Serwis Ultramaryna używa plików cookies. Odwiedzając nasze strony akceptujesz otrzymywanie cookies (ciasteczek). Warunki dostępu do plików cookies możesz określić w swojej przeglądarce.

ZAMKNIJ

Ultramaryna | ANDRZEJ CHYRA: Nie jesteśmy sobie wrogami
środa 17.10.18

START
LOKALE
FORUM
BLOGI
zgłoś imprezę   
  ultramaryna.pl  web 
ANDRZEJ CHYRA: Nie jesteśmy sobie wrogami

Andrzej Chyra jest nie tylko wybitnym aktorem, ale także reżyserem telewizyjnym, teatralnym i operowym. O „Czarodziejskiej górze” rozmawialiśmy tuż przed zdjęciami do „Ostatniej rodziny” na motywach książki Małgorzaty Grzebałkowskiej „Beksińscy. Portret podwójny”.

Ultramaryna: Liczył pan, ile razy „Czarodziejska góra” pojawiła się w rankingu „Teatru”?

Andrzej Chyra:
Rankingu? Jest jakiś ranking? Chodzi o podsumowanie sezonu?

Tak. Spróbuje pan obstawić? Pas.

22 razy. Wow!

W tym pięciokrotnie w kategorii „Najlepsze przedstawienie muzyczne”, trzykrotnie w kategorii „Najlepsze przedstawienie” i dwukrotnie w kategorii „Najlepsza reżyseria”. Niezły wynik.

Niezły. Budzi apetyt na kolejne opasłe tomy z półki z klasyką? Na razie staram się pamiętać o nauczce, jaką wyciągnąłem z pracy nad „Czarodziejską górą” i nie pcham się do wielkich projektów. Ten był naprawdę wyczerpujący. Poza tym adaptacja tej powieści nie była moim pomysłem, lecz Michała Merczyńskiego, więc wskoczyłem w sytuację, która nie do końca wynikała z mojego pragnienia. Choć oczywiście natychmiast się na nią zgodziłem, bo ta książka zawsze mnie fascynowała i czułem, że warto się z nią zderzyć. Nie spodziewałem się tylko, że to będzie aż tak bolesne zderzenie. Już prędzej (chociaż pewnie też niezbyt prędko) wziąłbym na warsztat Shakespeare’a.

Również jako operę? Nie. To, że ostatnio zajmowałem się głównie operą, nie znaczy, że identyfikuję się wyłącznie z nią. Choć faktycznie czuję, że ja i ten żywioł nie jesteśmy sobie wrogami.

Bardzo dyplomatyczna odpowiedź. Może zmieniłbym zdanie, gdyby Paweł faktycznie napisał nową operę, jak się odgrażał. Wtedy wspólnie byśmy się zastanowili, czy warto to przycisnąć i pociągnąć.

Wspominał pan, że prace nad librettem „Czarodziejskiej...” ruszyły z miejsca dopiero, gdy w tej kwestii całkowicie zdał się pan na Małgorzatę Sikorską-Miszczuk. Na czym polegała trudność wcześniejszego wspólnego trybu pracy nad tekstem? Byliśmy przyzwyczajeni do różnego stylu pracy. Ja wcześniej często robiłem korekty scenariuszy, przy których działa się bardziej zespołowo, a Gośka woli pracować samotnie. W pewnej chwili poczułem, że trzeba coś, a raczej kogoś, wybrać. Kogoś, kto na tym etapie stanie się pilotem. Oczywiście dalej się spotykaliśmy i omawialiśmy materiał, ale w końcu poczuliśmy się w nim nieco swobodniej. Nie trzeba się było już przy każdej linijce zastanawiać, co też partner na to powie. Dzięki temu Gośka mogła dopracować wiele pomysłów i skorzystała z kilku moich.

Podczas tych rozmów rozkładali państwo „Czarodziejską górę” na czynniki pierwsze? Tak, i to korzystając z najrozmaitszych pryzmatów. Kombinowaliśmy, gdzie, jak i w co uderzyć. W końcu wyklarowało się, co w tym tekście jest dla mnie ważne, a Małgorzata ze swojej strony wniosła – jak by to powiedzieć... – genderowy punkt widzenia na powieść zdominowaną przez mężczyzn.

To dlatego stworzyła postać Amerykanki, która umiera dwa dni przed przybyciem Hansa Castorpa do sanatorium. Tak i dzięki temu ta historia nabrała równowagi. Zależało mi na rozwoju tej bohaterki. Czułem, że dzięki niej uwypuklają się konflikty. Jest miłość i jest zazdrość, której brakuje u Manna.

Ważny był dla mnie też wątek rywalizacji między Hansem i Joachimem, który pojawia się w powieści, ale przytłoczony mnóstwem innych, z dyskusjami Settembriniego i Naphty na czele. A przecież ich starcie o duszę, albo raczej o duszę i ciało Castorpa można streścić w kilku krótkich kwestiach.

