Serwis Ultramaryna używa plików cookies. Odwiedzając nasze strony akceptujesz otrzymywanie cookies (ciasteczek). Warunki dostępu do plików cookies możesz określić w swojej przeglądarce.

ZAMKNIJ

Ultramaryna | BARTEK BARCZYK: Zdjęcie to efekt uboczny spotkania z drugim człowiekiem
sobota 19.08.17

START
LOKALE
FORUM
BLOGI
zgłoś imprezę   
  ultramaryna.pl  web 
BARTEK BARCZYK: Zdjęcie to efekt uboczny spotkania z drugim człowiekiem

Specjalizuje się w fotografii ludzi kultury, szczególnie upodobał sobie muzyków. Choć miał swoją sekundę z Bono, Bartek Barczyk bardziej ceni sesje stwarzające okazję do rozmowy z drugim człowiekiem i poznania jego historii.

Tak było w przypadku Wojciecha Kilara, którego fotografował w jego prywatnej przestrzeni czy Krystiana Zimermana, który pewnego dnia powiedział do niego po prostu: „mów mi Krystian”. Kolekcjonuje portrety cenionych w świecie muzyki klasycznej osobowości, dokonał niemożliwego – sfotografował „kompozytora muzyki o powtarzalnych strukturach” Philipa Glassa. Ma za sobą pracę na wysokich obrotach jako fotoreporter „Gazety Wyborczej”, mija trzeci rok odkąd związał się na dłużej z NOSPRem. Nam opowiada o pierwszych zdjęciach, wyzwaniach i fotografowaniu muzyki.

Ultramaryna: Jak zaczęła się twoja przygoda z fotografią?

Bartek Barczyk:
Fatalnie uczyłem się w liceum, najbardziej interesowała mnie piłka nożna. Nigdy nie zostałem w klasie, natomiast cudem przechodziłem z klasy do klasy. To była moja forma buntu, nie lubiłem czytać lektur, dlatego że byliśmy później odpytywani z treści, a ja chciałem rozmawiać na temat tego, co przeczytałem. Nie miałem pojęcia co zrobić po liceum, myślałem, że pójdę na politechnikę. Na szczęście chwilę przed złożeniem papierów spotkałem moją koleżankę, która wspomniała o Studium Kulturalno-Oświatowym w Opolu. Coś mnie tknęło i pożyczyłem od kolegi aparat. To była intuicja – zrobiłem pierwsze zdjęcia nie mając pojęcia jak używa się przesłon, czasów, do czego to wszystko służy.

Jak wyglądało twoje pierwsze zdjęcie? Jednym z pierwszych zdjęć były czereśnie wpadające do szklanki wody na krótkim czasie. Mój egzamin do Studium Kulturalno-Oświatowego był rozmową o książkach i filmach, to bardzo mnie urzekło. Stwierdziłem, że to jest miejsce dla mnie. Pamiętam zajęcia z Markiem Szyrykiem, który stał się potem moim mentorem. Wyjął stuletni aparat i powiedział, że robi nim zdjęcia. Zajęcia w ciemni, kiedy zobaczyliśmy jak wygląda ten proces – to było dla mnie zupełnie nowe i fascynujące. Pierwsze odbitki robiłem ze stuletnich szklanych klisz. Wywoływaliśmy zdjęcia, które powstały ponad 100 lat temu! Nie mogłem tego tematu nie kupić. Potwierdziło się, że to była słuszna decyzja i to jest moja droga.

Wtedy poczułeś, że to jest to? Tak. Wiedziałem, że z fotografią zwiążę się na jakiś czas. Były różne wzloty i upadki, pamiętam spotkanie ze znanymi fotografami, na którym pokazywaliśmy swoje zdjęcia. Jeden z nich zmieszał moje prace z błotem, a dla takiego młodego chłopaka to był strzał między oczy. O mały włos przestałbym fotografować.

