Serwis Ultramaryna używa plików cookies. Odwiedzając nasze strony akceptujesz otrzymywanie cookies (ciasteczek). Warunki dostępu do plików cookies możesz określić w swojej przeglądarce.

ZAMKNIJ

Ultramaryna | MACIEJ OBARA: Muzyka to nie bieg przez płotki
wtorek 12.12.17

START
LOKALE
FORUM
BLOGI
zgłoś imprezę   
  ultramaryna.pl  web 
MACIEJ OBARA: Muzyka to nie bieg przez płotki

Pochodzi z Jeleniej Góry, ale to Katowice wykształciły go i dały mu przyjaźnie trwające do dziś. Stały się wrotami do światowej kariery, ugruntowanej właśnie nagraną w kwartecie płytą „Unloved”, wydaną w słynnym, monachijskim ECM. Ten wyczyn udał się wcześniej tylko dwóm Polakom! Z saksofonistą Maciejem Obarą, liderem Obara International Quartet, rozmawiamy o pierwszej studyjnej płycie, byciu cool, Śląsku-oazie, polskim jazzie i przyszłych celach.

Ultramaryna: Co zrobiłeś, jak już miałeś w ręku „Unloved”? Spojrzałeś wstecz, żeby zastanowić się nad tym, gdzie doszedłeś? Pomyślałeś, że jesteś przez to jednym ciągiem wymieniany z Marcinem Wasilewskim oraz Tomaszem Stańko, dawnym mistrzem? To w karierze kropka nad i, czy przeciwnie, nowy początek?

Maciej Obara: Tak, obrazek tych wszystkich lat rzeczywiście przemknął mi przed oczami. Ale przede wszystkim poczułem wewnętrzne spełnienie, satysfakcję, że rzecz, o której marzyłem stricte zawodowo i wydawniczo, stała się faktem. Potem przyszła refleksja, że to może być ten moment, w którym pojawi się jeszcze większy luz. I rzeczywiście pojawił się. To jest fajne uczucie. Przez to, ile ECM ma lat oraz jaki katalog, daje swoistego rodzaju wsparcie. W końcu nie muszę nadmiernie niczego wyjaśniać oraz przekonywać kogoś do swojej wartości. Świat jest prosty. Są ludzie, którzy cenią tę wytwórnię, bo jest za co, oraz tacy, którzy jej nie lubią i cześć. Natomiast nie odbierzesz Manfredowi Eicherowi (szef ECM – przyp. red.) historii, artystów w katalogu oraz realizacji nagrań. Jeśli tego nie szanujesz, to również powiem: cześć.

Zwłaszcza, że ponad dekadę na to pracowałeś. Droga była długa i zawsze trudna. Nawet pierwszy dzień nagrań był dużym rozczarowaniem – i dla ciebie, i dla szefa ECM-u. Rozczarowaniem zapewne nie. Przygotowanie fortepianu sprawiło najwięcej niespodzianek. Nie stroił tak, jak należy. To już na starcie ucięło nam pierwszy dzień, bowiem nic z niego nie mogło wejść na płytę.

Na długo przed wejściem do studia zastanawiałem się, jak będzie wyglądać praca. Problem był tylko jeden – ten zespół nigdy nie nagrywał w studiu, zawsze live. To inny rodzaj energii, rozpraszają cię techniczne sprawy, zastanawiasz się nad komfortem, czy uda się muzykę dobrze uchwycić.

Pierwszy dzień był roboczy. Wówczas słuchaliśmy tego, co nagrywaliśmy, analizowaliśmy to. Jak zebrać to do kupy i zrobić z tego opowieść? Jakie utwory wybrać? Rzadko się zdarza, żeby po jednym dniu płyta była gotowa, bo to torpeda, burza mózgów, wykańczająca praca. Po paru godzinach nagrania Manfred ciągle jeszcze szukał materiałów. I całe szczęście, że mój zespół gra ze sobą sześć lat, bo moglibyśmy mieć problem. A jeśli rozchodzisz się z niczym, to wiesz, że został ci tylko drugi dzień i jak niczego wtedy nie nagrasz, to klęska. Taka perspektywa wywiera presję.

