Serwis Ultramaryna używa plików cookies. Odwiedzając nasze strony akceptujesz otrzymywanie cookies (ciasteczek). Warunki dostępu do plików cookies możesz określić w swojej przeglądarce.

ZAMKNIJ

Ultramaryna | URSZULA ANTONIAK: Nie ma kina bez myślenia
czwartek 26.04.18

START
LOKALE
FORUM
BLOGI
zgłoś imprezę   
  ultramaryna.pl  web 
URSZULA ANTONIAK: Nie ma kina bez myślenia

Urszula Antoniak. Reżyserka z własnym, bardzo charakterystycznym stylem. Scenarzystka. Urodzona w Częstochowie, absolwentka katowickiego Wydziału Radia i Telewizji UŚ, od lat mieszka w Holandii, gdzie studiowała w prestiżowej Nederlandse Film en Televisie Academie (NFTA) w Amsterdamie.

Jej pierwszy fabularny film „Nic osobistego” (2009) miał premierę na festiwalu w Locarno, gdzie został uznany za najlepszy debiut. Od tamtego czasu Antoniak jest stałym gościem wielkich festiwali filmowych – od Cannes po Warszawski Festiwal Filmowy i Nowe Horyzonty. Jest autorką takich obrazów jak „Code Blue” (2011) i „Strefa nagości” (2014), a jej ostatni film „Pomiędzy słowami” (będący polsko-niemiecką koprodukcją) właśnie wchodzi na ekrany polskich kin.

Jest artystką, która rzadko wybiera drogę twórczego kompromisu. Eksperymentuje, poszukuje, nie boi się wyzwań. Uznawana za holenderską reżyserkę polskiego pochodzenia, nigdy nie wypiera się swoich korzeni, co chyba najlepiej widać w jej najnowszym obrazie. O miejscu emigranta we współczesnym społeczeństwie, o dostosowywaniu się, szukaniu siebie i swojej tożsamości rozmawiamy z Urszulą Antoniak tuż po przedpremierowym pokazie „Pomiędzy słowami” w Kinie Światowid.

Ultramaryna: Moja koleżanka jest artystką wizualną, pojechała do Londynu, pisze doktorat, nie czuje się emigrantką, już nie te czasy. Dla mnie też już chyba nie istnieją emigranci w pełni znaczenia tego słowa. A jednak i Piotr Domalewski w „Cichej nocy”, i pani w „Pomiędzy słowami” robicie o nich filmy.

Urszula Antoniak: Pani koleżanka jest artystką, obywatelką świata. Artyści wyjeżdżają inaczej, żyją za granicą trochę innym życiem. Bardzo wiele zależy od tego, kim się jest, po co chce się wyjeżdżać, do jakiej grupy przynależeć. Mój bohater myśli nie tylko o tym, żeby „stać się Niemcem”. On chce być taki, jak otaczający go ludzie – prawnicy. A prawnicy w Berlinie to bardzo specyficzna grupa…

No dobrze, więc pani bohater, żeby się wtopić w niemieckie społeczeństwo, musi najpierw stać się prawnikiem? O nie, nie to jest sednem tej sytuacji! Mnie chodzi o coś innego. W „Pomiędzy słowami” jest scena, nakręcona w zwolnionym tempie, kiedy prawnicy siedzą, sączą drinki, powoli podnoszą kieliszki. Ci ludzie, których pani tam widzi, to prawdziwi prawnicy, których zaprosiłam na plan.

Swoją drogą byli bardzo zadowoleni, że grają w filmie. Pomalowani, przygotowani do ujęcia, stanęli w rządku pod kilkutonowymi, wielkimi lampami wyładowczymi i zaczęli opowiadać nam, że gdyby te lampy na nich spadły, to i nasze wnuki nie zdołałyby się im wypłacić…

Po co byli oni pani na tym planie? W latach 30. niemiecki fotograf August Sander wydał album zawierający portrety grup zawodowych. Chciał tak po prostu pokazać, jak wygląda rolnik, jak nauczyciel, jak inteligent, a jak kloszard. Słowem – czy po wyglądzie można poznać zawód napotkanego człowieka. Mnie też, już ze współczesnej perspektywy, zastanawia, czy można po twojej zewnętrzności określić, kim jesteś. Na przykład, czy widać, że jesteś prawnikiem.

Jeden z moich statystów to właściciel ogromnej firmy, jednej z największych na świecie, która ma filie w 70 krajach, a kontrakty przygotowuje tam przez półtora roku 30 osób w kilkudziesięciu miejscach globu. Kontrakt zajmuje cały pokój – widziałam to, bo w ramach dokumentacji byłam w takim pokoju. I teraz pytanie – czy po nim to widać? A jeśli tak, to w czym? W gestach? Ruchach? Czy jeśli odebrać prawnikowi jego narzędzie pracy, czyli mowę, to on dalej „wygląda” na prawnika? Stąd ta scena.