Lata później miałem konfrontację w Związku Polskich Artystów Fotografików. Znajomy namówił mnie, żebym przyniósł tam swoje zdjęcia. Brałem udział w projekcie „Rok fotografii w Unii Europejskiej” z cyklem, który zrobiłem w ramach Konferencji Tańca Współczesnego, organizowanej przez Jacka Łumińskiego. Sfotografowałem tancerzy i choreografów w śląskiej przestrzeni, w bardzo ciekawych miejscach – to były opuszczone kopalnie, huty i hałdy. Zabierałem tam ludzi, którzy przyjechali z różnych zakątków świata i prosiłem, żeby w tej przestrzeni swoim ruchem pokazali, co czują. Wyszedł z tego fajny cykl, który został pokazany w Parlamencie Europejskim w Brukseli. Zaniosłem ten materiał do ZPAFu, panowie zaczęli bardzo krytykować zdjęcia, powiedzieli, że to w ogóle nie jest Śląsk. Natomiast ja byłem już na tyle silny, że nie robiło to na mnie wrażenia.

Jak zaczęła się twoja współpraca z „Gazetą Wyborczą”? Miałem trudną sytuację materialną i wymyślałem różne projekty artystyczne. Mieszkam w Tarnowskich Górach i stwierdziłem, że sfotografuję interesujących ludzi, którzy coś dla tego miasta zrobili. Powstał cykl portretów, który zakończył się wystawą w Galerii Sztuki Inny Śląsk. Pracując nad tym projektem dowiedziałem się, że Andrzej Stefański – ówczesny naczelny „Gazety Wyborczej” w Katowicach, ma korzenie w Tarnowskich Górach. Pamiętam, że musiałem jechać do Tychów na gapę, bo nie miałem na bilet. Sfotografowałem Andrzeja, miałem ze sobą troszkę zdjęć, spodobały się w redakcji i na całej stronie napisali o moim projekcie. Na koniec powiedział, że jestem świetnym fotografem, ale szkoda, że nie przyjechałem miesiąc wcześniej, bo daliby mi pracę. Na szczęście na tyle mnie zapamiętali, że pół roku później dostałem telefon, żebym spróbował jako fotoedytor.

Jaka jest specyfika pracy w gazecie? To było pierwsze miejsce, gdzie miałem żywy kontakt z drugim człowiekiem. Fotografowałem ludzi od samego dołu do samej góry, mogłem z nimi rozmawiać i słuchać tego, co myślą o życiu. Byłem w bardzo interesujących, niedostępnych dla zwykłego obywatela miejscach. Mnóstwo sytuacji zrobiło na mnie wrażenie i ukształtowało moje myślenie. Jednym z takich momentów było trzymanie aparatu nad otwartym sercem – to bardzo mocne przeżycie. Albo fotografowanie przeszczepu wątroby – mam zdjęcia pacjentki leżącej na stole, a na niej leży wątroba, którą zaraz jej przyszyją. Widziałem dużo cierpienia, dużo radości, mój świat był o wiele bardziej intensywny.

Pamiętasz jakąś trudną sytuację, którą musiałeś sfotografować? Miałem weekendowy dyżur i byłem prywatnie na wernisażu w galerii Kronika. Moja koleżanka, która pracowała w tamtejszej księgarni, pokazała mi album „Weegee”. Na każdym zdjęciu była śmierć i krew. Zapamiętałem zdjęcie dzieci – jedyne, na którym nie było krwi, tylko podpis mówił o tym, że oglądają one swoją pierwszą śmierć. Wróciłem do domu z mocną refleksją na temat życia i śmierci. Tego dnia dostałem telefon, że w Szczekocinach rozbił się pociąg, cztery godziny później stałem przy ludziach, którzy zginęli. To było dodatkowo silne przez pryzmat tego albumu. W takiej sytuacji mózg wypiera myślenie, że tam jest śmierć. Masz wrażenie, że to jest teatr, spektakl, leżą tam manekiny, które odegrają swoją rolę, otrzepią się i pójdą do domu. Niestety wiesz, że tak nie jest.

Fotograf musi mieć dużą dozę wrażliwości, żeby nie przekroczyć pewnej granicy. Ostatnio niektóre media zdają się specjalizować w jej łamaniu. Trzeba mieć bardzo duże wyczucie, żeby w skrajnie trudnych dla innych sytuacjach móc się odnaleźć. Na samym początku pracy w „Gazecie Wyborczej” niedaleko redakcji był wypadek. Wybiegłem między swoimi obowiązkami – zginął człowiek, a na ziemi leżały jego rozbite okulary. Zrobiłem zdjęcie przez te okulary, w tle był samochód, to było totalnie bezwiedne, zero emocji. Po skończeniu pracy dotarło do mnie, gdzie byłem i dopiero wtedy zacząłem to przeżywać. Taka praca daje dużo pokory.