Tak, zwłaszcza że studio nieoswojone, a naokoło mroźne, jak mniemam, średnio przyjazne styczniowe Oslo. Tutaj akurat muszę cię zaskoczyć, bo klimat się ociepla i nie było wcale tak strasznie (śmiech). A studio wspaniałe – loftowa przestrzeń, wysokie pomieszczenie otoczone wielkimi szybami, w którym jest nieprawdopodobnie jasno. To dobre dla psychiki, zresztą mi wystarczy być ze swoimi muzykami, żeby wszędzie czuć się jak u siebie. Idealne warunki do pracy.

Która w końcu ruszyła z kopyta. Ostatecznie część przewidzianych rzeczy na albumie się nie pojawiła, na prośbę Manfreda sięgnęliśmy też po starsze utwory, których nie znał, grywane przez kwartet trzy, cztery lata temu. Graliśmy przy nim, on siedział i notował, w końcu obwieścił, że ma tych siedem numerów i następnego dnia poda tytuły, po czym zobaczymy, co się wydarzy. Powybierał bardzo świadomie i ułożył historyjkę. O nas. I nagraliśmy całość w godzinę, z jednym podejściem do każdego utworu, może tylko zmieniając potem kolejność. Wyszedł taki studyjny live.

Mógłbyś gwiazdorzyć, lubisz podkreślać jednak rolę zespołu. Nie może być inaczej. Musisz mieć zespół, z którym naprawdę grasz, coś przeżyłeś, żeby poważnie myśleć o robieniu wspólnie muzyki. Te przypadkowe sesje bez prób z ludźmi, z którymi się nie grywa, raczej się nie sprawdzą. Tak to można stworzyć kolejny jamowy album na zasadzie „zróbmy, nagrajmy, jakoś będzie i wydamy”. Nie lubię tego. Dobre płyty raczej nie powstają na kolanie. A jeśli już, to serio musi być to piękna chwila.

Sprawdzałem, co współpracownicy o tobie mówią i powtarzającym się słowem jest „przyjemność”. To wcale nie musi być kurtuazja. Jesteś bezproblemowy? No nie wiem, jestem za to wesołym gościem i może dlatego ludzie mnie lubią. Mam nadzieję, że tak jest. Staram się być cool na tyle, na ile jest to możliwe. Zmieniłem się pod tym względem. Jak mam swoje uwagi i własną perspektywę, to rozmawiam o niej tylko z tymi, z którymi naprawdę mogę tak robić.

Nadrzędną zasadą powinno być to, że jak się na coś decydujesz i coś robisz, to nie możesz krzywdzić ludzi, bo ci coś nie odpowiada. Jeżeli w to wchodzisz i na koniec robisz syfiastą atmosferę, to zaprzeczasz swojej decyzji. Kiedy między ludźmi jest w porządku, muzyka przychodzi łatwiej, przynajmniej ja mam takie wrażenie.

Typ wykładowcy-tyrana z oskarowego „Whiplash” ci nie imponuje? Ten film totalnie spacza ideę bycia muzykiem. To nie jest bieg przez płotki. Czasem wspaniała muzyka nie wymaga bycia kaskaderem. Wielu udowodniło, że nie trzeba wygrać wszystkiego, żeby zrobić coś pięknego. To, z kim grasz, ostatecznie determinuje to, gdzie jesteś. Jeżeli dobrze znam swoich muzyków, to wyobrażam sobie ich brzmienie, wiem, co dla kogo mogę zrobić w partyturze, którą przynoszę. I potem patrzę na to, jak wiele dzięki nim się zmienia. Ich silne osobowości nastrajają mnie do tego, żeby pisać muzykę.

