Serwis Ultramaryna używa plików cookies. Odwiedzając nasze strony akceptujesz otrzymywanie cookies (ciasteczek). Warunki dostępu do plików cookies możesz określić w swojej przeglądarce.

ZAMKNIJ

Ultramaryna | MAREK ZIELIŃSKI: Ćwierć wieku z Ars Cameralis
poniedziałek 27.03.17

START
LOKALE
FORUM
BLOGI
zgłoś imprezę   
  ultramaryna.pl  web 
MAREK ZIELIŃSKI: Ćwierć wieku z Ars Cameralis

Kameralny, ale rozległy, bo obejmujący swoim zasięgiem mnóstwo miejsc i kilkadziesiąt dni. Jak zwykle różnorodny, bo łączący w programie koncerty, wernisaże, spotkania literackie, warsztaty, wykłady, performance i pokazy filmowe. Śląski i wyjątkowy, bo drugiego takiego wydarzenia próżno szukać na festiwalowej mapie Polski. Jubileuszowy, bo dwudziesty piąty. Ten listopad należy do Ars Cameralis 2016!

O tym, jak trzeba było radzić sobie z jedynym telefonem, dlaczego zagraniczni artyści kiedyś nie chcieli przyjeżdżać do nas na występy i co ma wspólnego francuski myśliciel André Malraux z plenerowymi festiwalami, opowiada Marek Zieliński, dyrektor Ars Cameralis Silesiae Superioris.

Ultramaryna: Jakie były początki festiwalu?

Marek Zieliński:
Pierwsze dwie edycje zorganizował Śląski Urząd Wojewódzki, ale stroną merytoryczną zajmowała się Łucja Ginko, wtedy pełnomocnik wojewody Wojciecha Czecha do spraw kultury. W 1994 roku zmieniono strukturę organizacyjną festiwalu poprzez nadanie mu statutu i regulaminu instytucji kultury. Obejmując stanowisko dyrektora, nie do końca zdawałem sobie sprawę z tego, jak duże będzie to wyzwanie. Sporo problemów sprawiały kwestie techniczno-organizacyjne, jak choćby przygotowanie i funkcjonowanie biura. Nowe technologie zaczęły dopiero się pojawiać. Wszystko opierało się na jednym aparacie telefonicznym, co było bardzo kłopotliwe i skomplikowane przy organizacji stu imprez, rozproszonych po kilku województwach – częstochowskim, bielskim i katowickim.

Nastąpiła też zmiana programowa. Wcześniej wydarzenia festiwalowe w znaczący sposób opierały się na lokalnych instytucjach kultury i wykonawcach pochodzących z naszego regionu. Pierwszą nowością okazało się zaproszenie teatrów, muzyków, pisarzy i artystów sztuk plastycznych spoza Śląska, co równocześnie wymagało wypracowania od nas nowej formuły współpracy z placówkami kulturalnymi, które musieliśmy niejednokrotnie przekonywać co do wartości proponowanych spektakli czy koncertów.

Jane Birkin, John Cale, Laurie Anderson, Michael Nyman, Mark Lanegan, Ute Lemper i wielu, wielu innych. Jak trudno było przekonać tak wybitnych artystów do idei Ars Cameralis? To był długi i powolny proces, wymagający stałego poszerzania kontaktów, które w wielu przypadkach wypracowywaliśmy osobiście. Nasze biuro nigdy nie było specjalnie rozbudowane. Od samego początku do dziś, przy różnych zmianach, nad festiwalem pracuje zaledwie kilka osób. Wtedy sytuację komplikowały rzeczy, które obecnie wydają się być banalne, jak choćby mało zaawansowany system bankowy i kłopoty z dokonywaniem przelewów.

Jeśli chodzi o artystów międzynarodowych, pojawił się też problem, który dotykał całego kraju. Niektórzy agenci odrzucali nasze oferty ze względu na kwestie przestrzegania praw autorskich, ponieważ Polska zmagała się wtedy z piractwem. W latach 90. mieliśmy też trudności z miejscami, w których można było zorganizować koncerty. Brakowało odpowiednich sal, co wymagało bardzo mozolnych i długotrwałych poszukiwań.

