Serwis Ultramaryna używa plików cookies. Odwiedzając nasze strony akceptujesz otrzymywanie cookies (ciasteczek). Warunki dostępu do plików cookies możesz określić w swojej przeglądarce.

ZAMKNIJ

Ultramaryna | WIOLETTA GRZEGORZEWSKA: Już lepiej pisz o uchodźcach
sobota 25.03.17

START
LOKALE
FORUM
BLOGI
zgłoś imprezę   
  ultramaryna.pl  web 
WIOLETTA GRZEGORZEWSKA: Już lepiej pisz o uchodźcach

Wioletta Grzegorzewska swoim powieściowym debiutem „Guguły” zawojowała nie tylko ojczyznę, na którą zwykle spogląda z emigracyjnego dystansu. Tę fascynującą historię o dorastaniu Wiolki (zbieżność imion nieprzypadkowa) dostrzegli krytycy nominujący do nagród literackich, dzięki czemu znalazła się w finale Nike i Nagrody Literackiej Gdynia. Obecnie trwa jej przekład i przygotowanie wydania, które trafi do księgarń w Wielkiej Brytanii. A Wioletta już pracuje nad następną powieścią.

Ultramaryna: Gdy ustalałam z redakcją szczegóły tego wywiadu uświadomiłam sobie, że mało kto kojarzy, jak ciekawe rzeczy robisz na Śląsku, oczywiście zdalnie. Wtedy zdębiałam, teraz po prostu na wszelki wypadek kilka z nich spokojnie wymienię: od dawna prowadzisz w „Art Papierze” fascynujące rozmowy z poetkami na emigracji, w Śląskiej Strefie Gender publikowałaś wiersze i fragmenty „Notatnika z wyspy”. No i w tym roku wspólnie z zebraną przez ciebie ekipą przygotowałaś dla „Art Papieru” świetny zbiór przekładów irlandzkiej poezji.

Wioletta Grzegorzewska:
No tak. Kiedy byłam na festiwalu poezji w irlandzkim Cork, zauważyłam wiele świetnych pisarek, które na moje oko poszły krok dalej niż poetki polskie. Irlandki pozwalają sobie na otwartość, są dumne z przewijających się przez ich twórczość wątków kobiecych. Bardzo chciałam to zaszczepić na polskim gruncie. Przy różnych okazjach poznałam wiele tłumaczek i tłumaczy, więc wiedziałam, że osoby chętne do współpracy na pewno się znajdą. Zaczęłam się zastanawiać, które pismo otwarłoby nam łamy, a jednocześnie nie narzuciłoby nam swoich reguł. I wtedy pomyślałam o redaktorce „Art Papieru” Monice Glosowitz.

Chyba masz jakąś inklinację do redaktorek ze Śląska? Tak, widzę w Ślązaczkach coś specyficznego. Mam wrażenie, że są bardziej solidarne i że chętnie się ze sobą spotykają. Lubią się dzielić opowieściami i wiele się nawzajem od siebie uczą. Często bywałam w Siemianowicach (w Będzinie i Sosnowcu zresztą też), bo miałam tu rodzinę, więc często widziałam to z bliska.

Z drugiej strony moje krewniaczki ze Śląska zawsze deklarowały przywiązanie do tradycyjnego modelu rodziny i nigdy nie byłam pewna, ile w tym teatru, niepisanej zasady, że „Ślązaczka swoje wie”. Ale rzeczywiście łatwiej mi tu było przekonywać redakcje do swoich pomysłów, niż w innych regionach.

Sądzisz, że z czego to wynika? Może z tego, że stąd pochodzę? To chyba ułatwia rozmowę. Mam wrażenie, że tu jest większa świadomość tego, jak się tworzy wspólnotę. Zupełnie inaczej niż na przykład w Warszawie, gdzie jeśli coś powstaje jako efekt kreacji zbiorowej, to raczej się o tym fakcie nie wspomina. A Ślązaczki chyba lubią swoją wspólnotowość.