Pierwszym słowem w napisanej przez Dorotę Szwarcman recenzji waszej płyty była „wyrazistość”. To dla jazzmana teraz kluczowe? Największym wyzwaniem jest mieć pomysł na siebie. Wszystkiego jest dużo. Nowa płyta zjada inną nową. W dzisiejszych czasach trzeba się bardzo umiejętnie edukować, bo na koniec możesz być każdym i nikim. Przy tym, ile się dzieje, łatwo zostać więźniem toczących cię przez całe życie fascynacji. Nie masz w tym miejsca na siebie.

Jak w tym całym gąszczu wykreować tożsamość, nie imitować bez przerwy pomimo nauki, bo ucząc się, każdy na początku imituje? Jak przefiltrować wszystkie bodźce, żeby usiąść do pianina czy saksofonu i mieć przed oczami tylko siebie i rzeczy, które uwolnisz? Największą sztuką jest to osiągnąć, ogarnąć się, napisać kilka melodii, o których ludzie powiedzą, że ich wcześniej nie słyszeli albo je po prostu lubią. Dla mnie muzycy są do tego wręcz zobligowani.



Jakie miejsca, wydarzenia i osoby stworzyły Macieja Obarę? Jestem ciekaw roli katowickiej Akademii Muzycznej, zwłaszcza w kontekście tego, że takie uczelnie potrafią bezlitośnie formatować. Życiem rządzi pewien przypadek. To dzięki niemu spotykasz konkretnych ludzi. Ja trafiłem na Jerzego Główczewskiego, który nigdy nie był indoktrynującym mnie gościem. Mało tego – studiowałem to, na co miałem ochotę. Nie jestem typem sidemana, wykwintnego gościa przygotowanego do grania wszystkiego.

Studiowaliśmy rzeczy, których inni studenci nigdy z nim nie robili i to mi pomogło. Jestem za to mu cholernie wdzięczny, bo nigdy krytycznie się nie odniósł do tego, co wyprawiam. Może to na początku było nie do słuchania, a teraz jest ładniejsze, bo pozwolił, żeby było momentami koszmarne, a ja mogłem w tym dłubać i rozwijać siebie. Jerzy to bardzo inteligentny i utalentowany gość.

Następnym krokiem był Stańko, za sprawą którego zacząłem grać polską muzykę. Pojawił się Komeda. W katowickiej szkole się o takich rzeczach nie rozmawiało, a to historyczny rys, nasza tradycja muzyczna, repertuar ciemny, głęboki, nostalgiczny, który utkwił we mnie, bo trafia w mój gust. To kolejny krok.

Jak to się nie rozmawiało? Nie tylko w Katowicach, ale i w całej Polsce kładzie się nacisk na amerykańską muzykę, bo jazz jest stamtąd. Nie ma tych dodanych elementów, słabiej sklasyfikowanych, niekoniecznie dosłownych odniesień do historii muzyki amerykańskiej. Myślę, że to byłoby bardzo cenne uzupełnienie.

Ale ty pojechałeś do Ameryki. Żeby przekonać się, że ten jazz, który u nas się imituje, nie jest tym, który oni grają właśnie tam. Miałem wybór – mogłem pójść w to i zostać tam, żeby robić to tak jak oni. Ale ja nie czułem, żeby to było moje. Słuchałem i słucham Amerykanów do dziś. Uwielbiam ich. Pomimo to zacząłem rozwijać się na kanwie własnych doświadczeń muzycznych, ufać sobie i pisać tak, jak ja czuję. Myślę, że to była dobra droga: myślenie w kontekście szerszego obrazka, który zdobyłem, stykając się z tym wszystkim. Na pewno tego potrzebowałem.

Twoim doświadczeniem stał się Komeda, obecny również na „Unloved”. On jest taką lampą, wokół której krążą wszystkie ćmy, od Urbaniaka, przez Możdżera, po Sadowską. Czy to ska-jazz, hiphopowe „kopiuj-wklej”, czy future jazz bądź alternatywa – on i tak zawsze wypłynie. Nagrał kilka takich piosenek, że cały świat je zna. Trochę po sobie zostawił. A nie był wcale aż tak bardzo znany, pomogło to, że Stańko non stop grał jego muzykę, 40 czy 50 lat po jego śmierci.

