumie emocji. Masz taki sposób posługiwania się językiem – niezależnie od tego, czy to wywiad, social media czy utwory – że pewne treści woalujesz, mówisz o nich na okrągło. Ale trudno nie mieć wrażenia, że napisałeś piosenki o konkretnych sytuacjach, odnoszące się do konkretnych osób. To nie mogło być łatwe. I nie było, bo emocje zostały wzbudzone. Większość najbardziej bezpośrednich utworów była pisana – z pewnym zachowaniem tajemnicy poetyckiej – właśnie wtedy, kiedy je przeżywałem, miałem najlepszy dostęp do tych uczuć, krzywd, które zadałem i których doświadczyłem. Proces „przepisywania” tego był jednocześnie sposobem na radzenie sobie z problemem, przeskoczenie trudniejszego momentu.

Nie chcę nazywać tego formą terapii, ale kiedy jest spisane i zamknięte w utworze, który mi się podoba, to historia staje się niekoniecznie czymś, co przeżywam osobiście, ale tym, co przeżywa bohater piosenki. Ceduję na niego odpowiedzialność, tak jakby to on się musiał z tym mierzyć. Zostawiam w piosence to, co najboleśniejsze. Bo nie chcę też z tego rezygnować. I kiedy myślę o „Balladzie” (na płycie pt. „Najnowszy klip”), to nie jestem wolny od tych uczuć, wręcz je pielęgnuję. Lubię swoje emocjonalne blizny, cieszą mnie.

Jestem na świeżo z płytą „Ślubu nie będzie” Marysi Starosty i tam sytuacja mało komfortowa życiowo okazuje się bardzo komfortowa twórczo. Za płytą stoi opowieść, której ludzie często potrzebują. Z taką intencją pisałem swoją płytę. Jestem na niej obecny przede wszystkim jako tekściarz, co było dużą zmianą, bo cała jest po polsku. Podjęliśmy z producentem Bartkiem Dziedzicem decyzję, że będziemy robili ultraprzebojowy, świeży, popowy album, co będzie bardziej zaskakujące niż krążek alternatywny. Zadecydowałem, że będę śpiewać po polsku. Połączenie mocno mainstreamowych numerów z prawdziwymi tekstami wydało nam się sposobem na artystyczną satysfakcję i komercyjny sukces zarazem. W pisanie ich wkładałem całą energię. Rola Bartka też była ważna, bo ja pisałem, a on…

Wyciągał je z ciebie za pomocą muzyki, „triggerował” cię nią? Tak właśnie. A później komentował. Każdy utwór miał więcej niż jeden temat, więcej niż jedną alternatywną wersję. Same „Trofea” miały ze cztery. Ale dobrze, że Bartek potrafił skasować praktycznie całe teksty, mówiąc „To nie jest to, to nie jest o tym. Pisz dalej”. Albo kiedy po jednej zwrotce podsumowywał „No ta zwrotka jest spoko, tylko co w takim razie powiesz w drugiej, skoro wyczerpałeś temat? To nie będzie interesujące dla odbiorców. Pisz dalej”.

Jestem mu wdzięczny, bo to nie były przyjemne momenty, ale czułem do niego ogromne zaufanie. Wiedziałem, że skoro on tak sądzi, to ja powinienem przynajmniej spróbować napisać co innego. Koniec końców mam wrażenie, że wszystkie utwory trafiły w temat, o którym powinny mówić.

Masz fajnych fanów, ale też takich, którzy zaskakująco wnikliwie potrafią cię przejrzeć. Czy nie boisz się, że przy okazji nowej płyty zostaniesz zdekodowany w stu procentach? Chyba się tego nie boję. Jeżeli rzeczy, które mówię w muzyce, zostaną zdekodowane, to mi to nie przeszkadza, bo jeżeli miałbym gdziekolwiek mówić o tym, co przeżywam, czego doświadczam, to właśnie w muzyce, w sztuce. To mi się tam podoba. Nie chciałbym, żeby ludzie wierzyli w jakieś plotki, słabej jakości zdjęcie, które nic nie mówi, albo w clickbaitowe nagłówki. To mnie rani, denerwuje.

Uważam za niesprawiedliwe, że w taki sposób mnożą się informacje o życiu prywatnym osób popularnych i docierają do odbiorców. Jeżeli wydarzy się to przez muzykę, to mam na to większą tolerancję. Poza tym nawet jeżeli zdekodują sytuację, to wątpię, żeby byli w stanie zdekodować osoby i relacje o które mi chodzi, a to jest najważniejsze.

