Serwis Ultramaryna używa plików cookies. Odwiedzając nasze strony akceptujesz otrzymywanie cookies (ciasteczek). Warunki dostępu do plików cookies możesz określić w swojej przeglądarce.

ZAMKNIJ

Ultramaryna | GŎDŌMY PO ŚLŌNSKU. INO JAK?
poniedziałek 26.06.17

START
LOKALE
FORUM
BLOGI
zgłoś imprezę   
  ultramaryna.pl  web 
GŎDŌMY PO ŚLŌNSKU. INO JAK?

Gŏdom od małego. Przez pierwsze siedem lat mojego życia gŏdka była jedynym językiem, jakim się posługiwałem, jaki słyszałem wokół siebie. Polski? Tak gŏdajom w telewizorze i w radio, na ulicy abo w doma – żodyn. Polski słyszało się też w urzędach i instytucjach, ale za gŏdanie po polsku wśród swoich – znajomych, rodziny, kumpli z placu – groziło natychmiastowe wyśmianie albo, co najgorsze, łatka gorola. Gŏdka od samego początku i po dziś dzień pełni rolę systemu odróżniania: kto swój, kto obcy, komu można zaufać, a przed kim należy udować Poloka.

SYTUACJA ZMIENIŁA SIĘ DIAMETRALNIE, GDY TRAFIŁEM DO SZKOŁY. W latach 80. nikomu się nie śniło o edukacji regionalnej. Gŏdka w przestrzeni publicznej istniała tylko jako wice Masztalskich, ewentualnie w zakurzonych egzemplarzach „Berów i bojek” Ligonia, plączących się w co drugim śląskim domu, a wychowujące nas nauczycielki robiły wszystko, żeby z naszego „tukej” i „dzisiej” zrobić hiperpoprawne, polskie „tutaj” i „dzisiaj”.

To oczywiście nic w porównaniu z tym, co musiało przechodzić pokolenie naszych rodziców, edukowane w latach 60., kiedy kary fizyczne i regulaminowe za używanie śląskiej gŏdki w szkołach były na porządku dziennym. My mieliśmy luźniej – nikt już nie zabraniał gŏdać na przerwach, a kiedy tylko nauczycielka wychodziła z klasy, polszczyzna znikała, wracaliśmy wszyscy do swojego pierwotnego języka. Nie da się jednak szkole odmówić pewnych sukcesów – nauczyła nas, jak wstydzić się śląskiej gŏdki, pokazała, że jeśli chcemy coś w życiu zrobić, osiągnąć, to musimy zacząć mówić po polsku, w tyj dziwnyj gŏdce, kaj wszysko jes takie ąę, a kożdo głoska brzmi, jakby jom ftoś wymamloł z trzi razy, zanim pedzioł.

I tak przez następne kilkanaście lat kolejne pokolenie Hanysów żyło w językowej schizofrenii. W domu, na placu, przy piwie z kolegami, w sklepie na rogu – gŏdka. W szkole, w pracy, w urzędzie, w supermarkecie – polski. Jak każdy nauczyłem się płynnie przechodzić z jednego języka do drugiego, nawet w obrębie tego samego zdania. Jak każdy podświadomie kontroluję czy z daną osobą moga gŏdać, czy muszę rozmawiać.

COŚ SIĘ JEDNAK ZMIENIŁO. OSTATNIE LATA TO PRAWDZIWY WYSYP stron internetowych, facebookowych fanpage’ów, projektów, książek i spotkań, mających na celu propagowanie śląskiej gŏdki. Stacje radiowe w języku śląskim, telewizje, programy edukacyjne w szkołach podstawowych i średnich, wreszcie pierwsze podręczniki, z których można nauczyć się podstaw tego języka/ dialektu/ gwary – gŏdki. I to właśnie z twórcami tych pierwszych elementarzy postanowiliśmy porozmawiać o przyszłości śląskiej gŏdki.

Jedną z takich osób jest Joanna Furgalińska, malarka i ilustratorka, autorka cieszącej się sporą popularnością „Śląskiej gŏdki dla Hanysów i Goroli”, wydanej przez Polskie Wydawnictwo Naukowe w 2010 roku. Książka ta to zbiór zabawnych, nieco karykaturalnych ilustracji, obrazujących śląską codzienność, uzupełnionych o znaczenia najbardziej powszechnych śląskich słów. Patrząc na częstotliwość, z jaką fragmenty tego wydawnictwa pojawiają się w internecie i grad lajków towarzyszący każdej ilustracji, trudno nie rozpocząć rozmowy z autorką od pytania o to, czy istnieje moda na śląskość?