Komeda we własnej twórczości miał tę swoją smugę, brzmienie, które do dziś odbija się u nas szerokim echem. Goście, którzy potrafią zaistnieć, potrzebują dużo przestrzeni na indywidualizm i komponowanie. To jest sposób na wyzwolenie własnej osobowości. Wszystko, co nas otacza, trzeba umiejętnie i kreatywnie, ze swojej własnej perspektywy adaptować.

A jak podchodziłeś do wichrzycieli grających jazz jak punk rocka, często bez odpowiednich umiejętności, za to z pazurem i sercem? Mam tu na myśli yass i jego następców. Jazzmani bywali zirytowani. Co z tego? Niech se będą. Miłość Tymona Tymańskiego i Trzaski, bo pewnie ją głównie masz na myśli, to była energia, flow, streaming rzeczy, które nigdy się nie wydarzyły w Polsce. Jeżeli przestaniesz analitycznie traktować muzykę, zastanawiać się, który dźwięk w jakim akordzie ktoś zagrał i spojrzysz na całokształt tego nieprawdopodobnie dziwacznego miksu w tym projekcie, przyjmiesz wypływającą z niego szczerość, to przestaniesz gadać takie pierdoły.

Muzyki trzeba słuchać umiejętnie, a nie za każdym razem zastanawiać się, kto co zagrał, czy fraza jest wyćwiczona czy nie i czy ma sens w tym kontekście. Tak wąsko słuchają ci, którzy w akademiach spędzili zdecydowanie zbyt dużo czasu. W pewnych przypadkach to podejście nie zadziała. Nie brak zespołów, które nie miały w składzie wirtuozów na każdej pozycji, a pociągnęły za sobą kulturową falę. I za Miłością, z północy, taka fala właśnie szła. Do tego dodaj kontekst czasów, w których to wszystko się wydarzyło. To była wielka sprawa.

Ty nie szukałeś inspiracji na polskiej scenie, tylko w korespondencji z Manfredem. Wysyłałeś mu muzykę raz w roku. To, co odpisywał, napędzało mój rozwój. Dłubałem, bo wydawało mi się, że ECM jest w zasięgu ręki. Bez tego bym nie przetrwał. A później kluczowy okazał się dobór muzyków. Pojechałem na Take Five: Europe, gdzie poznałem kolegów z Norwegii. Z kolei Dominika, pianistę, poznałem u Stańki. Dodatkowo miałem fajnych przyjaciół na Śląsku, bo mieszkałem tu kupę lat. Był moją oazą. Pozytywni ludzie pchali mnie do przodu, stali za mną.

Na przykład Marian Oslislo, były rektor ASP. Super gość, wielki fan muzyki, kolekcjoner płyt, koneser sztuki, u którego jestem traktowany jak członek rodziny. Wiele czasu spędzaliśmy razem. Wieczorami wyciągał płyty i mówił: „Posłuchaj tego”, z tym swoim radosnym uśmiechem, jakby wygrał w totka. Muzyka go niesie.

Andrzej Kalinowski i jego festiwal „JaZZ i okolice” to bardzo mocny punkt na festiwalowej mapie Polski. W ramach jego współpracy z Instytutem Jazzu w Katowicach odbyły się świetne warsztaty z kadrą SiM z Nowego Jorku. Poznałem wtedy wielu ważnych ludzi. Z kolei Ars Cameralis dało mi pieniądze na wyjazd do Stanów, gdzie nagrałem płytę z Amerykanami, którą zresztą mi również wydali. Rzeczywiście musiałem być lubiany, bo wiele dobrego spotkało mnie z różnych stron.