Wspominasz też miłe sytuacje? Kontakt z ludźmi, pomaganie im, robienie portretów, nawet w tych trudnych sytuacjach – to było miłe. Jak fotografowałem matkę z czwórką dzieci, która sobie nie radzi, a potem dowiedziałem się, że to zdjęcie opublikowano i ktoś jej pomógł. „Gazeta” robiła mnóstwo takich projektów.

Dokumentowałem spektakl Jarzyny, kiedy pojechał do Nowego Jorku wystawiać „Makbeta”. Tam była euforia miejsca – byłem w Nowym Jorku, o którym zawsze marzyłem, oglądałem wspaniały spektakl w takiej scenerii, spotykałem aktorów i rozmawiałem z nimi. Wtedy też siedzieliśmy na Brooklynie na dachu z Erykiem Lubosem – teraz bardzo znanym aktorem – z którym chodziłem do szkoły w Opolu. Zaczął rozpoznawać miejsca z tego dachu. Okazało się, że byliśmy w lokalizacji, z której kręcili „Złego porucznika”. To były niesamowite sytuacje.

Jesteś fotografem Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia, jak zaczęła się ta współpraca? Orkiestrę poznałem pracując jeszcze w „Gazecie Wyborczej”. Popłynąłem na rejs z NOSPRem w podróż do Rygi, Tallinna i Helsinek. To było 70-lecie NOSPRu połączone z 70. urodzinami Jerzego Maksymiuka, on dyrygował wszystkie koncerty. Robiłem reportaż z tego rejsu i bardzo polubiłem muzyków, po raz pierwszy miałem żywy kontakt z taką muzyką. Po rozstaniu z „Gazetą” NOSPR sprawił, że mogłem miękko wylądować w nowej sytuacji. Byłem tam jako wolontariusz, robiłem to dla siebie, ale pani dyrektor Joanna Wnuk-Nazarowa stwierdziła, że zdjęcia bardzo się wszystkim podobają i trzeba umówić się na współpracę. Pootwierały się ciekawe projekty, zacząłem też inaczej fotografować.

Właśnie, co zmieniło się po rozstaniu z pracą fotoreportera? Pierwsze zdjęcie, jakie zrobiłem po rozstaniu z „Gazetą”, powstało podczas wystawy ówczesnego rektora ASP Mariana Oslislo, z którym prywatnie też się znałem. Spędziłem tam cały wieczór, miałem na karcie trzy ostatnie zdjęcia i nagle zobaczyłem najważniejszy moment dnia. Marian był już zmęczony, z poluzowanym krawatem, została tylko jego najbliższa rodzina. Pamiętam jak usiadł w przestrzeni Ronda Sztuki, pośrodku swoich prac, opadł i to był ten moment, kiedy trzeba było zrobić to najważniejsze zdjęcie dnia. Pomyślałem wtedy, że gdybym był reporterem w gazecie, nigdy bym tego zdjęcia nie zrobił.

Fotografujesz muzyków, masz za sobą sesję z Wojciechem Kilarem. Jak udało ci się namówić go do pozowania? Marek Zieliński zadzwonił do mnie z ciekawym projektem, żeby sfotografować Wojciecha Kilara w jego mieszkaniu. Jego bardzo prywatną przestrzeń, w której komponuje, która go w jakiś sposób inspiruje i gdzie czuje się bardzo dobrze. To był szalony pomysł, bo w tym czasie on był już bardzo hermetyczny, ograniczył kontakty z ludźmi i to było w zasadzie niemożliwe. Odbyłem z Kilarem rozmowę telefoniczną, po której czułem, że go przekonałem. Zacząłem mu opowiadać o obiektywach, o tym że postaram się mało pokazać, ale ta przestrzeń jest bardzo ważna.