To już nie jest ten czas, gdy mógłbyś wykonać polski tekst napisany, tak jak kiedyś, przez Karolinę Kozak? Musisz mówić swoim głosem? Niestety. Zastanawiałem się nawet, czy z tej drogi jest powrót, czy jak już robisz cały taki album, to możesz sobie pozwolić potem w tej kwestii na lenistwo. Choć kiedyś to nie wynikało z lenistwa – nie byłem gotowy i chyba nie umiałem. Brakowało mi doświadczeń. Gdyby nie zrobiona przerwa i dużo doświadczeń, które spotkały mnie przez dwa lata, to nie wiem czy płyta byłaby dobra, bo i nie miałbym o czym pisać.

Każda piosenka to wspomnienie, przeżycie, człowiek bądź grupa ludzi. Taka sytuacja jest niebezpieczna i Bartek ubolewał, że nasza praca się przedłuża. Mówił mi „No stary, jeżeli ty masz przeżyć wszystko zanim to napiszesz… Czasami musisz sobie po prostu coś wyobrazić”. Na szczęście wszystko w międzyczasie przeżyłem i opisałem (śmiech). Na autorskim materiale obce teksty wydają mi się niepotrzebne. Mam wrażenie, że znalazłem sobie swój sposób wypowiadania się. Będę z nim oczywiście eksperymentować.

Co innego, kiedy zostaję zaproszony do projektu, gdzie mam pełnić określoną rolę. Otrzymuję dużo propsów (pochwał – przyp. red.) za udział w „Tamagotchi” Taconafide. Co prawda wymyśliłem tam melodię , ale tekst napisał Taco. Nie chciałem ryzykować psucia geniuszu, który w nim dostrzegam. Zaśpiewałem więc parę dźwięków, Filip napisał kontynuację zwrotek, a ja wykonałem to, co napisał. To było logiczne, uzasadnione, nie widziałem wtedy nic złego w śpiewaniu cudzych słów. Moja rola była inna.

Dobrze dogadujesz się z hiphopowym środowiskiem, niezależnie od tego, czy to remix Webbera, czy współpraca z Mesem. Jesteś już z pokolenia, które nie ma rocka za coś lepszego, nie postrzega rapu amatorsko, jako niemuzyczne dyletanctwo z innego świata? Jestem pozytywnie zaskoczony, bo mam w sobie to zaszczepione w przeszłości uczucie jeszcze z czasów, gdy między poszczególnymi gatunkami muzycznymi była niechęć. Dziwię się, że raperzy tak chętnie gadają z mainstreamem, że flirtują w swoich numerach z tym, co dzieje się w popie. Jest we mnie kompleks dopuszczający tę możliwość, że oni się po prostu z nas nabijają; że zapraszając nas do współpracy, w swoim gronie komentują nas w określony sposób.

Oni mają większy kompleks związanym z byciem „nieprawdziwym” muzykiem, więc się nie przejmuj. Wyniknął nam w rozmowie Bartek Dziedzic. To ważna postać w kontekście twojej nowej płyty, a że właśnie wyszedł album Kamp!, który produkował, to jestem ciekaw czy musiałeś się nim dzielić, czy była walka o jego czas. Na początku tak było. On kończył Kamp!, pracował nad płytą Neeny – mam nadzieję, że to jak najszybciej ujrzy światło dziennie, bo jak na razie pojawiły się tylko dwa bardzo dobre single, a byłem na koncercie i dziewczyna jest niesamowita. Bartek pracuje też sporo przy reklamach i tak dalej, więc pierwsze dwa, trzy miesiące były rozruchowe. Nie chcieliśmy zbyt dużo od niego wymagać i zajmować mu głowę w momencie, kiedy jeszcze nie wiedzieliśmy, co z tego wyjdzie, w jakim zakresie będziemy współpracować. Przygotowywaliśmy więc demóweczki, a on zajmował się też innymi rzeczami. Ale kiedy pojawił się numer, po którym było wiadomo, że trzeba zrobić tę płytę razem, to poprosiliśmy go uprzejmie o stuprocentowe zaangażowanie ze względu na rozmach i możliwości projektu. Zgodził się, poprzesuwał co się dało i mieliśmy na niego wyłączność.