Nie żałujesz przeprowadzki do Warszawy? To więcej możliwości, więcej klubów, ale nie wiem, czy więcej twórczej energii, większej kreatywności nie znalazłbyś na południu. Ta przeprowadzka raczej nie zmieniła niczego w moim życiu artystycznym. Połowa zespołu nadal jest w Norwegii, a pianista pod Krakowem. W pewnych sprawach ułatwiła dostęp do mediów oraz ludzi, z którymi możesz porozmawiać o tym, co robisz, co niezwykle sobie cenię. Jest dużo fajnych gości, którzy mają luz i potrafią pomóc. Jednak większa część moich kontaktów i rzeczy, które robię, są poza Polską. Warszawa to miejsce, gdzie ostatecznie przeprowadza się większość muzyków po akademiach, a więc mam tam kilku ważnych i bliskich mi przyjaciół. Cenię sobie właśnie to, że są w pobliżu.

Mam swój ulubiony sklep, Plakaton, gdzie wielki fan muzyki, Jarek Polit, zawsze puszcza coś ciekawego do słuchania. Można na wesoło wypić wino i usłyszeć oraz kupić jakiś winyl. Warszawa to też miejsce, z którego dobrze się podróżuje. A co do Śląska, to mam sentyment – do miejsca oraz ludzi, dla których chętnie i regularnie tu wracam.

Jesteś w takim punkcie, że możesz czuć się obywatelem świata i patrzeć na Polskę z dystansu. Nie być jej więźniem. Nie być do końca zależnym od tego, co cię otacza, to duża sprawa. Dzieją się rzeczy w różnych miejscach, dzieją się rzeczy tutaj, razem to tworzy fajny obrazek. Nie jesteś wprasowany w jeden system, z perspektywy zagranicy za mały, by mieć siłę oddziaływania; wciśnięty tylko w tutejsze klimaty, często dla mnie słabe.

Siedzę sobie na Żoliborzu, ulubionej dzielnicy Warszawy, po której mogę jeździć na rowerze albo wpaść na kieliszek czy dwa do Winnic Mołdawii. Nie mam zbyt dużego kontaktu ze środowiskiem. Byłem i jestem outsiderem. Mam tu paru przyjaciół, z którymi się trzymam, na establishmencie mi nie zależy, bo mnie nigdy nie pociągał. Natomiast fascynuje mnie sytuacja z Manfredem, współpraca z kolegami z Norwegii, świetna historia z Jazztopadem z Wrocławia. Raczej nie potrafię się zachwycać jednym miejscem.

Jesteś w stanie wyobrazić sobie polskiego jazzmana, który – podobnie jak Nergal – gra trudną muzykę, ale jest gwiazdą, dostaje się na okładki, jest na językach? Trochę tak jest z Tomkiem Stańko. Grał free energię, wywodzi się z mocnego nurtu i czasów mocnego haju, pozbierał się i jest… aż trudno mi powiedzieć celebrytą, bo nie lubię tego słowa, ale rozpoznawalnym człowiekiem wielkiego formatu, reprezentantem kultury poruszającym się na granicy popowego stylu. Ma w tym bardzo dobry smak, nie jest „cheesy”.

Oczywiście porównanie tych dwóch artystów jest dosyć niefortunne, nie chciałbym tego robić. Ale jeśli pytasz o muzyka jazzowego, który jest rozpoznawalny, to jest to właśnie Stańko. On zawdzięcza wszystko, m.in. również medialny rozgłos, poziomowi utrzymanemu przez 50 lat oraz muzyce, którą tworzy. Nie mówimy tu o celebryctwie, tylko wieloletniej pracy i poświęceniu dla swojej własnej drogi.

Tylko że Stańko ma już sporo lat. Pora wypatrywać kontynuatora. Chciałbyś wejść w buty oficjalnie namaszczonego następcy? Idealna jest dla mnie sytuacja, w której mam super zespół i mogę się zająć tylko muzyką. Liczę, że to mnie poniesie. Brak mi za to pokusy, żeby gdzieś wdzierać się za wszelką cenę i przez cały czas być na wierzchu. Jeżeli muzyka będzie dobra, to ona to sprawi. Tak jak ze Stańką – nie decydowało to, że świetnie wyglądał i miał złotą trąbkę. Napisał parę melodii, które ludzie kochają. Dobre było wszystko to, co stało za nim. A wizerunek? Przydaje się.