Joanna Furgalińska: Tak. Śląskość stała się modna. Jest sexy, robi się coraz bardziej „lansiarska” i „hipsterska”. Cieszy mnie, że „niy ma gańba gŏdać” i gŏdka pojawia się w mediach, choć z nieufnością podchodzę do coraz popularniejszego ostatnio pojęcia tak zwanych „nowych Ślązaków”. To moim zdaniem bardzo powierzchowna śląskość, oparta na wicach i ausdrukach, w żaden sposób nie pogłębiona. To taka śląskość ludzi bez korzeni, którzy za wszelką cenę chcą się z czymś identyfikować, jakoś wyróżnić. Moim zdaniem „prawdziwa śląskość”, jakkolwiek by to nie brzmiało, zawiera w sobie pewną dozę poczucia krzywdy, jakiejś gorszości i dopóki Ślązacy nie zostaną dowartościowani, to zawsze będą nieufni i wyczują nieszczerość tego „oswajania” ich kultury. Choć z drugiej strony, może nawet takie powierzchowne docenienie śląskości jest krokiem w stronę przywracania Ślązakom poczucia wartości.

Skąd pomysł na stworzenie podręcznika śląskiej gŏdki? To właściwie nie jest podręcznik. Nie mam żadnych kompetencji do tego, by pisać podręczniki, jestem graficzką i ilustratorką. Po prostu pewnego dnia wpadłam na pomysł, by zilustrować śląskie pojęcia i stworzyć tematyczny słownik dla dzieci. Źródłem pomysłu była tęsknota za światem z dzieciństwa, którego już nie ma, za smakiem kołocza od omy, za dźwiękiem rozmów toczących się przy babcinym stole, za tą specyficzną śląską wspólnotą górników z kopalni „Wujek” i ich rodzin, wśród których spędziłam dzieciństwo.

W moim rodzinnym domu, na inteligenckiej Koszutce, w ogóle się nie gŏdało, tych z robotniczych dzielnic, Dębu czy Wełnowca, uważało się za kogoś gorszego. Jedyny kontakt z gŏdką miałam u dziadków. Dopiero po ślubie i przeprowadzce do Bytomia zrozumiałam, że faktycznie jesteśmy inni, że śląskość to nie pusty frazes, jak dotychczas myślałam, tylko zupełnie inny sposób postrzegania świata, odmienny system wartości. Niestety w tym samym czasie te wszystkie tradycje, słowa zaczęły zanikać, a ja poczułam się trochę ograbiona z tożsamości, co stało się jednym z impulsów do stworzenia „Śląskiej gŏdki dla Hanysów i Goroli”, nad którą zaczęłam pracować w 2007 roku, na długo przed tym, nim pojawiła się ta nowa moda na śląskość.

A jak widzi pani przyszłość śląskiej gŏdki? Myślę, że się odrodzi. Jeszcze dziesięć lat temu wydawało mi się, że rozpłynie się w polszczyźnie, ale teraz sądzę, że ma szansę przetrwać. Ja w każdym razie zamierzam nad tym pracować. We wrześniu PWN wydaje moją książkę kucharską napisaną całkowicie po śląsku. Dodatkowo ta moda na śląskość obejmuje nie tylko działania humorystyczne, są przecież też tacy ludzie jak profesor Kadłubek czy Szczepan Twardoch, jest Teatr Śląski, który dzielnie realizuje misję przywracania Ślązakom własnej kultury i poczucia dumy z własnego pochodzenia. Jeśli tylko Ślązacy będą wierzyć w siebie i w wartość swojej śląskości, to gŏdka nie zginie. Ale wydaje mi się, że są coraz bardziej uparci i świadomi swoich praw oraz potrzeb.

PODOBNY OPTYMIZM POJAWIA SIĘ TAKŻE W ROZMOWIE Z RAFAŁEM ADAMUSEM, prezesem Towarzystwa Kultywowania i Promowania Mowy Śląskiej Pro Loquela Silesiana, które od 2007 roku angażuje się w liczne działania służące zwiększaniu świadomości językowej Ślązaków.