Moja płyta była dla Bartka zmianą systemu pracy – od programu, z którego korzystał, po podejście do muzy. Dużo mniej się obciążał, z tego co mówił, przy innych projektach naprawdę się katował. Z mojej obserwacji, to i tak siedział w studio non stop, wyglądając na zmęczonego, wyczerpanego, ogłuszonego dźwiękami. Ponoć jednak wychodził ze studia, kiedy czuł ku temu potrzebę, jeździł rowerem, kiedy miał ochotę i tak dalej. To był fantastyczny czas, super dogadaliśmy się prywatnie.

Problematyczny może być tylko spodziewany grad porównań do innych artystów, z którymi współpracował. Dziedzic stoi za ważnymi płytami – „Grandą” Brodki i „Składam się z ciągłych powtórzeń” Rojka. Wydaje mi się, że zdecydowałem się na pracę z Bartkiem właśnie dlatego, że zrobił tamte płyty. Nawet jeżeli nie chcesz się do tego przyznawać, to oczekujesz, że będzie to w jakimś sensie powiązane z tamtymi rzeczami, że podoba ci się tamta jakość, klimat, nastrój, estetyka, aranżacje piosenki. Podejmując decyzję, że to on będzie produkował, spodziewałem się, że takie porównania mogą mieć miejsce. Sam zresztą byłem ciekawy, czy to faktycznie będzie podobne. Słuchając kilku demówek, miałem tak, że „ooo, to brzmi jak refren u Artura”, faktycznie słyszę, że to jest stamtąd, że jest blisko.

Nie wiem, robię płytę z gościem, który odpowiadał za tamte rzeczy, więc jest to uzasadnione i logiczne. Gdyby minęło 15 lat, to może byłoby dziwne, że cały czas robi to samo, ale tak naprawdę nie upłynęło dużo czasu, a i tak mam wrażenie, że odkrył siebie na tej płycie w trochę inny sposób. Widać, że posłuchał innych rzeczy, wkręcił się w zachodni pop. Chociaż nie tylko zachodni, czasami puszczał naprawdę dziwne rzeczy… Jest teraz taki rosyjski raper Tommy Cash. Warto go obczaić.

Po „Małomiasteczkowym” twoi znajomi z Warszawy nie obrazili się, że nie chcesz mieć tu dzieci? Wśród moich znajomych chyba nie było obrażalskich. Dostałem jednostkowe wiadomości na stronie, że obrażam i pytania, po co atakuję. Mierząc się też z odbiorem tego utworu, zrozumiałem, że jeżeli mi się dostaje, to od dużo bardziej podobnych do mnie, małomiasteczkowych ludzi. Przyjeżdżają do Warszawy i zaczynają się dopasowywać do obcych kształtów, trochę zacierając swój.

Ostatnio, mówiąc o tym, znalazłem takie super zdanie, że z obawy przed nudą i przed tym, żeby nikt nie powiedział, że oni są nudni, zaczynają wpadać w wir dragów, imprez, nieustanny melanż. To jest ich pomysł na życie. Mówię o moich rówieśnikach, których widziałem. To oczywiście nie jest ich codzienność, ale w mojej ocenie zdarza się to zdecydowanie zbyt często.

W Dąbrowie czułeś się małomiasteczkowo? Nie. Poczułem się tak w Warszawie. Tam było wszystko wspaniale, ale tutaj serio miałem taki moment, który opisuję w piosence. Wybierałem ciuchy na siłownię, przymierzałem je… A to przecież tylko siłownia, tylko że taka, na której te wszystkie obcisłe stroje mają wyglądać ekstra. Raz na wakacje z przyjaciółmi chciałem zabrać sandały. Wyśmiali mnie. Oni nie są z Warszawy. Okazuje się, że mam jakieś tendencje do… hm, wieśniactwo to jest bardzo agresywne słowo i nie wiem, czy powinienem go teraz użyć. Nie chcę obrazić nikogo oprócz siebie. Ale czasami wydaje mi się, że jestem trochę wieśniakiem.

Jak masz okazję wrócić do Dąbrowy, to czujesz, że jesteś u siebie? Tak. Czasami mnie ludzie pytają, gdzie jest większy szał na ulicach – czy tutaj, czy tam. Ale w sumie w ogóle go nie ma.

Serio? No bardzo rzadko.