Idąc do niego, nie byłem pewien czy to się odbędzie, ale wpuścił mnie, zaczęliśmy rozmawiać, pokazałem mu zdjęcia muzyków z NOSPRu i album z Pendereckim. To wprawiło go w fajny humor, spędziliśmy ze sobą jakieś trzy, bardzo intensywne godziny i świetnie się bawiliśmy. Wtedy poznałem tego Kilara prywatnego, człowieka, który ma swoje przyzwyczajenia, ugruntowane zdanie na różne tematy, ale w tym wszystkim ma też w sobie coś szalonego. Zaczęliśmy cieszyć się swoim towarzystwem, przeszliśmy na bardzo prywatny ton tej sesji, nie było już między nami tej granicy. Zaczął mocno żartować, bardzo się wyluzował. Chciałem potem do niego wrócić, wiem, że był nocnym markiem i w nocy bardzo mocno działał, ale niestety już się nie udało.

Towarzyszyłeś mu z aparatem niemal do końca. Takim podsumowaniem naszego spotkania było bardzo symboliczne zdjęcie, które zrobiłem podczas pogrzebu Kilara. Były nuty, tytuł utworu, a skrzypaczka tak trzymała skrzypce, że powstał cień w kształcie krzyża. To było niesamowite, ręce mi się trzęsły, myślałem, że to zdjęcie będzie nieostre, ale stwierdziłem, że to jest esencja tego pogrzebu, tej sytuacji.

Dużo pracuję z muzykami, jest to dla mnie przestrzeń, która się coraz bardziej otwiera. Poznaję coraz ciekawszych ludzi z tego środowiska, to jeden z pomysłów, które mam na siebie. Album Kilara otworzył mi kolejne drzwi, skontaktował się ze mną Richard Guerin, który opiekuje się Philipem Glassem i Elliotem Goldenthalem. Dzięki niemu poleciałem do Stanów i miałem okazję sfotografować Philipa Glassa.

Miałeś również okazję fotografować Krystiana Zimermana. Na swoim blogu napisałeś o pewnej sytuacji podczas próby. To była śmieszna sytuacja, nie znaliśmy się wtedy. Przyjechałem na próbę, ale nie miałem z nim żadnego kontaktu, więc nie mogliśmy nic ustalić. Akurat raz ustawiłem się na balkonie tak, że jak odchylał się podczas grania, to dokładnie miał mnie nad sobą. Popatrzył się i machnął, że mu to przeszkadza. Ja zgłupiałem, zrobiłem dopiero kilka zdjęć.

Po kilku dniach Zimerman wrócił do tego zdarzenia. Obejrzał już moje zdjęcia, poznaliśmy się, zarekomendował mnie też w Deutsche Grammophon, żeby się mną zainteresowali. Zapytał czy pamiętam ten moment – jemu przypomniał on sytuację z koncertu gdzieś na świecie. Tam był taki oblig, że w jednym miejscu musiał siedzieć strażak i okazało się, że to była analogiczna scena. Siedział w takim punkcie, że jak on odchylał się od fortepianu, to akurat miał jego przed oczami. Wspominał jak grał, totalnie wkręcony w utwór poczuł przypływ energii, odchylił się i zobaczył tego strażaka, który siedział znudzony i oglądał „Playboya”. Powiedział, że skojarzyła mu się wtedy ta sytuacja.

Jak fotografować muzykę, orkiestrę, która jest w ciągłym ruchu? Bardziej kręci mnie fotografowanie tego, czego nie widzi publiczność. Backstage, prywatne sytuacje, do których dostępu nie mają inni. Jeśli chodzi o fotografowanie koncertów mam taką zasadę, że najpierw są artyści, publiczność, a potem fotograf. Nienawidzę przeszkadzać, to dla mnie bardzo trudne, staram się robić to niezwykle delikatnie. Trzeba zrezygnować z wielu fajnych ujęć na rzecz wydarzenia.

Czy jest ktoś, kogo chciałbyś jeszcze sfotografować? Chciałbym sfotografować najważniejszych muzyków i kompozytorów. Myślę o takim projekcie, mam kilka ważnych nazwisk jak Zimerman, Kilar, Glass, Goldenthal, niedawno dostałem kontakt do Michaela Nymana, napisałem do niego. Być może będzie kolejną osobą, którą sfotografuję. To będzie cykl, który będzie się toczył przez jakiś czas. Dla mnie to będzie forma podróżowania przez fotografię, spotykania ciekawych ludzi z tego świata. Kiedy on się skończy, jak długo potrwa, nie wiem.

