Serwis Ultramaryna używa plików cookies. Odwiedzając nasze strony akceptujesz otrzymywanie cookies (ciasteczek). Warunki dostępu do plików cookies możesz określić w swojej przeglądarce.

ZAMKNIJ

Ultramaryna | JAN P. MATUSZYŃSKI: Uważnie słucham innych
niedziela 19.11.17

START
LOKALE
FORUM
BLOGI
zgłoś imprezę   
  ultramaryna.pl  web 
JAN P. MATUSZYŃSKI: Uważnie słucham innych

Skromny, poważny, przenikliwy. Konsekwentnie idzie swoją artystyczną drogą. Jan P. Matuszyński studiował reżyserię na Wydziale Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego, później uczył się w Szkole Wajdy.

Po festiwalowych sukcesach swoich pierwszych filmów nakręcił rewelacyjny dokument „Deep Love” (m.in. Srebrny Lajkonik na Krakowskim Festiwalu Filmowym), o nurku, który mimo wylewu postanawia pobić rekord głębokości. Film został dosłownie obsypany nagrodami, ale Matuszyński szukał już nowego tematu.

„Ostatnia rodzina” – debiut fabularny młodego reżysera – jest opowieścią o Zdzisławie Beksińskim, a także jego żonie i synu, zaplątanych w przedziwny uczuciowo-emocjonalny związek. Film miał premierę na festiwalu w Locarno i od tamtej pory sukces goni sukces, a Jan P. Matuszyński stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych reżyserów młodego pokolenia.

Ultramaryna: Cześć! To gdzie teraz ostatecznie jesteś?
Jan P. Matuszyński:
Wczoraj przyjechałem do Cottbus, ale zaraz się pakuję i jeszcze dziś wyjeżdżam. Wracam w Bieszczady na plan „Watahy”, którą kręcimy dla HBO.

Chciało ci się tak wcześnie wstawać, żeby ze mną pogadać? Który to już twój wywiad udzielony w ostatnich miesiącach? Myślę, że było ich z 50, nie wiem, już nie liczę. Ale spokojnie, nie burzę się, przecież to część mojej pracy – wywiady, a przede wszystkim spotkania z publicznością i wyjazdy na festiwale, są od jakiegoś czasu moją codziennością.

Dziennikarze pewnie ciągle pytają cię o to samo? Z tym akurat bywa różnie, wiele zależy od rozmówcy. Czasem trafiam na bardzo ciekawych ludzi, jak na przykład Tadeusz Sobolewski czy Grzegorz Miecugow, którzy zadają wnikliwe, mądre pytania, mówią, co myślą, rozmawiają, a nie przepytują i wtedy to są przyjemności. Z drugiej strony są rozmowy krótkie i konkretne, które zaczynają się od pytania „dlaczego Beksińscy?”. I wtedy bawię się trochę gorzej.

Tak jak powiedziałem – to część mojej pracy. Nie lubię jej, ale wiem, że muszę ją wykonać. Mój stosunek do wywiadów i błyszczenia na festiwalach jest dokładnie taki sam, jaki miał Zdzisław Beksiński do wernisaży. Kiedy wracam na plan (a ostatnio szaleńczo miotam się między „Watahą” a jeżdżeniem po świecie), to jest tam oczywiście bardzo ciężko, masa pracy, kłopotów, trudna produkcja, ale natychmiast się odnajduję. Promocje, festiwale czy nie daj Boże „ścianki” to nie jest miejsce dla mnie. Nie piję do piątej rano i niechętnie chodzę na bankiety.

Powinieneś. Jesteś sławny! Hmmm…

Jesteś! Jeśli już to rozpoznawalny, ale nie przesadzajmy. Zawodowo dużo większa zmiana nastąpiła dla mnie przy moim poprzednim filmie, pełnometrażowym dokumencie „Deep Love”. Paradoksalnie tamto doświadczenie było dla mnie dużo trudniejsze niż to, co dzieje się teraz. Bo po raz pierwszy robiłem wtedy – dokumentalny, bo dokumentalny – ale pełny metraż. Oczywiście, to „Ostatnia rodzina” jest moją pierwszą pełnometrażową fabułą – wiadomo, ważna rzecz, ale ma wiele inklinacji dokumentalnych i to mi się jakoś tam wyrównuje. A „Deep Love” było debiutem pod każdym względem.