A nie masz wrażenia, że ta konsolidacja wynika z tego, że tu się po prostu mocniej trzyma patriarchat? Patriarchat ma się świetnie, ale nie trzyma się mocnej na Śląsku (gdzie często przy mnie żartowano z ról płciowych) niż w innych regionach. Pamiętam też, że kiedy przyjeżdżałam do rodziny w Będzinie, zawsze krzątali się przy stole i kobieta, i mężczyzna, którzy na zmiany pracowali w kopalniach i fabrykach.

Ślązaczki kojarzą mi się z niesamowitą energią i otwartością, ale nie jestem pewna czy pytasz mnie o teraźniejszość, czy o kobiety ze wsi Hektary na granicy Śląska i Jury Krakowsko-Częstochowskiej, których młodość lub dojrzałość przypadła na lata 80., i o których piszę w „Gugułach”.

To może najpierw skupmy się na nich. Ich na pewno nie można było zamknąć w trójkącie „Kinder, Küche, Kirche”, bo pracowały w fabrykach. No i panował socjalizm.

Myślisz, że zadziałał na ich korzyść? Zdecydowanie. Byłam dzieckiem przełomu, więc moje wspomnienia z PRL-u mogą być już zamazane, ale pamiętam, że widywałam wtedy więcej kobiet na wszelkiego rodzaju imprezach kulturalnych czy plenerach malarskich, niż teraz. Naturalnie wtedy wynikało to także z ideologicznych założeń poprzedniego systemu, ale kobietom było też łatwiej uczestniczyć w kulturze, bo miały dostęp do opieki w żłobkach, przedszkolach. Do tego były związane z rodzinami wielopokoleniowymi, więc miały z kim zostawić dzieci.

A dziś? Teraz te, które piszą, muszą się bezustannie miotać pomiędzy literaturą a obowiązkami domowymi. Skarżą się na to niemal wszystkie moje koleżanki po piórze. Marta Podgórnik (zresztą też Ślązaczka) napisała ironicznie w „Paradiso”: „w pisarstwie nie ma miejsca na męża i dzieci”. Justyna Sobolewska wspomniała o tym problemie w artykule o „cudzoziemkach”, czyli polskich pisarkach na obczyźnie, opublikowanym w marcowej „Polityce” z zeszłego roku. Po lekturze tego tekstu pomyślałam, że jednak emigrantkom łatwiej jest się zająć karierą pisarską, bo mają więcej środków i czasu, prawo do bezpłatnych 16 godzin/ tydzień opieki nad dzieckiem w różnych ośrodkach społecznych i przedszkolu. W tym czasie można odpowiedzieć na kilka maili, autoryzować wywiad i przede wszystkim wreszcie coś napisać.

Dobrze, że przypominasz, że literatury nie uprawia się w próżni. Że z jednej strony wskazujesz te podstawowe potrzeby pisarek, a z drugiej – zwracasz uwagę na systemową maskulinizację polskiego rynku literackiego. Gdy zaczęłam się przyglądać temu zjawisku, sprawdziłam także, jak wygląda kanon. Na listach lektur w liceum oprócz powieści Nałkowskiej i Dąbrowskiej nie występuje literatura kobiet. Brakuje też rzetelnych opracowań twórczości autorek z kilku epok. Policzyłam również, jak wygląda obecność kobiet w antologiach polskiej poezji wydanych w Polsce i za granicą po 2000 roku i jest to tylko 14-15% (zresztą możesz sprawdzić sama – zamieściłam te dane na forum Liternetu.

Pojawiają się antologie polskiej poezji, w których wierszy kobiet nie ma wcale, jak np. „Tribute To Chandler”. Przypatruję się też nagrodom literackim. Do niedawna liczba nagrodzonych kobiet była proporcjonalna do liczby kobiet, które zasiadają w gremiach te nagrody przyznających, (czyli już dość niska), ale w tym roku nastąpił dodatkowy lawinowy spadek. Żadna nagroda oprócz Nike i Gryfii nie przypadła kobiecie.