To dobrze, to znaczy, że ludzie umieją się zachować. Wydaje mi się, że ludzie w Warszawie są przyzwyczajeni do tego, że czasem mijają tych, którzy pojawiają się w telewizji albo na bilbordzie. Mają tak: „OK. Widziałeś? To był Dawid” – to jest ich reakcja. W Dąbrowie jest tak, że „O, widziałeś? To jest Dawid”. Nie mają potrzeby zderzenia się. Faktycznie w miastach, w których gramy koncerty i ludzie wiedzą, że tam jesteśmy, reagują inaczej. Zwłaszcza jak kupujesz w jakimś centrum handlowym bieliznę, bo zapomniałeś zabrać na koncert ciuchów z chaty. Wtedy są szaleni (śmiech).

Nawet jak przeglądałem zdjęcia z twojego koncertu z Dąbrowy, zobaczyłem transparent z napisem „Witaj w domu (nie)znajomy”. To musi być coś wyjątkowego. To jest śmieszna sytuacja, bo w ciągu tych sześciu lat zagraliśmy w Dąbrowie ze trzy razy. Zawsze miałem ogromne oczekiwania wobec tych koncertów, mówiłem: „Chłopaki, graliśmy w waszych miejscowościach, a teraz gramy w mojej. Zobaczycie, ci ludzie będą szaleni. Przecież pochodzę stamtąd i w ogóle”. I zawsze kończyło się rozczarowaniem, bo te koncerty nie żarły tak, jak myślałem i było mi przykro. Przy trzecim nie miałem już nawet oczekiwań. Wiedziałem, że będzie średnio i faktycznie tak właśnie było!

Nie wiem, od czego to zależało. Męczą mnie w tym radiu, przychodzę na Dni Dąbrowy i tak to wygląda? Wow. Miałem wrażenie, że nikogo to nie obchodzi, że przyszło dużo ludzi, którzy po prostu patrzą na nas i mówią: „Serio? O to tyle krzyku?”. Możliwe, że to nadinterpretacja i wkręcanie sobie rzeczy, których nie ma, bo jak gadałem ze znajomymi, którzy byli na tym koncercie, czy z rodziną, to tylko „brawo” i „super”.

Ale to nie było coś, co tylko ja czułem, bo chłopaki, z którymi grałem, też mówili że dziwnie, że kompletnie nie to. Byli zaskoczeni. Mówili, że jak ktoś przyjeżdżał do rodzinnego miasta, to zawsze było czuć energię, to, że prąd razi cię w powietrzu; jest atmosfera, czujesz, że jesteś ich, a u mnie było tak jakby nie chcieli, żebym tam grał. Nie rozumiem tego, ale może kiedyś zagram w Dąbrowie koncert, który będzie dobry.

Ostatnio trafiłem na utwór lokalnych raperów, który mówił o tym, że ulice są odremontowane i ładne, drzew jest dużo, a plaża jest bardzo przyjemna. Naszła mnie refleksja, czy aby nie masz poczucia, że twoje miasto i jego władze chcą się trochę przewieźć na twoim sukcesie, chcą cię zutylizować. Z wywiadów wynika, że zawsze byłeś układny. Pytanie, na jak dużą asertywność musisz się zdobyć? Bardzo rzadko ktoś z mojego miasta prosi mnie o cokolwiek. Ostatnio jest okres wyborczy, więc gdzieś tam to się zdarza, ale to są takie rzeczy, na które, szczerze mówiąc, nawet nie odpisuję. Może zabrzmi to jak kurtuazja i lokalny patriotyzm, ale mówię serio: zawsze mogliśmy liczyć na pomoc miasta i patrzyli na nas życzliwie. Myślę, że trochę dlatego, że od 11. roku życia chodziłem na zajęcia do ośrodka kultury – Młodzieżowego Ośrodka Pracy Twórczej (MOPT) – który był wspierany przez miasto. Wydaje mi się, że oni widzieli, że jestem, udzielam się, zgadzam się na wszystko, śpiewam gdzie trzeba. Z czasem zaczynało mi to wychodzić coraz lepiej, coraz więcej ludzi zaczęło widzieć w tym więcej niż występ dziecka z ośrodka kultury.

Z Curly Heads byliśmy raczej pozytywnie nastawieni do miasta, a ono nigdy nam nie przeszkadzało, wspierało i dofinansowywało każdą naszą płytę, co było super, bo nie musieli tego robić. Mogli tylko życzyć powodzenia. Mamy bardzo dobrą relację.