Jesteś zadowolony z wrocławskiego koncertu promującego „Unloved”? Bardzo. Brzmienie sali było blisko tego studia ECM-u, tam jest piękne powietrze. Zagraliśmy bardziej otwarty, „space’owy” przelot – z mniejszą energią, za to świetnie się kleił, więc frajdą było grać to na scenie.

„Killer gig”, jeden z tych występów, które pamiętasz do końca życia, przydarzył się w Oslo. To było takie granie, że jak zeszliśmy, nikt nie był w stanie ze sobą rozmawiać. W takim właśnie stanie byliśmy. Bardzo dużo się wydarzyło tego wieczoru. Dwa dni temu mieliśmy rewelacyjną publiczność w Kaliszu. Trasę oraz ten rok zamknęliśmy bardzo ciekawym i zupełnie innym graniem w Wiedniu. Kwestia dnia oraz tego, jak brzmi sala. Ma to ogromny wpływ na akurat tę muzykę.

Koncerty na Śląsku odbierasz jakoś szczególnie? Ważne jest, kto je robi. Koncerty dla Ars Cameralis były zawsze świetnie przygotowane. W ogólnej perspektywie Ars to festiwal zakrojony na szeroką skalę. Koncerty są częścią większej całości. Marek Zieliński ma swoją silną intuicję i ogromną wiedzę.

Bardzo cenię sobie Andrzeja Kalinowskiego, bezkompromisowego gościa, z którym zaliczyliśmy zarówno wspólne wzloty, jak i poważne upadki. „JaZZ i okolice” to bardzo dobra impreza, na której dorastałem. Przychodziłem na nią będąc na studiach, do Hipnozy, i choć nie mieliśmy pieniędzy, to Andrzej nas wpuszczał. To działo się dwa, trzy razy w miesiącu i wypadało lepiej niż gdziekolwiek w Polsce. Warszawa była wtedy przy tym ciągu koncertowym słabiutka. Jeżeli „JaZZ i okolice” miały pieniądze, to do Katowic przyjeżdżali najlepsi. Bardzo mocna scena nowojorska i nie tylko.

Świetnie się rozwija JazzArt Festival. Martyna Markowska buduje bardzo dobrą imprezę, mając kontakty na całym świecie.

Śląsk wykształcił swój język hiphopowy, metalowy, bluesowy. Myślisz, że można mówić o specyfice śląskiego jazzu? Nie ma czegoś takiego. Jest szkoła, która zwykle przyciąga ludzi spoza regionu. Nie mam pojęcia, kogo teraz wypuszcza, nie obserwuję tego od wewnątrz. Z reguły jakiś debiut płytowy albo promocja zespołu bardziej umiejscawia mi nowych ludzi, wtedy ustalam, skąd są. W ogóle szkół jest obecnie wystarczająco dużo, więc ta legenda śląsko-katowicka się rozmywa. Ludzie idą tam, gdzie jest lepiej, ciekawiej, gdzie jest bogatsze nocne życie.

Kiedy przeprowadziłem się do Katowic 13 lat temu, czas był trudny. Byliśmy odcięci w akademiku, chodziło się do Hipnozy i do nocnego sklepu Ryba po morze alkoholu. Gdy studiował Piotr Damasiewicz, to jeszcze jamowaliśmy w klubie Geneza, bo on wkładał w to serce, ciągając ludzi za sobą. Z perspektywy czasu zmiany w mieście cieszą. Ludzie mają się gdzie poruszać, odetchnąć od siedzenia w ograniczonym rewirze. Już sam NOSPR pozwala słuchać różnej muzyki. Słyszałem również o klubie Absurdalna, w którym są regularne jamy studentów i nie tylko.