Mam wrażenie, że jest nawet gorzej. Spróbuj zwrócić na to uwagę, a spotkają cię zarzuty o „próby upolitycznienia” kwestii rzekomo apolitycznych. Tak było podczas debaty nad całkowicie męskim składem jury nagrody Gryfia przyznawanej pisarkom. Tak, dowiesz się jeszcze przy okazji, że feminizm to „sztuczna ideologia” i może w ogóle zajęłabyś się czymś innym, bo przecież w Polsce jest bieda i kryzys. A najlepiej pisz o uchodźcach.

A nie sądzisz, że ma to też głębsze podłoże? Że kobiece doświadczenie wciąż jest bagatelizowane albo nawet uważane za „nieliterackie”? Tak, rzeczywiście istnieją takie tematyczne preferencje. Zresztą zetknęłam się z nimi osobiście. Kiedyś redaktor tomiku poetyckiego próbował mi wyciąć wiersz, który dotyczył kobiecej cielesności, a dokładnie miesiączkowania. Redaktor powiedział mi, że jeden z wierszy nie nadaje się do książki, ponieważ jest „zbyt kobiecy”. Naprawdę użył właśnie takiego wyrażenia.

Żeby było zabawniej, założę się, że zrobił to w dobrej wierze. Żebyś wiedziała.

Wierz mi, że ciągle możesz o sobie przeczytać coś podobnego. Eliza Szybowicz w „Książkach” napisała o tobie, Weronice Murek, Dominice Słowik i Żannie Słoniowskiej, że „nikt im już nie przyklei etykiety «proza menstruacyjna»”. Też zrobiła to w najlepszej wierze. Ten termin naprawdę ciągle obowiązuje? Myślałam, że wyszedł z użycia 20 lat temu.

Sama widzisz. Ja jestem fanką „Guguł”, bo znalazłam w nich właśnie boleśnie nieobecny w polskiej prozie wiarygodny zapis kobiecego dojrzewania. Jest jednocześnie piękny i potoczny, a przede wszystkim ujęty w proporcjonalne dla niego ramy. Bez pruderii, ale też bez fascynacji młodzieńczym erotyzmem częstej we wspomnieniach pisarzy. Czy przystępując do pracy nad swoją pierwszą powieścią chciałaś w tym obszarze wywołać na polskim poletku drobny feministyczny przewrót? Zdecydowanie nie. Niczego wtedy nie zakładałam. Starałam się tylko jak najlepiej przedstawić tamten świat z punktu widzenia dziewczynki/ dziecka i dlatego wybrałam narrację pierwszoosobową. Ale kiedy się otwiera nowe światy, to się takich rzeczy nie wie i chyba nie ma też wtedy żadnych teorii. Dopiero gdy masz w ręku dziesięć rozdziałów, to zaczynasz je rozbierać teoretycznie.

I teraz oczywiście mam żal, że czegoś jeszcze nie dopisałam, czy że przy czymś innym redakcja mnie nie docisnęła. Pamiętam też, że najpierw chciałam tę opowieść zacząć tak, jak zaczęła reżyserka spektaklu opartego na „Gugułach”, Agnieszka Korytkowska-Mazur, to znaczy od sceny powrotu Wiolki do domu. W końcu jednak uznałam, że lepiej zacząć od kapki chrzcielnej. I naprawdę dopiero gdy włożyłam wiele wysiłku w to, żeby wrócić do tego czasu, zdałam sobie też sprawę, że on nie przebiega liniowo. Wystarczy, że otworzysz w pamięci jedną szkatułkę, a natychmiast wpadasz w kolejne.