Doświadczyłeś kiedykolwiek napięć śląsko-zagłębiowskich? Osobiście nie. Mogłem obserwować pewne zaognione nastroje, ale tak naprawdę tylko w środowisku pseudokibiców. Dużo mamy klubów w bliskiej odległości. Prywatnie nie cierpiałem z tego powodu. Wydaje mi się, że dla starszych pokoleń ten podział był bardziej realny i faktycznie mieli o co się złościć. Teraz niektóre dzieci ludzi, których ten podział dotyczył, nie wiedzą nawet o co chodzi, z czego to wynika.

Podsiadło to hokejowe nazwisko. Jest nawet dwóch Podsiadłów w Sosnowcu. Nie pomylono was nigdy? Nie pytano czy grasz w hokeja? Nie. Jedyną osobą, z którą mnie łączono, był Jacek Podsiadło z Krakowa.

Wspominałeś, że chodziłeś do MOPT-u, śpiewałeś raczej średnio, a potem przyszła mutacja i nagle poczułeś, że coś dobrego może się z tym głosem wydarzyć. To musi być fajne uczucie odkryć, że masz taką broń. Często myślę o tym w naznaczony zapewne grami video sposób, że to jest supermoc. Nie lubię postrzegać się jako bohatera, ale to jest przedziwne, że jedną z najsilniejszych rzeczy, które posiadam, jest umiejętność śpiewania. Nie sądzę, że robię to wybitnie, ale na potrzeby tej rozmowy i tego przykładu załóżmy, że to potrafię. Sam koncept śpiewania, jak o tym myślę, to jest najzabawniejsza rzecz na świecie. Porozumiewasz się językiem i nagle jeden z członków grupy zaczyna śpiewać. Przecież to jest jakaś abstrakcja. W jednym momencie wydaje mi się to totalnie niemęskie, w sensie błahe. Jak można w poważnej życiowej sytuacji śpiewać?

Pomyśl o śpiewakach operowych. Twój śpiew przypomina jednak sposób, w jaki mówisz na co dzień. Zgoda, chociaż założyłbym, że to jest o tyle dalej od sposobu mówienia, że możesz to potraktować po prostu jako inny język. A w „zwykłym” śpiewaniu śmieszne jest to, że nagle ktoś zaczyna przeciągać sylaby, skracać, nadawać melodię słowom. Śpiewanie jako koncept jest po prostu fascynujące.

Jak sobie pozwalam na chwilę przemyśleń na ten temat, to jest to dla mnie przedziwne, że to robię. Ale pierwszy moment, w którym poczułem, że to ma sens, że mogę się zbliżyć do prawdziwego wokalisty, był super! Kokietować mogę dużo i zresztą to robię, ale ostatecznie wiem, że śpiewanie działa, wiem co robić, żeby było dobre. Jeżeli jest złe, to wiem, co zrobiłem źle. Nie ukrywam też, że uwielbiam śpiewać. To jest po prostu niesamowite uczucie.

Inaczej odczuwasz posługiwanie się swoim głosem, a inaczej instrumentem? Można to jakkolwiek porównać? Niespecjalnie gram. Mam podstawowe umiejętności, bo chodziłem cztery lata do szkoły muzycznej, ale nawet zagranie z marszu 30-minutowego koncertu byłoby dla mnie problemem, jeżeli nie miałbym towarzyszącego muzyka. To jest mój problem. Chcę to zmienić. Chcę posiadać jakieś większe kompetencje.

Jestem wystarczająco wyedukowany, żeby komponować sobie piosenki, ale moje umiejętności w śpiewaniu i graniu to jest niebo a ziemia. Jakbym miał na szali położyć granie i śpiewanie, to trzeba byłoby powiedzieć, że umiem śpiewać, a nie umiem grać.

Jesteś typem, który nie traktuje sociali wyłącznie PR-owo. Jest na płycie mowa o tym, że nie zawsze potrafisz to odciąć, że masz wrażenie, że ktoś w brudnych butach włazi ci do domu. To musi być ciężkie w dzisiejszych czasach, bo trolling jest wszędzie. Podejrzewam, że im więcej sławy, tym więcej intencji u ludzi, żeby cię po prostu sprowokować, mieć tę niską, tanią satysfakcję. Ostatnio jeśli chodzi o social media przeżyłem taką zmianę, że pousuwałem praktycznie wszystkie prywatne rzeczy z Instagrama. Usunąłem z telefonu aplikację Insta i Facebooka, żeby nie tracić na to czasu w ciągu dnia, mimo że to sprawiało mi jakąś przyjemność. Teraz noszę ze sobą książki i jak gdzieś jadę, to staram się przeczytać z nich dwie strony zamiast patrzeć w telefon. Czuję, że tak potrzebuję.

