Serwis Ultramaryna używa plików cookies. Odwiedzając nasze strony akceptujesz otrzymywanie cookies (ciasteczek). Warunki dostępu do plików cookies możesz określić w swojej przeglądarce.

ZAMKNIJ

Ultramaryna | MICHAŁ OLESZCZYK: Archeologia świadomości i śląska hipstera
środa 29.03.17

START
LOKALE
FORUM
BLOGI
zgłoś imprezę   
  ultramaryna.pl  web 
MICHAŁ OLESZCZYK: Archeologia świadomości i śląska hipstera

Michał Oleszczyk, filmoznawca, krytyk filmowy, wykładowca na Wydziale „Artes Liberales” Uniwersytetu Warszawskiego, od trzech lat dyrektor artystyczny Festiwalu Filmowego w Gdyni – najważniejszego i największego przeglądu polskich filmów fabularnych. Zastrzega, że nigdy nie wypowiada się o obrazach, które pojawią się na festiwalu. Szkoda, bo w tym roku w konkursie głównym aż trzy „śląskie” tytuły: „Jestem mordercą” Macieja Pieprzycy, „Szczęście świata” Michała Rosy i (za sprawą rodowodu reżysera) „Ostatnia rodzina” Jana P. Matuszyńskiego.

Wykształcony w Krakowie, zawsze podkreśla, że na nowo zrozumiał kino i świat podczas dwóch stypendiów w Stanach Zjednoczonych, z którymi zresztą mocno związany jest do dziś. Pochodzi z Tarnowskich Gór i zawsze chętnie przyjeżdża na Śląsk, bywa na przykład prelegentem w katowickim Klubie Filmowym „Ambasada”. Szukając odpowiedzi na pytanie, czym jest kino regionalne, odmieniamy w naszej rozmowie słowa Śląsk, śląskość i gwara przez wszystkie przypadki.

Ultramaryna: Co wiąże cię jeszcze ze Śląskiem. Sentyment?

Michał Oleszczyk:
Hmm… Dobrze „zapytane”. (śmiech)

Czyli coś więcej? Jesteś Ślązakiem? Odpowiem inaczej. Swoją śląskość uświadomiłem sobie stosunkowo późno. Oczywiście jestem ze Śląska, bo tu się urodziłem, tu chodziłem do liceum im. Staszica w Tarnowskich Górach. Czasem, gdzieś w końcówce słów słychać u mnie nawet akcent, takie śląskie „połykanie”, ale rzeczywiście dziś poza domem rodzinnym niewiele już mnie z tym regionem łączy na co dzień.

Mieszkałem i dorastałem na Śląsku w latach 90. i trochę żałuję, że akurat w tym czasie, bo mam wrażenie, że wtedy duma z tożsamości lokalnej – nie tylko zresztą śląskiej – nie była aż tak bardzo promowana, nie była czymś pozytywnie waloryzowanym w polskich mediach. Góralskość, tak. Ale śląskość…? Zupełnie nie było na nią mody wśród młodych ludzi.

Doskonale pamiętam, jak uparcie i głupio buntowałem się przeciwko używaniu gwary, szczególnie przeszkadzało mi to u moich rodziców. Oboje są Ślązakami i oboje są dwujęzyczni. W ich domach mówiło się gwarą, rodziny mojej mamy i mojego ojca były rodzinami robotniczymi, gdzie gwara była częścią codzienności i lokalnej kultury. Ale moi rodzice poszli na studia, gdzie gwary się przecież nie używało, bo była oznaką czegoś „niższego”. Ja z kolei należałem do pokolenia, gdzie gwary często się wstydzono. Bywało więc tak, że rodzice między sobą rozmawiali po śląsku lub wtrącali śląskie słowa, a ja trzymałem się literackiej polszczyzny w ramach szczeniackiego buntu. Nigdy się nie nauczyłem mówić po śląsku. I dziś bardzo tego żałuję.

Żałujesz? Właściwie dlaczego? Bo dziś już rozumiem, że mówienie gwarą i przyznawanie się do bycia częścią lokalnej społeczności jest wartością naddaną, a nie ujemną. Ale do tego potrzeba było swoistej rewolucji w kulturze popularnej. Po książkach Marka Szołtyska, naprawdę inteligentnych śląskich gadżetach, stronach typu Gryfnie.pl i po zjawisku, które nazwałbym „śląską hipsterą” nie ma już mowy o postrzeganiu w Polsce tego regionu (i śląskości jako takiej) jak czegoś wstydliwego. A ja zrozumiałem to trochę późno i nie mam we krwi wystarczająco dużo tej gwary, tej przynależności.