Rafał Adamus: Jednym z impulsów do stworzenia naszego Towarzystwa była ogromna potrzeba uporządkowania ortograficznego chaosu, panującego w śląskiej gŏdce. Gdy na samym początku, jeszcze przed założeniem stowarzyszenia przeprowadziliśmy pierwsze śląskie dyktando, uczestnicy mogli korzystać z aż dziesięciu różnych sposobów zapisu, czyli dziesięciu ortografii. W zaledwie pół roku od rejestracji Pro Loquela Silesiana udało nam się stworzyć „komisję kodyfikacyjną” pod przewodnictwem pani profesor Jolanty Tambor z Uniwersytetu Śląskiego, a w ciągu roku wypracowaliśmy zasady ortograficzne, które stały się dziś w dużej mierze obowiązujące. W czasie tych prac udało nam się pozyskać dotację na stworzenie pierwszego śląskojęzycznego elementarza – ślabikŏrza, który został wydany w ortografii opracowanej przez wspomniany zespół.

Czy ślabikŏrz spełnił pokładane w nim nadzieje? Jak wygląda aktualnie możliwość uczenia się języka śląskiego? Niestety nie. Z bardzo prozaicznego powodu – braku funduszy na nauczanie języka śląskiego w szkołach. Szkoły, które zaopatrzyły się w nasz ślabikŏrz, w cenie 2,5 złotego, korzystają z niego jedynie podczas nielicznych zajęć pozalekcyjnych. Próbowaliśmy łatać dziury poprzez nauczanie języka w czasie lekcji organizowanych w Muzeum Śląskim, Chorzowskim Centrum Kultury czy chorzowskim skansenie, ale to kropla w morzu potrzeb. Bez systemowego nauczania w szkołach, bez wykwalifikowanej kadry dydaktycznej wciąż będzie to bardziej zabawa niż nauczanie. A potrzeby są olbrzymie, bo w najmłodszym pokoleniu, z czego wiele osób nie zdaje sobie sprawy, znajomość śląskiej mowy jest znikoma. Dlatego tak bardzo potrzebujemy dla śląskiej mowy statusu języka regionalnego. To chyba największa nasza porażka, że do tej pory, pomimo tylu obietnic, nadal status prawny ślōnskij gŏdki nie jest usankcjonowany i nadal nie ma możliwości jej normalnego nauczania w szkołach, choć sam ślabikŏrz to jeden z naszych największych sukcesów.

Co państwa zdaniem spowodowało zmianę nastawienia wobec godki, gdzie szukać źródeł jej popularności? Nie ma co ukrywać, że od kilku lat istnieje moda na śląskość, w tym na śląską mowę. Pewnie w jakimś stopniu jest ona efektem działań naszego stowarzyszenia czy innych organizacji, które od dawna zajmują się śląską kulturą i tożsamością. Nie jestem oczywiście w stanie określić jak bardzo przyczyniliśmy się do tej mody, ale to właśnie Pro Loquela Silesiana, jako pierwsze stowarzyszenie, organizowała wspomniane już lekcje śląskiej mowy, współorganizowała popularną akcję „Gŏdōmy po ślōnsku” polegającą na umieszczaniu loga akcji w publicznych miejscach, w których można porozumieć się po śląsku, tłumaczyła gazetki reklamowe różnych marketów czy – ostatnio – menu telefonu komórkowego na ślōnskŏ gŏdka. Gdy zakładaliśmy stowarzyszenie bardzo się baliśmy, że w ciągu dwóch, trzech pokoleń śląska mowa zaniknie całkowicie. W chwili obecnej takich obaw już nie mamy. Martwi nas jednak to, że język, który przetrwa, w znikomym stopniu będzie przypominał ten, którym posługiwali się nasi rodzice czy dziadkowie. Bo potrzeba wysławiania się po śląsku, szczególnie w młodym pokoleniu, jest olbrzymia. Niestety umiejętności często są niewielkie, a widoków na szybką poprawę tego stanu rzeczy – w związku z brakiem statusu języka regionalnego – nie ma.