„Deep Love” to świetny dokument, doskonale przyjęty przez publiczność festiwalową dosłownie na całym świecie, najeździłeś się. A jednak to pełny metraż przyniósł ci rozgłos, popularność czy – jak wolisz mówić – rozpoznawalność. O tym, że film będzie wzbudzał zainteresowanie wiedzieliśmy oczywiście od początku, bo gwarantowała nam to postać Zdzisława Beksińskiego. Ani Leszek Bodzak (producent – przyp. red.), ani Robert Bolesto (scenarzysta – przyp. red.), ani Kacper Fertacz (operator – przyp. red.), ani ja nie mieliśmy wątpliwości, że robimy duży film. Byliśmy świadomi zainteresowania naszą pracą już na etapie produkcji, ale też nie ma co ukrywać, że nie wybieraliśmy półśrodków i chcieliśmy zrobić wszystko, co tylko było możliwe, żeby to było mocne, odważne, a także znaczące dzieło. I chyba nam wyszło. Potwierdzają to oczywiście nagrody, a zwłaszcza zdobycie w Gdyni i Nagrody Publiczności, i Nagrody Dziennikarzy, i Złotych Lwów jednocześnie.

To chyba nie zdarzyło się nigdy w historii tego festiwalu. Nie wiem, nie sprawdzałem. Z drugiej strony – kiedy film jest skończony, to w naturalny sposób już się od niego odklejam, staram się myśleć o następnych projektach. I dlatego – między innymi – jestem teraz w Cottbus. Nie ma co się skupiać na tym, że „o, jak fajnie, wszyscy o mnie teraz mówią”, bo za chwilę przestaną. Właściwie już chyba mówią mniej, a za miesiąc nikt nie będzie tej „sławy” pamiętał.

Ale teraz jest chyba łatwiej zabiegać o pieniądze, proponować bezkompromisowe projekty. Widzisz, kiedy miałem 11 lat, postanowiłem, że będę reżyserem i od tamtej pory konsekwentnie do tego dążę.

Pamiętam! Powiedziałeś mi to w naszym cyklu „Świeża crew”. Trochę nie uwierzyłam, teraz zmieniam zdanie. Jednak gdyby za mocnym postanowieniem nie szły sukcesy artystyczne… Oczywiście. Za każdym razem masz wiele pytań, wątpliwości, ale łatwiej iść ścieżką, kiedy wiesz, co chcesz osiągnąć dalej. Obiecałem sobie, że – dosłownie – jeden projekt będzie zaczynem nowego. Po „Deep Love” wszyscy mówili, że to świetna historia, taka wzruszająca i romantyczna, ale nikt nie pamięta, że równie dobrze to mogła być historia o facecie, który może nam się zabić przed kamerą.

Podobnie z Beksińskimi – dziś to obrazy, wybitna rola Andrzeja Seweryna, ciekawa forma, a jeszcze kilka lat temu gotowość do zrobienia tego filmu była odważną decyzją ze strony producenta. Leszek Bodzak mnie nie znał, ale zobaczył „Deep Love” i doszedł do wniosku, że chce zaryzykować. Oczywiście było grono ludzi, którzy próbowali nas przekonać, że nasze wybory – delikatnie mówiąc – nie są trafione, ale jestem bardzo zadowolony, że nie dałem się zwieść i zaufałem swojej intuicji. I jeśli coś mnie buduje, to właśnie poczucie, że mój upór był słuszny.

Nie wierzę, że nie było nacisków i „starsi, mądrzejsi” nie radzili ci, żebyś zrobił coś inaczej? Mało miałem takich sytuacji. Samą realizację poprzedziło bardzo dużo rozmów, celowo opóźniliśmy złożenie wniosku do PISF-u, bo chcieliśmy mieć absolutnie wszystko zamknięte, omówione, wymyślone. Moja praca magisterska dotyczyła zresztą pracy reżysera na etapie preprodukcji, a jej pisanie bardzo wiele mnie nauczyło. Od prostych rzeczy, jak rozrysowanie filmu na storyboardach, po dużo bardziej skomplikowaną pracę nad scenariuszem. Wiedziałem jedno – żeby przekonać wszystkich do mojej wizji, muszę dokładnie wytłumaczyć, o co mi chodzi. I muszę to zrobić najwcześniej, jak tylko się da. Nie zawsze i nie dla wszystkich to jest takie oczywiste.

Co było w takim razie najtrudniejsze? Znalezienie mądrego producenta. To kluczowa sprawa.