Myślę, że istotnym momentem w historii Ars Cameralis było zorganizowanie pod koniec ubiegłego wieku występu muzyków związanych ze sceną brytyjskiego jazzu. Z biegiem lat pojawiało się coraz więcej osób nam przyjaznych i pomocnych, które rekomendowały festiwal, ręczyły za nas. Sami artyści lub ich agenci zapewniali nam reklamę na Zachodzie i to było niezwykłe, kiedy przyjeżdżały kolejne zespoły i mówiły, że słyszały od kogoś ciepłe słowa na nasz temat. Odbywało się to najczęściej metodą poczty pantoflowej.

W dobie ogromnej popularności plenerowych festiwali, co stanowi o sile Ars Cameralis? Off Festival, Open’er i inne duże festiwale wyrastają z całkowicie innej tradycji i filozofii. André Malraux definiował kulturę jako zbiór elementów, które pozwalają uczynić człowieka wolnym. Wydaje mi się, że tradycja dużych festiwali, pojawiających się już w latach 60. i 70., czy festiwalu w Jarocinie oparta jest na tym właśnie przekonaniu. Wolność stała się elementem spajającym ludzi uczestniczących w tego typu wydarzeniach. Mimo tego, że znajdują się na ogrodzonym i kontrolowanym terenie, czują się tam wolni.

Ars Cameralis kierował się inną filozofią. Przestrzenie, które wykorzystujemy, są nieporównywalnie mniejsze. Od samego początku ważny jest również pewien proces edukacyjny. Kiedy zaczęliśmy organizować pierwsze koncerty alternatywne, trudno było tę alternatywność zdefiniować. Skrywała się za nią pewnego rodzaju melancholia, przejawiająca się w specyficznym oglądzie świata, który polegał na przeżywaniu go wewnątrz.

Jak radzicie sobie z konkurencją? W ostatnim czasie zauważam dużą rywalizację pomiędzy festiwalami, które często podbierają sobie wykonawców niepasujących do wypracowanej przez dany festiwal formuły, co skutkuje tym, że twórczość wielu artystów ginie w natłoku innych wydarzeń. Wielu z nich potrzebuje bardziej intymnego związku z publicznością i ten rodzaj relacji jest dla nich bardzo ważny. Dla przykładu, w jednym z wywiadów muzycy The National, obecnie występujący przed kilkudziesięcio-, a nawet kilkusettysięczną publicznością, wskazali koncert w Teatrze Rozrywki jako jeden z najciekawszych, jakie zagrali w całej karierze.

25 lat to dobry moment na pewną refleksję. W jakiej kondycji finansowej obecnie znajduje się festiwal? Podobnie jak inne instytucje podległe urzędom, musimy dostosować się do kondycji finansowej województwa. Oczywiście na przestrzeni lat sprawa dysponowania środkami finansowymi wyglądała bardzo różnie. Były momenty złe i tragiczne, ale też i okresy, w których tych środków było znacznie więcej. W tym aspekcie towarzyszył nam zawsze pewien rodzaj sinusoidy. Braki w budżecie staramy się nadrabiać starannym przygotowaniem programu od strony merytorycznej.

Czy pojawiają się chwile zwątpienia? Cały czas. Nieustannie towarzyszy mi pewien rodzaj wątpliwości, związanych zarówno z kwestiami ekonomicznymi, jaki i organizacyjnymi. Wciąż pojawiają się sytuacje, których nie sposób przewidzieć i to powoduje pewien rodzaj nieustannego napięcia. Pamiętam taką dramatyczną historię, kiedy doszło do tragedii w jednej z kopalni na Śląsku i zostały odwołane wszystkie imprezy kulturalne, co jest zrozumiałe, ale z drugiej strony wpływa mocno na naszą kondycję. Wtedy musieliśmy zrezygnować w ostatniej chwili z koncertu Tindersticks. Często jednak ten stres wywołują bardzo prozaiczne rzeczy, jak choćby opóźnienia lotów.