Z drugiej strony nie miałam żadnych założeń, ale inspirowałam się wieloma tekstami. Wtedy najmocniejszy wpływ miał na mnie styl Herty Müller.

Czemu więc zapamiętanie i zapisanie tego świata było/jest dla ciebie takie ważne? Chciałaś opowiedzieć o nim swoim dzieciom? Nie. To miało bardziej złożone przyczyny. Ten świat zawsze we mnie tkwił z niezwykłą intensywnością, choć zawsze też miałam do niego potężny dystans. Najwięcej sobie z tamtych czasów przypominam, gdy przenika mnie pewność, że tamten świat już nie istnieje.

Jednak celem tego procesu nie było oczyszczenie ani żadna inna forma terapii. On wynika z potrzeby, którą trafnie rozpoznał Andrzej Muszyński. W blurbie do „Guguł” napisał: „Ukradła to wszystko. Te guguły, czubajki, dziady, beboki, smolinoski, psioki i pająki z Jerozolimy. Już wtedy tkała z nich tę czułą opowieść, a winniczki jej chrzęściły pod butami”. Byłam specyficznym dzieckiem, któremu każdy chciał coś opowiedzieć, coś zaśpiewać, coś przekazać, czegoś je nauczyć na przyszłość. Chyba rzeczywiście przygotowywałam się do tej książki już w dzieciństwie.

tekst: Pola Sobaś-Mikołajczyk | zdjęcia: Piotr Dłubak/ cc-by-sa-4.0 Wikimedia Commons, Bogdan Frymorgen/ wydawnictwo Czarne/ cc by-sa 3.0 wikimedia commons
ultramaryna, listopad 2015




WYGRAJ KSIĄŻKĘ

Mamy dla Was książkę „Guguły” (Wyd. Czarne). Aby ją zdobyć, wpiszcie w komentarzu pod tekstem słowo lub powiedzonko zapamiętane z czasów dziecięcych, z krótką definicją.

Wpis należy opatrzyć swoim imieniem i nazwiskiem lub nickiem oraz adresem e-mail. Podanie adresu jest wymagane, można dokonać zapisu z [at] lub ze spacją. Książkę otrzyma autor najbardziej zaskakujących słów/ powiedzeń. Na odpowiedzi czekamy do 25.11, do północy.

Biorąc udział w konkursie zgadzasz się na przetwarzanie swoich danych osobowych przez Ultramarynę w celu przeprowadzenia konkursu.







teksty
NIESTRUDZENI PRZYJACIELE ROŚLIN
Jedna i ta sama roślina może być chwastem i ozdobą, trucizną i lekarstwem. Nasze związki z roślinami bywają subteln... >>>

THE PARTY IS OVER: Trip-(c)hop i trip-baba
Impreza dopiero się rozkręca – wbrew nazwie, pod jaką ukrywają się Daria Ryczek i Michał Wajdzik. Muzyczny du... >>>

MARIUSZ KAŁAMAGA: Licencja na rozśmieszanie
Kto rano wstaje – ma szansę usłyszeć go na falach eteru. Czasami wygląda też z telewizora, a bardziej wtajemnic... >>>

ANNA CIEPLAK: Nie demonizujmy gimbazy
Pisze tylko wtedy, gdy ma coś do opowiedzenia. Na co dzień jest społeczniczką zaangażowaną w aktywizację lokalnej wsp... >>>
komentarze: 1
po imprezie
Ostatnio dodane | Ostatnio skomentowane
Colin Stetson
19.12.2016
Julia Marcell
21.11.2016
Katowice Tattoo Konwent
30.09.2016
Tauron Nowa Muzyka 2016
2.09.2016
Off Festival 2016
8.08.2016
Podziel się z resztą świata swoimi uwagami, zdjęciami, filmami po imprezach.
o nas | kontakt | reklama | magazyn | zgłoś błąd na stronie | © Ultramaryna 2001-2017, wszystkie prawa zastrzeżone