Dziesięć lat temu chciałeś robić filmy o rodzinie, czy może szerzej – o związkach międzyludzkich – i konsekwentnie idziesz tą drogą. Takie projekty do mnie przychodzą, ale nie ukrywam, że kiedy trzy lata temu zostałem ojcem, otworzyła się przede mną jakaś kompletnie nowa przestrzeń. Rzeczywiście interesuje mnie temat, jak to się dzieje, że ludzie się odnajdują. I jeszcze rodzina versus sytuacja zewnętrzna. Choć z drugiej strony takie wątki są chyba naturalne. Czy to będzie głównym tematem moich filmów – nie wiem. Wolałbym jak Kubrick w każdym filmie robić coś nowego i formalnie, i intelektualnie.

Wracając jednak do sprawy konsekwencji. Gdybym sobie nie postanowił, że chcę być reżyserem i gdybym tego krok po kroku nie realizował, gdybym miał jakąkolwiek alternatywę, to pewnie nie doszedłbym do tego, co robię i nie byłbym w miejscu, w którym jestem. Myślę tu, na przykład, o kosztach, jakie ponoszę, tak ludzko – życie na walizkach jest ogromnie obciążające, zarówno dla mnie, jak i dla moich bliskich.

Zaskoczyło cię coś w tej nowej sytuacji? Myślę tu o sukcesie „Ostatniej rodziny”. To nie jest nowa sytuacja, wcześniej było podobnie. Poczekaj, jest coś, co dało mi prawdziwą satysfakcję, czego się nie spodziewałem. Kiedy byłem w liceum, interesowałem się już kinem i jeździłem do Gdyni. Jeden z krytyków, który wtedy prowadził tam spotkania (a dla mnie był uosobieniem wielkiego filmowego świata, tego świata, którego zawsze chciałem być częścią, krytyk, którego bardzo lubię i szanuję), zobaczył „Ostatnią rodzinę” na zamkniętym pokazie. Wyszedł z projekcji dosłownie słaniając się na nogach i powiedział, że odezwie się za parę dni, bo musi odreagować.

Przypomniało mi to, że kiedyś, też w czasach liceum, byłem w Paryżu. Chodziłem po małych kinach i oglądałem „Taksówkarza”, „Requiem dla snu” i klasyczne filmy, dostępne wtedy w Polsce tylko na VHS-ach albo w telewizji. Robiły na mnie ogromne wrażenie, bo w ogóle uważam, że filmy powinno się oglądać w kinie. Wychodziłem po tych projekcjach właśnie w takim stanie, w jakim wyszedł z mojego filmu ten krytyk. I zawsze, zawsze chciałem zrobić taki film, po którym ludzie będą czuli się tak, jak ja czułem się wtedy. To jest dopiero prawdziwa radocha.

A negatywne zaskoczenia? Coś cię po „Ostatniej rodzinie” boli? Jest mi przykro, kiedy ludzie negatywnie odczytują postać Tomka Beksińskiego. Można się oczywiście nie zgadzać z tym, jakie momenty pokazaliśmy i można mówić, że to nie są najważniejsze chwile z jego życia, może nawet tak jest, ale to nigdy nie miał być film biograficzny. Nim wygłosi się radykalne sądy, to powinno się uważnie obejrzeć film, zrozumieć go, dogłębnie przeanalizować.

Z drugiej strony – to też w jakiejś mierze było dla nas oczywiste, wiedzieliśmy, że takie głosy mogą się pojawić, bo od początku robiliśmy coś kontrowersyjnego. Wiesław Banach, dyrektor Muzeum w Sanoku, namaszczony przez Zdzisława Beksińskiego do pilnowania jego spuścizny, długo wahał się z decyzją, czy wyrazić zgodę na zrobienie samego filmu. Bał się, że „pojedziemy po skandalach”, a ja od samego początku miałem w sobie niezgodę na takie myślenie i wydaje mi się, że to w „Ostatniej rodzinie” ewidentnie widać. Bardzo liczyliśmy się z jego zdaniem, ale też próbowaliśmy go przekonać do naszej wersji.

Miałem dwa momenty, kiedy naprawdę się stresowałem. Pierwszym była chwila pokazania filmu Robertowi Boleście (tak na marginesie to prawda z tym znalezieniem go na Wikipedii), bo to jego najukochańsze dziecko, wypieszczone i dopracowane, na którego realizację czekał ponad dekadę. A drugi to była właśnie projekcja przed panem Wiesławem Banachem.