Jak wygląda współpraca z modelem? Dla mnie zdjęcie to efekt uboczny spotkania z drugim człowiekiem, to pretekst do tego, żeby kogoś poznać, spotkać się. Często trafiam na fajnych ludzi, więc jest to sama przyjemność. Niedawno fotografowałem panią profesor Marię Szyszkowską – jest filozofem, wykłada na Uniwersytecie Warszawskim. Najpierw godzinę rozmawialiśmy w jej domu, czułem, że ta rozmowa jest potrzebna. W momencie kiedy wyjąłem aparat, ona powiedziała, że czuje się bezpiecznie, swobodnie i dobrze w moim towarzystwie. To było bardzo miłe i rzeczywiście zdjęcia wyszły świetnie. Jeśli relacja jest dobra, przelatują fajne fluidy, powstają dobre zdjęcia. Trzeba do nich dotrzeć, ludzie są różni, czasem jest to dłuższa rozmowa, czasem wystarczy jedno spojrzenie.

Na zdjęciach wydobywasz z ludzi piękno. Mam podobno taki dar, że ludzie mi ufają. Wiedzą, że nie zrobię im krzywdy, nie zrobię im złego zdjęcia. Ostatnio byłem w szoku, bo robiłem sesję wizerunkową dla serialu „Ojciec Mateusz”, którego nie znam, bo od kilku lat nie mam telewizji. Podeszła do mnie Edyta Olszówka, która w życiu mnie na oczy nie widziała i powiedziała, że czuje się zaszczycona, że będę ją fotografował. Dla mnie to był totalny szok, najpierw rozejrzałem się na prawo i na lewo, czy ona na pewno mówi do mnie, bo wokół było sporo ludzi. Okazało się, że wyrobiłem sobie jakąś markę i ludzie zaczynają mi ufać.

Tak samo było z Magdą Umer, fotografowałem ją dla magazynu „Pani” i od początku złapałem z nią fajny kontakt. Doszło do tego, że w którymś momencie w trakcie sesji zacząłem do niej mówić na „ty”, zupełnie bezwiednie. Czułem, że nadawanie tej sesji oficjalnego tonu burzy naszą relację model–fotograf. Przeszkadzało mi to i przeskoczyłem na ten tryb bezwiednie, ale złapałem się na tym po chwili i przeprosiłem. Ona powiedziała, że tak ma zostać i to był mega komplement. Wracałem z tej sesji z jej zaprzyjaźnioną wizażystką, która powiedziała, że to rzadkość, żeby tak zaufała fotografowi.

Pamiętasz jakieś wyzwanie, z którym musiałeś się zmierzyć? Był kiedyś taki bardzo głośny wypadek samochodu dostawczego, który wiózł ludzi na zbieranie jabłek, wszyscy zginęli. Po jakimś czasie pojechaliśmy do tej miejscowości z Witkiem Gałązką, który pracował wtedy w „Gazecie”, był blisko ludzi i oni mu ufali. Był dobrym dziennikarzem do tego materiału.

Myślałem, że jedziemy robić analizę o małym miasteczku, gdzie ludzie muszą dorabiać na tych jabłkach. Na miejscu się dowiedziałem, że będziemy rozmawiali z rodzinami ofiar, nie wiedziałem tego. Gdybym wiedział, to bym się nie zdecydował, bo bardzo szanuję prywatność ludzi, to dla mnie bardzo ważne. Trafiliśmy tam w momencie, kiedy te emocje już opadły. Ludzie mówili nam, że gdybyśmy przyjechali tydzień czy dwa tygodnie wcześniej, to by w ogóle z nami nie rozmawiali. Media zmieliły ich z błotem, nie mieli totalnie zaufania.

Otworzyła nam drzwi w mieszkaniu w bloku bardzo ładna, młoda dziewczyna w zaawansowanej ciąży, a za nią stała jej babcia. Witek powiedział w jakiej sprawie jesteśmy, wpuściła nas. Weszliśmy do pokoju gościnnego, na meblościance stały dwa zdjęcia i dwa znicze się paliły. Sytuacja była taka, że w tym wypadku zginęła matka tej dziewczyny i jej brat, jej matka wygrała walkę z rakiem, a brat pojechał tylko raz, bo chciał zarobić pieniądze na prezent na urodziny dla mamy. W dniu, w którym przyszliśmy byłyby jej urodziny.