Jednym słowem, z perspektywy czasu bardzo się cieszę, że Gośka wtedy wzięła na siebie cały ciężar libretta. Zresztą myślę, że zrobiła to z przyjemnością. Mnie przez to było tylko o tyle trudniej, że dłużej potem trwało spinanie całości, a nie mieliśmy znowuż tak wiele czasu. Końcówkę pracy wspominam jako nieustający bieg na złamanie karku.

Ostateczny kształt przedstawienia wyłonił się przed nami na kilka dni przed premierą. Dopiero wtedy powstał spektakl, którego poszczególne warstwy są kompatybilne i zharmonizowane, no i dopiero wtedy dotarły dekoracje, które mają ogromny wpływ na to, jak się w tym spektaklu gra. Mamy bardzo dobrze obsadzony zespół, ale i tak, zanim nie zaczęliśmy prób ze scenografią, nie czuliśmy, jaka będzie energia tej opery.

Michał Merczyński powiedział niedawno, że chociaż z tym pomysłem nosił się przez całe lata, to właśnie teraz „Czarodziejska...” stała się upiornie aktualna. Na pewno tak jest, ale nie chcieliśmy...

Aktualizować jej na siłę? Cały ten wątek wojenny rozgrywa się u nas w nieco innych sferach – w warstwie dźwiękowej, w formie scenografii, w motywach kostiumów czy odpryskach tekstu. Nie wiem, na ile dojmujące jest poczucie, że „czarodziejska góra” jest bastionem ludzi uciekających przed rzeczywistością, ale nie miałem potrzeby, żeby jakoś szczególnie ten wątek podkreślać.

Wolałem się skupić na sferze egzystencjalnej, bo zależało mi, żebyśmy nie utonęli w doraźności. Wystarczy, że mamy z nią do czynienia w mediach i w codziennych rozmowach. Muzyka Pawła jest dla mnie przede wszystkim muzyką kontemplacyjno-medytacyjną, więc możliwość poddania się jej nastrojowi i wprowadzenia się w stan wytrącenia wydaje mi się cenniejsza niż ewentualne próby przylepiania tej historii do współczesnych wydarzeń. Ta kontemplacyjność najlepiej nawiązuje do stylu Manna.



tekst: Pola Sobaś-Mikołajczyk | zdjęcie: A. Schreyner
ultramaryna, listopad 2015




Spektakl „Czarodziejska góra” można zobaczyć w ramach 17. Ogólnopolskiego Festiwalu Sztuki Reżyserskiej Interpretacje













KOMENTARZE:

nie ma jeszcze żadnych wypowiedzi....


SKOMENTUJ:
imię/nick:
e-mail (opcjonalnie):
wypowiedz się:
wpisz poniżej jakie miasto jest stolicą Polski:
teksty
JACEK BOŃCZYK: Dobrze się dzieje
Jacek Bończyk to w światku piosenki aktorskiej jedno z najważniejszych nazwisk. Pamiętny zwycięzca Przeglądu Piosenk... >>>

DZIELNICA BRZMI DOBRZE: Katowickie dzielnice brzmią bardzo dobrze
Tytuł Miasta Muzyki UNESCO zobowiązuje! Na szczęście w Katowicach dobrych dźwięków nie brakuje. Wystarczy tylko umieć je... >>>

PIOTR SCHMIDT: Chciałem sobie sprawić prezent
Zaczynał jako student Akademii Muzycznej w Katowicach. Teraz jest stypendystą University of Louisville w Kentucky (U... >>>
komentarze: 10

ØRGANEK I PRZYJACIELE: Bardzo długie rozmowy
Tomasz Organek – jeden z najbardziej charyzmatycznych polskich muzyków rockowych – został poproszony o p... >>>

JUSTYNA ŚWIĘS: Małe rytuały
Justyna Święs pięć lat temu stawiała swoje pierwsze kroki na scenie muzycznej. Nieśmiała dziewczyna o niesamowitym g... >>>

KUBA WIĘCEK: Jazz spoza szuflady
Zdobywca Fryderyka za jazzowy debiut 2017 roku oraz Mateusza Trójki, student prestiżowego Rhythmic Music Conservator... >>>

ŚLĄSKA FILMÓWKA: Katowicka Nowa Fala
Laurki mają to do siebie, że ociekają słodyczą i trudno w nie uwierzyć. Na szczęście z okazji 40. rocznicy istnien... >>>
po imprezie
Ostatnio dodane | Ostatnio skomentowane
Off Festival 2018
10.08.2018
Festiwal Tauron Nowa Muzyka 2018
2.07.2018
Off Festival 2017
8.08.2017
Festiwal Tauron Nowa Muzyka 2017
7.07.2017
Gorillaz
20.06.2017
Podziel się z resztą świata swoimi uwagami, zdjęciami, filmami po imprezach.
o nas | kontakt | reklama | magazyn | zgłoś błąd na stronie | © Ultramaryna 2001-2018, wszystkie prawa zastrzeżone