Czy nie istnieje obawa, że gŏdka traktowana jako materiał do wiców, śmiesznych podpisów pod zdjęciami czy plakatami filmowymi, nigdy nie zostanie potraktowana poważnie? Jeśli chodzi o kwestie używania śląskiej mowy w wicach, memach czy innych „humorystycznych” projektach, to oczywiście dostrzegamy tego typu zagrożenia, ujawniające się między innymi w trakcie tłumaczenia na język śląski menu Facebooka. Ufamy jednak, że w pewnym momencie nastąpi przesyt tego typu pomysłami, a ich ilość sprawi, że nie będą wzbudzać zainteresowania. Podobnie jak z naklejkami i tabliczkami „Gŏdōmy po ślōnsku”, które przed dwoma, trzema laty wzbudzały nie lada sensację w różnych sklepach, biurach, restauracjach czy – tym bardziej – urzędach, a teraz powoli stają się czymś normalnym, na co nie zwraca się uwagi. Zdaje się, że każda osoba musi przejść przez taki etap fascynacji śląską mową. Jedni wprawdzie w latach 80. ubiegłego wieku, słuchając dowcipów o Masztalskim i Eciku, a inni teraz „lajkując” na Facebooku różnorakie śląskie memy. Ale prędzej czy później śląska mowa zacznie być traktowana jako coś, co służy do normalnej komunikacji, a nie do opowiadania żartów.

Jak więc wygląda przyszłość gŏdki? Jestem przekonany, że – mimo wszystkich przeciwności – przyszłość gŏdki mieni się w jasnych barwach. Kwestia zapisu, wbrew pozorom, nie jest wielkim problemem. O wiele ważniejsze są sprawy gramatyki czy składni, które wciąż ulegają zatrważającej polonizacji. To właśnie w tą stronę powinny zostać skierowane wszelkie działania, tak w sferze naukowej (opisanie tych zjawisk językowych), jak i edukacyjno-promocyjnej (nauczanie i promocja typowo śląskich zwrotów, które przechodzą powoli w niepamięć). I znów nie będę oryginalny stwierdzając, że wszystko to można robić przy dostępnych obecnie środkach bardzo, bardzo długo, bądź – w przypadku nadania śląskiej mowie statusu języka regionalnego – wykonać cywilizacyjny skok, który pozwoli na zachowanie stosunkowo dużej części językowego dziedzictwa naszych przodków.

GŎDOM OD MAŁEGO. TO SIĘ JUŻ NIE ZMIENI. Wciąż jednak pozostaje żywa kwestia, jak gŏdać, jak pisać, gdzie szukać wzorców. Dzięki staraniom takich ludzi jak ci, z którymi udało nam się porozmawiać oraz wielu innych, wykonujących mrówczą pracę u podstaw, i robiących wszystko, by naszo gŏdka przetrwała, ewoluowała i dopasowała się do nowych czasów, jest szansa, że następne pokolenia nie będą miały już tych problemów, posługując się swoim pierwszym, naturalnym i przyrodzonym językiem.

tekst: Marceli Szpak | ilustracje: Ewa Kucharska (dla „Rajzy po Kato”)
ultramaryna, lipiec/ sierpień 2015




>>> Furgaleria
>>> Pro Loquela Silesiana







teksty
FRELE: Pół żartem, pół serio
Miało być śmiesznie, a zaczęło robić się poważnie. Za sprawą śląskiej przeróbki hitu Adele „Hello”, nagranej... >>>

DZIECKO + SZTUKA = GŁOWA PEŁNA POMYSŁÓW
Czym jest edukacja kulturalna dla dzieci dzisiaj? Czy musimy polegać tylko na zaangażowanych nauczycielach, by wpro... >>>

MIUOSH: Miasto, muzyka, rodzina
Spełniony artysta – już nie tylko rapowy, szczęśliwy mąż i dumny ambasador regionu. Z Miuoshem rozmawiamy o p... >>>

GGRUPA: Grunt to dobry pomysł
Paweł Lipiński i Mateusz Frankowski Pierwsze miejsce w konkursie magazynu „eVolo” na wieżowiec przyszł... >>>

PAWEŁ DYLLUS: Ekipa to jest klucz
Paweł Dyllus, operator. Absolwent Wydziału Radia i Telewizji, wielokrotnie nagradzany za zdjęcia do filmów Julii Rus... >>>

ALEKSANDRA TERPIŃSKA: Najwyżej będę robić filmy niepopularne
Aleksandra Terpińska to jedna z najciekawiej zapowiadających się absolwentek reżyserii Wydziału Radia i Telewizji UŚ... >>>
po imprezie
Ostatnio dodane | Ostatnio skomentowane
Gorillaz
20.06.2017
Colin Stetson
19.12.2016
Julia Marcell
21.11.2016
Katowice Tattoo Konwent
30.09.2016
Tauron Nowa Muzyka 2016
2.09.2016
Podziel się z resztą świata swoimi uwagami, zdjęciami, filmami po imprezach.
o nas | kontakt | reklama | magazyn | zgłoś błąd na stronie | © Ultramaryna 2001-2017, wszystkie prawa zastrzeżone