No ale co w takim razie z tą twoją śląskością? Od lat mieszkasz w Krakowie, Warszawie, dwa lata spędziłeś w Stanach. Im jestem starszy, tym z większym zdziwieniem odkrywam w sobie cechy głęboko regionalne. Przez lata byłem przekonany, że „wszyscy wszędzie tak robią”, a tu się okazało, że wyniosłem pewne zachowania z domu rodzinnego. Co więcej – z regionu, z którego pochodzę.

Po pierwsze: zamiłowanie do porządku i czystości. W śląskich domach, jakie znam, zawsze było czysto, jak gdyby przetrwały w nich drobiny tych rytuałów sprzątania, obmywania i czyszczenia znanych z filmów Kutza. Powiem oględnie, że Galicja moich czasów studenckich, a także mój ukochany Nowy Jork mocno mnie pod tym względem zaszokowały na minus. A po drugie – mam w sobie przymus ciężkiej pracy, takiego górniczego fedrowania jako obowiązkowej części życia. I jestem przekonany, że to zasługa kultury, w której wyrosłem – kultury stawiającej pracę jako wartość najwyższą: bez narzekania, z pragmatycznym podejściem do rzeczywistości. Takie symboliczne codzienne schodzenie do kopalni „na szychta”, taka prosta pracowitość i obowiązek dobrego wykonania zadania.

Nie posługujesz się czasem stereotypem? Nie, bo bardzo często, kiedy spotykam Ślązaków w Krakowie czy w Warszawie, to błyskawicznie dogaduję się z nimi właśnie na tym poziomie. To tacy ludzie, którzy „nie fanzolą ino robią”. I – możesz wierzyć lub nie – ze zdziwieniem odkryłem te cechy u siebie.

A jednak kiedy cię słucham, to mam wrażenie, że przemawia przez ciebie wyobrażenie, a nie doświadczenie. Masz jakąś wizję miejsca, którego dziś nie ma. Fedrowanie? Kopalnia? Za moim oknem są apartamentowce i nowoczesne budynki. Nie, nie masz racji. Mówię o czymś, co jest pewną esencją mojego myślenia o regionie, z którego pochodzę. Jasne, że szyb kopalniany to dziś głównie element dekoracyjny galerii handlowej, ale pamiętaj, że ja dorastałem w zupełnie innym świecie. Śląsk mojego dzieciństwa to region moich dziadków, wujków, stryjków, którzy byli głównie kierowcami, kolejarzami, mechanikami: pochodzę po obydwu stronach z robotniczych rodzin, dla których tradycja była czymś absolutnie naturalnym i zespolonym z życiem zakładu pracy. I z językiem. I z kulturą. Mówię o archeologii świadomości: o czymś, co jest bardzo ukryte, ale jestem pewien, że tkwi głęboko w większości Ślązaków nawet teraz, kiedy chodzą po galerii Silesia.

Irytuje mnie, kiedy ludzie patrzą na Śląsk przez pryzmat filmów Kutza. Kutz to nostalgiczna wizja, esencja mitologii Śląska. Znakomita, ale jasne, że niemająca już wiele wspólnego z rzeczywistością. Kutz odwoływał się do rzeczywistych wydarzeń, ale budował swój świat, pewną legendę Śląska wydestylowaną z elementów przygodnych.

Oczywiste, że Katowice się zmieniły – tak jak zmieniło się wiele miast w Polsce – w silne centrum kultury i przemysłów kreatywnych. To już nie jest to miasto, które pamiętam, kiedy jeździłem do kina Światowid, przedzierając się z Tarnowskich Gór, bo tylko tu grano naprawdę ciekawe filmy. Ale mitologia to mitologia, żyje mimo wszystko. Płynnie przechodzimy dziś od uniwersum Kazimierza Kutza do gadżetów ze sklepu Gryfnie.pl. Mogę mieć pięknie zaprojektowaną koszulkę z górnikiem; powstaje jedynie pytanie: czy ten górnik ma dziś pracę i czy nie jest czasem listonoszem gdzieś w Birmingham albo przedsiębiorcą w Dublinie.