A kiedy byliście w tym Oslo, a Manfred tak siedział i notował, to nie czułeś się jak kiedyś w Katowicach na egzaminie? Nie, wiedziałem, że notuje, ale nie myślałem o tym, co takiego. Zawsze to robi. Widziałem, że zależało mu na tym, żeby to wyszło jak najlepiej. On się tak koncentruje, tyle z siebie daje, że praca z tym gościem jest wielką przyjemnością. Nie ma już na świecie producentów, którzy pracowali ze wszystkimi najlepszymi muzykami i znaliby się na muzyce tak jak on. Mam nadzieję, że będzie się zajmował realizacją najdłużej, jak to możliwe. Jak to się załamie, stracimy coś ważnego; coś, co jest sztuką współczesnego wizjonerstwa w poruszaniu się po świecie, który jest trudny, zawsze zresztą był.

Teraz, gdy ludzie za muzykę nie chcą płacić, jest za darmo, można ją ściągnąć, to wydawanie płyt przypomina Don Kichote’a ze szpadą, gdy wiesz, że nie możesz wygrać, ale ciągle atakujesz te wiatraki. Manfred jest gościem starej daty, bez telefonu, żyjącym tylko tym, że wchodzi do studia i bez przerwy nagrywa. Rejestruje muzykę oraz tworzy wraz z artystami ich historię.

Jakie jest życie Macieja Obary po ECM-ie? Masz następne cele? Zastanawiam się, co jestem w stanie napisać dalej. W styczniu chcę siąść i skoncentrować się na czymś nowym. Może pojadę w góry, w swoje strony, zainspiruję przyrodą, złapię trochę zimowego przelotu i napiszę tych parę melodii, o których ktoś powie, że są moje? Tego sobie życzę.

tekst: Marcin Flint | zdjęcia: Urszula Tarasiewicz, Anita Suchocka
ultramaryna, grudzień 2017





>>> maciejobara.com








KOMENTARZE:

nie ma jeszcze żadnych wypowiedzi....


SKOMENTUJ:
imię/nick:
e-mail (opcjonalnie):
wypowiedz się:
wpisz poniżej jakie miasto jest stolicą Polski:
teksty
MACIEJ OBARA: Muzyka to nie bieg przez płotki
Pochodzi z Jeleniej Góry, ale to Katowice wykształciły go i dały mu przyjaźnie trwające do dziś. Stały się wrotami... >>>

MICHAŁ REJNER: Z bytomskiej ulicy na chicagowskie salony
Historia jak z amerykańskiego filmu. Nikomu nieznany malarz samouk otrzymuje propozycję wystawienia swoich obrazów w pre... >>>

JAKUB FOCHTMAN: Architekt od samochodów
Student architektury na Politechnice Śląskiej zdobywcą pierwszej nagrody w konkursie „Renault. Passion for Design... >>>

LARP: Czarodziejka? Gwiazda rocka? Możesz być każdym
Całe życie wierzyłaś w swój list z Hogwartu. Mimo setek dowodów na to, że świat opanowany jest przez mugoli, nigd... >>>

POGODNO: Zwariowany hałas i absurdalne zbitki słów
„Sokiści chcą miłości”, a świat potrzebuje takiej muzyki, jaką nagrali na ostatnim albumie artyści... >>>

MATYLDA SAŁAJEWSKA: Bez dychotomii, za to z masą wątpliwości
Wrażliwa, odważna, bezkompromisowa. Żyje w życiu i nie oddziela pracy od nie-pracy. Sztuka i byt są dla niej nier... >>>

NOTTOOEASY: Głos nowej generacji
Mają po 18 lat. I pomysł na swoją muzykę. Nottooeasy jest trzyosobową brygadą, specjalizującą się w nieoczywistyc... >>>
po imprezie
Ostatnio dodane | Ostatnio skomentowane
Off Festival 2017
8.08.2017
Festiwal Tauron Nowa Muzyka 2017
7.07.2017
Gorillaz
20.06.2017
Colin Stetson
19.12.2016
Julia Marcell
21.11.2016
Podziel się z resztą świata swoimi uwagami, zdjęciami, filmami po imprezach.
o nas | kontakt | reklama | magazyn | zgłoś błąd na stronie | © Ultramaryna 2001-2017, wszystkie prawa zastrzeżone