Może w takim razie pani film wcale nie jest o emigracji, ale o tożsamości? Oczywiście, że to nie jest film o emigracji. Albo może – nie tylko o niej. Rzeczywiście, to film o tożsamości, ale i o czymś jeszcze – o różnicach społecznych.

Przyglądam się Michałowi i zadaję pytanie, czy pieniądze, które zarabia, dają mu wolność decydowania o sobie. Czy jest od kogoś zależny, czy nie? Kiedy się tę niezależność osiąga i czy wystarczą do tego jedynie pieniądze? On już przekroczył ten „pierwszy próg”. Nauczył się doskonale języka, został zaakceptowany, ma super pracę, być może jest jedynym Polakiem, który ma taką pozycję w Berlinie.

Ale jednocześnie wie, ma świadomość, że „stanie się jednym z nich” tylko wtedy, kiedy będzie od nich lepszy i, powiedzmy, zostanie współwłaścicielem takiej firmy. Dopiero wtedy jego polskość nikogo nie będzie obchodzić.

A czy jego w ogóle interesuje jego polskość? Nie, kompletnie nie. On żyje teraźniejszością, co akurat jest dość charakterystyczne dla każdego emigranta…

Michał nie jest emigrantem. Jest obywatelem świata. Będę się z panią spierała – oczywiście, że jest emigrantem. To człowiek, którego życie jest rozerwane na dwie części, dzieciństwo i przeszłość w jednym kraju, teraźniejszość w innym. Takie życie wymusza fragmentaryczność osobowości, i to jest też i moje doświadczenie. Każdy Holender, którego znam, świat dzieciństwa ma za oknem, no powiedzmy w promieniu kilku kilometrów. Ja nie mam tak łatwo.

To naprawdę takie ważne? Nawet nie wie pani, jak bardzo. Jeśli byliśmy kochani w dzieciństwie, to może jest to bzdura, nie myśli się o tym, bo nie myśli się o korzeniach, ma się poczucie bezpieczeństwa, świat stoi otworem i zawsze ma się gdzie wracać. Ale jeśli nie było się kochanym – tak jak mój bohater – i wyjeżdża się po to, żeby swój świat na nowo zbudować, to często ma się z tyłu głowy takie myśli: jeśli się będę starał, jeśli dam z siebie wszystko, będę ciężko pracował, to przecież mnie zaakceptują.

Dla Michała Niemcy to taki zastępczy ojciec. Mój bohater robi wszystko, żeby – symbolicznie – zarobić na miłość. Ważna jest dla mnie postać czarnego poety. Michał wydaje się mówić do niego: hej, rozumiem cię, też jestem tu obcy, przyjezdny, ale ja na moją pozycję ciężko pracowałem, a ty tu siedzisz i żądasz, i dostajesz od razu wszystko, co tylko chcesz. To pycha i obserwowanie upadku naszego bohatera. Człowieka, który zaczyna myśleć tak jak ludzie, których nienawidzi.

I w życiu tak bywa? Proszę pamiętać, że ten film nie jest odbiciem rzeczywistości, że jest pewną summą.

Zgadzam się. „Pomiędzy słowami” to film dużo głębszy, uniwersalny. Ja przecież nigdy nigdzie nie wyjechałam, a w jakimś sensie to jest też film o mnie, o moim środowisku, o wtapianiu się. I dlatego analizowanie go wyłącznie przez pryzmat emigracji wydaje mi się straszliwie powierzchowne. Nie mam wpływu na to, jak film jest opisywany. Widz, który przeczyta opis, że „to obraz o polskim emigrancie, do którego przyjeżdża ojciec i próbują budować relację”, wyjdzie z kina rozczarowany. Ale nie dziwmy się, że kiniarze czy dystrybutorzy używają klisz i zbitek słownych, które odpowiadają na – często nieprawdziwe – oczekiwania widzów. Bo widz chce pójść do kina i się wzruszyć. Nie jestem tego taka pewna.

Emocje w kinie powinny służyć do czegoś innego, do poruszenia w odbiorcy warstwy intelektualnej. Film, który używa emocji dla samej emocji, to pornografia. Nie ma kina bez myślenia. I to i widza, i artysty, który film tworzy. To taka relacja na zasadzie „pokaż mi, co myślisz”, na przykład o śmierci.

Pani filmy sprawiają wrażenie kina autorskiego, artystycznego, kręconego bez ograniczeń i kompromisów. Mam świadomość, jak działa system, jak ważna jest promocja, festiwale, agent sprzedaży, jak ważne są w filmie pieniądze. Ale staram się tak ustawić wobec tego systemu, żeby robić filmy po swojemu. Może ten low-budget nie wpływa aż tak bezpośrednio na moją twórczość, ale czasem eksperymentowanie bierze się z konieczności, a nie z artystycznych wyborów.