Utrzymam w postach na Facebooku ten prywatny, fajny stosunek, bo bardzo sobie cenię, że sam je komponuję, że są one emocjonalne, a nawet trochę za długie. To może powodować, że nie mam tam miliona fanów, że jest ich 350 tys. Wiem za to, że są od początku, bardzo aktywni, przyzwyczajeni do systemu, w którym prowadzę naszą relację. To mi się podoba, więc na pewno będę kontynuował. Instagrama zacznę raczej traktować bardziej profesjonalnie, zwłaszcza że poprosiłem moją ekipę, żeby się tym zajęła. Byłem od niego zbyt uzależniony, żeby teraz na niego patrzeć.

tekst: Marcin Flint | zdjęcia: Jacek Kołodziejski/ Sony Music
ultramaryna, listopad 2018






>>> Dawid Podsiadło @ Fb




WYGRAJ PŁYTĘ!

Mamy dla Was dwie płyty „Małomiasteczkowy”. Aby zdobyć jedną z nich, należy utworzyć ciąg 5 skojarzeń zaczynający się od słowa: małomiasteczkowy, a kończący na: Matylda. Pomysły zamieszczajcie w komentarzach pod wywiadem.

Wpis należy opatrzyć swoim imieniem i nazwiskiem lub nickiem oraz adresem e-mail. Podanie adresu jest wymagane, można dokonać zapisu z [at] lub ze spacją. Nagrodzimy dwóch autorów najciekawszych ciągów opublikowanych do 20.11 (do północy). Uwaga! Odbiór nagród osobiście w naszej redakcji.

Biorąc udział w konkursie zgadzasz się na przetwarzanie swoich danych osobowych przez Ultramarynę w celu przeprowadzenia konkursu.








KOMENTARZE:

2018-11-12 18:02
małomiasteczkowy - spokój - serce - miłość - Matylda
Dąbrowianka

2018-11-08 07:54
małomiasteczkowy - drzewo - samotność - tęsknota - Matylda
jacogar


SKOMENTUJ:
imię/nick:
e-mail (opcjonalnie):
wypowiedz się:
wpisz poniżej jakie miasto jest stolicą Polski:
teksty
DAWID PODSIADŁO: Co przeżyte, to zaśpiewane
Z Dawidem Podsiadło, wokalistą będącym chlubą Dąbrowy Górniczej, rozmawiamy o osobistym charakterze właśnie wydane... >>>
komentarze: 2

JACEK BOŃCZYK: Dobrze się dzieje
Jacek Bończyk to w światku piosenki aktorskiej jedno z najważniejszych nazwisk. Pamiętny zwycięzca Przeglądu Piosenk... >>>

DZIELNICA BRZMI DOBRZE: Katowickie dzielnice brzmią bardzo dobrze
Tytuł Miasta Muzyki UNESCO zobowiązuje! Na szczęście w Katowicach dobrych dźwięków nie brakuje. Wystarczy tylko umieć je... >>>

PIOTR SCHMIDT: Chciałem sobie sprawić prezent
Zaczynał jako student Akademii Muzycznej w Katowicach. Teraz jest stypendystą University of Louisville w Kentucky (U... >>>
komentarze: 10

JUSTYNA ŚWIĘS: Małe rytuały
Justyna Święs pięć lat temu stawiała swoje pierwsze kroki na scenie muzycznej. Nieśmiała dziewczyna o niesamowitym g... >>>

KUBA WIĘCEK: Jazz spoza szuflady
Zdobywca Fryderyka za jazzowy debiut 2017 roku oraz Mateusza Trójki, student prestiżowego Rhythmic Music Conservator... >>>

ŚLĄSKA FILMÓWKA: Katowicka Nowa Fala
Laurki mają to do siebie, że ociekają słodyczą i trudno w nie uwierzyć. Na szczęście z okazji 40. rocznicy istnien... >>>
po imprezie
Ostatnio dodane | Ostatnio skomentowane
Off Festival 2018
10.08.2018
Festiwal Tauron Nowa Muzyka 2018
2.07.2018
Off Festival 2017
8.08.2017
Festiwal Tauron Nowa Muzyka 2017
7.07.2017
Gorillaz
20.06.2017
Podziel się z resztą świata swoimi uwagami, zdjęciami, filmami po imprezach.
o nas | kontakt | reklama | magazyn | zgłoś błąd na stronie | © Ultramaryna 2001-2018, wszystkie prawa zastrzeżone