Wielu śląskich artystów (np. Kasia Sokołowska i Bartek Barczyk w wywiadach dla nas) wymienia Marka Zielińskiego jako kogoś w rodzaju mentora. Czy możemy mówić w tym przypadku o mecenasie i jego podopiecznych? Nigdy nie myślałem o takiej formule przyjmowania mecenatu, ponieważ kieruję instytucją, która ma za zadanie realizować konkretne przedsięwzięcia, ale miło, gdy młodzi twórcy doceniają nasz wkład w rozwój ich kariery artystycznej. Posługując się tym samym kodem komunikacyjnym, dotarliśmy do artystów, z którymi wspólnie realizujemy różne pomysły. Od początku jest z nami grupa poetycka NaDziko czy grono obecnie już absolwentów Akademii Sztuk Pięknych. Podobnie było w przypadku Wojtka Kucharczyka, z którym współpracowaliśmy jeszcze za jego studenckich czasów i pierwszych projektów z Asi Miną, a potem z Mołr Drammaz. Istnieje między nami wszystkimi wspólna chemia.

Jakie są plusy szefowania Ars Cameralis? Dzięki festiwalowi poznałem mnóstwo świetnych osób, które istnieją i tworzą, z którymi dostałem szansę zetknięcia się i współpracy. To jest właśnie ta naddana wartość. Trudno byłoby mi wybrać jedno konkretne wydarzenie jako najważniejsze. Moja działalność w Ars Cameralis Silesiae Superioris to rodzaj procesu, kształtującego również mnie samego. Dzisiejsze czasy, strasznie dynamiczne i ulegające ciągłym przemianom, sprawiają, że trudno przyjąć za punkt odniesienia wykształcenie czy fascynację z lat młodości. Wszystko należy poddać pewnej weryfikacji. Pracując przy festiwalu czy w kulturze w ogóle, musimy cały czas się edukować, obserwować nowe trendy, to, w jaki sposób sztuka oraz jej postrzeganie ulegają przemianom z perspektywy filozoficznej, estetycznej, socjologicznej czy psychologicznej. I to w każdym wymiarze.

tekst: Roman Szczepanek | zdjęcia: Radosław Kaźmierczak
ultramaryna, listopad 2016




>>> strona Ars Cameralis









KOMENTARZE:

nie ma jeszcze żadnych wypowiedzi....


SKOMENTUJ:
imię/nick:
e-mail (opcjonalnie):
wypowiedz się:
wpisz poniżej jakie miasto jest stolicą Polski:
teksty
NIESTRUDZENI PRZYJACIELE ROŚLIN
Jedna i ta sama roślina może być chwastem i ozdobą, trucizną i lekarstwem. Nasze związki z roślinami bywają subteln... >>>

THE PARTY IS OVER: Trip-(c)hop i trip-baba
Impreza dopiero się rozkręca – wbrew nazwie, pod jaką ukrywają się Daria Ryczek i Michał Wajdzik. Muzyczny du... >>>

MARIUSZ KAŁAMAGA: Licencja na rozśmieszanie
Kto rano wstaje – ma szansę usłyszeć go na falach eteru. Czasami wygląda też z telewizora, a bardziej wtajemnic... >>>

ANNA CIEPLAK: Nie demonizujmy gimbazy
Pisze tylko wtedy, gdy ma coś do opowiedzenia. Na co dzień jest społeczniczką zaangażowaną w aktywizację lokalnej wsp... >>>
komentarze: 1
po imprezie
Ostatnio dodane | Ostatnio skomentowane
Colin Stetson
19.12.2016
Julia Marcell
21.11.2016
Katowice Tattoo Konwent
30.09.2016
Tauron Nowa Muzyka 2016
2.09.2016
Off Festival 2016
8.08.2016
Podziel się z resztą świata swoimi uwagami, zdjęciami, filmami po imprezach.
o nas | kontakt | reklama | magazyn | zgłoś błąd na stronie | © Ultramaryna 2001-2017, wszystkie prawa zastrzeżone