Stwierdziłem, wychodząc stamtąd, że w życiu nie mogę narzekać, mówić, że coś mi nie pasuje. To było wyzwanie dla mnie jako fotografa, żeby zmierzyć się z tym tematem, żeby wejść w „buciorach”, bo tak się wtedy czułem, w bardzo intymny, prywatny i smutny świat. Na szczęście w pracy w „Wyborczej” mało było takich sytuacji.

Jeśli miałbyś udzielić młodemu fotografowi rady, co by to było? Uważam, że fotografia może dać wiele radości, rozwija i stymuluje. Dzięki fotografii zacząłem oglądać więcej filmów, słuchać muzyki klasycznej, czytać klasyczną literaturę. Fajne jest zapisywanie życia, to wszystko jest takie ulotne. To, że każdy bierze teraz aparat czy telefon, już sama decyzja, żeby zrobić zdjęcie jest sukcesem i może początkiem czegoś większego.





tekst: Magdalena Sarapata | zdjęcia: Bartek Barczyk
ultramaryna, kwiecień 2016


>>> strona Bartka Barczyka









KOMENTARZE:

nie ma jeszcze żadnych wypowiedzi....


SKOMENTUJ:
imię/nick:
e-mail (opcjonalnie):
wypowiedz się:
wpisz poniżej jakie miasto jest stolicą Polski:
teksty
STADION ŚLĄSKI: Jak na Śląskim rocka się grało
Monsters Of Rock, 1991 (zdjęcie: Andrzej Grygiel/ Pastsilesia) Trzyma się nie gorzej od Micka Jaggera, a lista iko... >>>

MARTYNA CZECH: Malarstwo jako nałóg
Martyna Czech to jeden z najmocniejszych debiutów malarskich ostatnich lat. Jest laureatką niezwykle prestiżowego i najs... >>>

FRELE: Pół żartem, pół serio
Miało być śmiesznie, a zaczęło robić się poważnie. Za sprawą śląskiej przeróbki hitu Adele „Hello”, nagranej... >>>

DZIECKO + SZTUKA = GŁOWA PEŁNA POMYSŁÓW
Czym jest edukacja kulturalna dla dzieci dzisiaj? Czy musimy polegać tylko na zaangażowanych nauczycielach, by wpro... >>>

MIUOSH: Miasto, muzyka, rodzina
Spełniony artysta – już nie tylko rapowy, szczęśliwy mąż i dumny ambasador regionu. Z Miuoshem rozmawiamy o p... >>>

GGRUPA: Grunt to dobry pomysł
Paweł Lipiński i Mateusz Frankowski Pierwsze miejsce w konkursie magazynu „eVolo” na wieżowiec przyszł... >>>

PAWEŁ DYLLUS: Ekipa to jest klucz
Paweł Dyllus, operator. Absolwent Wydziału Radia i Telewizji, wielokrotnie nagradzany za zdjęcia do filmów Julii Rus... >>>

ALEKSANDRA TERPIŃSKA: Najwyżej będę robić filmy niepopularne
Aleksandra Terpińska to jedna z najciekawiej zapowiadających się absolwentek reżyserii Wydziału Radia i Telewizji UŚ... >>>
po imprezie
Ostatnio dodane | Ostatnio skomentowane
Off Festival 2017
8.08.2017
Festiwal Tauron Nowa Muzyka 2017
7.07.2017
Gorillaz
20.06.2017
Colin Stetson
19.12.2016
Julia Marcell
21.11.2016
Podziel się z resztą świata swoimi uwagami, zdjęciami, filmami po imprezach.
o nas | kontakt | reklama | magazyn | zgďż˝oďż˝ b��d na stronie | © Ultramaryna 2001-2017, wszystkie prawa zastrzeďż˝one      
sisli escort,escort bayan esenyurt,istanbul escort,
hacklink wordpress free themes ankara sexs shop hacklink satış elektronik sigara çeşiteleri