Coppola zapytany, kim jest reżyser, odpowiedział tak: film to lokomotywa, jedzie bardzo, bardzo szybko, a reżyser to jest ta osoba, która biegnie przed lokomotywą. I ja się często tak czuję. Spadam, spadam, lecę, mam nadzieję, że się nie połamię, upadam, ale nie, jednak stoję, otrząsam się i idę dalej. Takie jest dla mnie robienie filmu.

Za każdym razem? Oczywiście. Proszę sobie wyobrazić, że mamy tylko 25 dni zdjęciowych, lokacje spadają każdego dnia, sceny wypadają ze scenariusza, tego nie można nakręcić, tego też nie można, to nawet można, ale nie tak, jak się chciało.

Po 12 godzinach wracam do hotelu, przepisuję scenę, ale właściwie to muszę przepisać cały film, bo skoro coś wypadło, to coś innego przestaje mieć sens. Robienie filmów to wyczerpujące zajęcie, „more athletic than estetic”. Jestem dosyć twarda, może dlatego, że jestem z Polski. Pewnie wrażliwość też się jednak z tego bierze.

Czyli ta polskość jednak ma znaczenie. Jasne. Gombrowicz powiedział, że Polska nie jest na Krakowskim Przedmieściu, ale w naszych reakcjach na muzykę czy, szerzej, na rzeczywistość. Też tak to widzę, bo przecież – o czym mówiłyśmy wcześniej – nie ma co uciekać od świadomości, że kształtuje nas nasze dzieciństwo i nasza młodość. Osobnym pytaniem jest, czy czuję się Polką.

Dziś wielu ludzi mówi „jestem z Polski”, ale czy to znaczy to samo, co „jestem Polakiem”? Mnie coś wyrzuciło w świat, zmieniłam się przez to, nabrałam przeróżnych cech, nie wiem czy fakt, że jestem bardziej pragmatyczna niż kiedyś, to konsekwencja faktu, że mieszkam w Holandii. Nie mówiąc o tym, czy to mnie czyni Holenderką.

Wracamy do rozmowy o tożsamości. Tak, tej wewnętrznej i zewnętrznej. Od wewnątrz jestem sobą, mam własną, niepowtarzalną tożsamość. W moim umyśle są cztery języki, one pływają, przeplatają się, a moje cechy są tylko moje. Na zewnątrz przypisano mi tożsamość – jestem zależna od tego, jak ludzie mnie widzą, co mi przypisują, jak opisują.

Jestem dla niego Holenderką czy nie jestem? A co jeśli ja się czuję Holenderką, a dla niego wcale nią nie jestem? Można powiedzieć – co z tego. Ale jeśli to się dzieje codziennie, każdego dnia i na każdym kroku ludzie przypominają ci, że jednak jesteś tu, ale nie jesteś taki jak my. Co wtedy? To są egzystencjalne dylematy mojego bohatera.

I pewnie pani? Pewnie każdego emigranta. Każdego, kto choć na chwilę gdzieś wyjechał.

Dziękuję za rozmowę.

tekst: Joanna Malicka | zdjęcia: Opus Film (Maciej Zienkiewicz i Olaf Tryzna)
ultramaryna, luty 2018















KOMENTARZE:

nie ma jeszcze żadnych wypowiedzi....


SKOMENTUJ:
imię/nick:
e-mail (opcjonalnie):
wypowiedz się:
wpisz poniżej jakie miasto jest stolicą Polski:
teksty
MIROSŁAW NEINERT: Poza bufetem
Aktor, reżyser. Kiedyś namiętnie palił fajkę, dziś od czasu do czasu zapala kubańskie cygaro. Z wyboru, duszy i se... >>>

MATEUSZ ZNANIECKI: Lubię, gdy scena mnie zaskakuje
Aktorstwa uczył się w łódzkiej filmówce. Ćwiczył deklamację wiersza, gdy w tym samym czasie w głowie rodziły się pie... >>>

WALEK NENDZA: Siedem paszportów
Prawdziwy człowiek gór. Wieloletni instruktor Polskiego Związku Alpinizmu, działacz Klubu Wysokogórskiego w Katowi... >>>

KAROLINA OŚKA: W poszukiwaniu różnorodności
Klasycznie przeszła liczącego 1000 metrów wysokości Freeridera na kultowym El Capitanie, ma za sobą pierwsze polsk... >>>
po imprezie
Ostatnio dodane | Ostatnio skomentowane
Off Festival 2017
8.08.2017
Festiwal Tauron Nowa Muzyka 2017
7.07.2017
Gorillaz
20.06.2017
Colin Stetson
19.12.2016
Julia Marcell
21.11.2016
Podziel się z resztą świata swoimi uwagami, zdjęciami, filmami po imprezach.
o nas | kontakt | reklama | magazyn | zgłoś błąd na stronie | © Ultramaryna 2001-2018, wszystkie prawa zastrzeżone