I tu dotykamy wyjątkowo bolesnego tematu tak zwanego śląskiego kina. Bardzo nie lubię tej kategorii, bo wydaje mi się, że był taki moment, kiedy wielu reżyserów, nawet nie związanych z naszym regionem, ciężko pracowało nad umocnieniem stereotypu: bieda plus bezrobocie, puls zamknięta kopalnia. Brudno i brzydko, więc egzystencjalnie nieciekawie. Aktorzy kiepsko mówiący gwarą. A ja myślę, że przyszło pokolenie twórców, które nie opowiada już o Śląsku utkanym ze schematów i stereotypów. Każdy reżyser sam musi przepracować swoją tożsamość i stosunek do regionu, ale też „regionalne traumy”. Tak się dzieje zresztą w różnych dziedzinach sztuki i w różnych rejonach Polski. W podobny sposób ze swoją przeszłością borykają się przecież na przykład Kaszubi, co widać w twórczości Pawła Huellego.

W pewnym momencie Śląsk stał się ofiarą stereotypu, którego głównym totemem był zabiedzony familok i okoliczny hasiok. Co ciekawe, nawet w filmach, które nie miały takiej intencji, powracał banał: Śląsk równa się bieda, by przywołać tu na przykład „Odę do radości” czy niektóre filmy Michała Rosy. A jednak myślę, że to był tylko pewien etap, że to minęło. Uważam, całkiem szczerze, że Śląsk czeka na swojego kolejnego wizjonera (nie zapominam oczywiście o Lechu Majewskim, którego „Pokój saren”, „Wojaczek” i „Angelus” to filmy wybitne).

Takim muzycznym wizjonerem „innego Śląska” był Magik. Tak przy okazji – sądzę, że film Leszka Dawida „Jesteś bogiem” pokazywał w niezwykle interesujący sposób, jak na Śląsku rodzi się coś całkowicie nowego, świeżego. Ten film pokazywał Śląsk prawdziwy, ale bez odwoływania się do mitologii Kutza czy całego zestawu, jak to nazwałaś, schematycznych filmów…

Tych wszystkich „Benków”, „Barbórek”, „Ew”. Nagle zobaczyliśmy Śląsk z perspektywy blokowiska. Nie jestem za tym, żeby tworzyć jakiś skansen, żeby powstawały laurki śląskie: trzymam kciuki za ferment i nowe spojrzenie. A na to pewnie przyjdzie czas.

Tylko co to w tym kontekście znaczy „kino regionalne”? Czy coś takiego istnieje? Czy ma sens mówienie o specyficznie śląskim kinie? Akurat w przypadku Śląska – tak, oczywiście. Takich filmów, dziejących się w tym regionie lub stworzonych przez śląskich twórców, jest na tyle dużo, że można już mówić o jakimś osobnym zjawisku, opisywanym zresztą m.in. przez Andrzeja Gwoździa. Często ich bohaterowie mówią po śląsku i są biedni, ale nie jest tak zawsze. Pamiętajmy, że działa tu jeszcze jeden czynnik, o którym zapominasz – ludzie mieszkający na Śląsku mają poczucie odrębności i te filmy, możesz się z tym zgadzać lub nie, mówią jasno o ich tożsamości, inności, specyfice.

I tutaj znów wracamy do kwestii gwary, wokół której skupia się owa tożsamość. To, o czym mówiłem wcześniej – gwara jako coś pogardzanego, gorszego, sprawiającego, że pojawia się mit zakompleksionego „Ślązaka jadącego do Warszawy”, który boi się odezwać, bo wie, że za chwilę zostanie wyśmiany i zaszufladkowany. Tyle tylko, że to w pewnym momencie naszej historii była rzeczywistość: warszawski szowinizm burżuazyjno-inteligencko-partyjny był ogromny. Dziś jest inaczej, bo pojawiła się moda na regionalizmy, nieodłączna zresztą od kultury hipsterskiej, która wbrew stereotypom jest głęboko konserwatywna w kwestii przywiązania do rytuałów i artefaktów przeszłości.