Wiele zmieniliście w samym tekście? Jak się pracuje na cudzej historii? Doskonale! Choć scenariusz musiał być zaakceptowany przez wszystkich. To był pierwszy pełnometrażowy scenariusz Roberta, który potem napisał „Hardkor Disko” i „Córki dancingu”, więc miał już inną perspektywę i inne doświadczenia. Postawiłem dość rygorystyczne warunki, zmieniliśmy szczegóły, które zresztą nadspodziewanie mocno wpłynęły na wymowę filmu. Sam Robert opowiada, że gdyby miał pracować sam, to postać Beksińskiego byłaby inna – ani lepsza, ani gorsza, tylko inna.

Nauczyłem się tego w Szkole Wajdy, gdzie siedzieliśmy przy jednym stole i ostro dyskutowaliśmy o wszystkim, tak bez znieczulenia. Warto połączyć swoją wizję z pomysłami innych, warto być na te pomysły otwartym, niczego nie odrzucać i do niczego się nie przyzwyczajać, ale przemyśleć, przyswoić. Sam Wajda tak pracował, to już legendarne. Moja metoda pracy polega na tym, że z jednej strony bardzo uważnie słucham moich współpracowników – producenta, scenarzysty, operatora. Dużo rozmawiam, przygotowuję się, czerpię z ich doświadczenia i swojej intuicji.

I stawiasz na swoim? Nie, wybieram najlepszą opcję.

tekst: Joanna Malicka | zdjęcie: Hubert Komerski
ultramaryna, grudzień 2016


















KOMENTARZE:

nie ma jeszcze żadnych wypowiedzi....


SKOMENTUJ:
imię/nick:
e-mail (opcjonalnie):
wypowiedz się:
wpisz poniżej jakie miasto jest stolicą Polski:
teksty
JAKUB FOCHTMAN: Architekt od samochodów
Student architektury na Politechnice Śląskiej zdobywcą pierwszej nagrody w konkursie „Renault. Passion for Design... >>>

LARP: Czarodziejka? Gwiazda rocka? Możesz być każdym
Całe życie wierzyłaś w swój list z Hogwartu. Mimo setek dowodów na to, że świat opanowany jest przez mugoli, nigd... >>>

POGODNO: Zwariowany hałas i absurdalne zbitki słów
„Sokiści chcą miłości”, a świat potrzebuje takiej muzyki, jaką nagrali na ostatnim albumie artyści... >>>

MATYLDA SAŁAJEWSKA: Bez dychotomii, za to z masą wątpliwości
Wrażliwa, odważna, bezkompromisowa. Żyje w życiu i nie oddziela pracy od nie-pracy. Sztuka i byt są dla niej nier... >>>

NOTTOOEASY: Głos nowej generacji
Mają po 18 lat. I pomysł na swoją muzykę. Nottooeasy jest trzyosobową brygadą, specjalizującą się w nieoczywistyc... >>>

MAREK TUREK: Niewywiad
Marek Turek to twórca niezwykle konsekwentny, który od lat skrupulatnie buduje sobie własną niszę w świecie pol... >>>

BUKOWICZ: Od heavy metalu do Joy Division
Czasem, żeby powstało coś wartościowego potrzeba mnóstwa wolnego czasu. Tak było w przypadku Jakuba Buczka, któ... >>>

STADION ŚLĄSKI: Jak na Śląskim rocka się grało
Monsters Of Rock, 1991 (zdjęcie: Andrzej Grygiel/ Pastsilesia) Trzyma się nie gorzej od Micka Jaggera, a lista iko... >>>

MARTYNA CZECH: Malarstwo jako nałóg
Martyna Czech to jeden z najmocniejszych debiutów malarskich ostatnich lat. Jest laureatką niezwykle prestiżowego i najs... >>>
po imprezie
Ostatnio dodane | Ostatnio skomentowane
Off Festival 2017
8.08.2017
Festiwal Tauron Nowa Muzyka 2017
7.07.2017
Gorillaz
20.06.2017
Colin Stetson
19.12.2016
Julia Marcell
21.11.2016
Podziel się z resztą świata swoimi uwagami, zdjęciami, filmami po imprezach.
o nas | kontakt | reklama | magazyn | zgłoś błąd na stronie | © Ultramaryna 2001-2017, wszystkie prawa zastrzeżone       tipobet