Nie zgodzę się z tobą. Najciekawszy film o Śląsku, jaki powstał w ostatnich latach, pokazujący najprawdziwiej nasz region to „Bogowie” Łukasza Palkowskiego. Nie ma tam ani kompleksów, ani familoków, ani gwary… Nieprawda! Gwara tam jest! Tylko nie na pierwszym planie.

Ale to nie jest film o bezrobotnym górniku i familoku. Tylko że to jest właśnie to, o czym cały czas mówię. Gwara – bardzo długo – wyznaczała klasowe podziały. Moi rodzice studiowali, więc musieli używać literackiej polszczyzny. A „Bogowie” to film w jakimś sensie o elicie: o lekarzach, kardiochirurgach, którzy w dodatku przyjeżdżają na Śląsk jak Religa. Oni może nie mówią gwarą, ale ich pacjenci już tak, bo to inna klasa społeczna. „Klasa” jest brzydkim słowem: wciąż nie potrafimy o niej mówić otwarcie, a przecież dokładnie o to w tym filmie chodzi. To, jak mówimy, wiąże się z tym, z jakiego domu wychodzimy, jaką szansę dostaliśmy. Klasa, religia, język, literatura – to wszystko tworzy genotyp kulturowy. A z drugiej strony gwara to serce tożsamości, która trwa mimo wszystko.

Wytrąciłeś mi argument z ręki. Nigdy o tym tak nie myślałam. Potrzeba nam po prostu nowego klucza i nowego pomysłu na śląskie kino regionalne.

A więc może młodzi z Wydziału Radia i Telewizji? Na młodych odciskają się osobowości ich pedagogów i to oni bardziej widoczni są w etiudach niż jakiś „regionalny smak”. Dziś zupełnie tego nie widzę i, co więcej, sądzę, że to jest akurat naturalne – w końcu przyjeżdżają tu studenci z różnych stron Polski.

To może regionalne fundusze filmowe? Absolutnie jestem za. Widzę jednak także pewne niebezpieczeństwo i dlatego uważam, że muszą one być bardzo odpowiedzialnie zarządzane. Nie chodzi przecież o to, żeby powstawały laurki i takie pocztówkowe obrazy miasta, które owocują filmami-folderami turystycznymi. Bohater idzie Katowicami, a te Katowice wyglądają jak Tokio… To tak, jak kiedy bohater sięga po przyprawę do zupy, a tu, niespodzianka, znana marka z supermarketu! Poczucie fałszu jest natychmiastowe. Dla widza zawsze liczy się historia, fabuła, narracja, autentyzm. A dopiero potem inne elementy. Warto o tym pamiętać.

Dziękuję za rozmowę.

tekst: Joanna Malicka
ultramaryna, wrzesień 2016










KOMENTARZE:

nie ma jeszcze żadnych wypowiedzi....


SKOMENTUJ:
imię/nick:
e-mail (opcjonalnie):
wypowiedz się:
wpisz poniżej jakie miasto jest stolicą Polski:
teksty
NIESTRUDZENI PRZYJACIELE ROŚLIN
Jedna i ta sama roślina może być chwastem i ozdobą, trucizną i lekarstwem. Nasze związki z roślinami bywają subteln... >>>

THE PARTY IS OVER: Trip-(c)hop i trip-baba
Impreza dopiero się rozkręca – wbrew nazwie, pod jaką ukrywają się Daria Ryczek i Michał Wajdzik. Muzyczny du... >>>

MARIUSZ KAŁAMAGA: Licencja na rozśmieszanie
Kto rano wstaje – ma szansę usłyszeć go na falach eteru. Czasami wygląda też z telewizora, a bardziej wtajemnic... >>>

ANNA CIEPLAK: Nie demonizujmy gimbazy
Pisze tylko wtedy, gdy ma coś do opowiedzenia. Na co dzień jest społeczniczką zaangażowaną w aktywizację lokalnej wsp... >>>
komentarze: 1
po imprezie
Ostatnio dodane | Ostatnio skomentowane
Colin Stetson
19.12.2016
Julia Marcell
21.11.2016
Katowice Tattoo Konwent
30.09.2016
Tauron Nowa Muzyka 2016
2.09.2016
Off Festival 2016
8.08.2016
Podziel się z resztą świata swoimi uwagami, zdjęciami, filmami po imprezach.
o nas | kontakt | reklama | magazyn | zgłoś błąd na stronie | © Ultramaryna 2001-2017, wszystkie prawa zastrzeżone