Serwis Ultramaryna używa plików cookies. Odwiedzając nasze strony akceptujesz otrzymywanie cookies (ciasteczek). Warunki dostępu do plików cookies możesz określić w swojej przeglądarce.

ZAMKNIJ

Ultramaryna | MAREK „DŻAŁÓWA” JAŁOWIECKI: Generał wciąż ma się dobrze
niedziela 25.06.17

START
LOKALE
FORUM
BLOGI
zgłoś imprezę   
  ultramaryna.pl  web 
MAREK „DŻAŁÓWA” JAŁOWIECKI: Generał wciąż ma się dobrze

Jako pierwszy wyśpiewał słynną „Peggy Brown”. Przez jednych bywa określany mianem „ojca chrzestnego” śląskiego Manchesteru, dla innych jest przede wszystkim liderem kultowej formacji Generał Stilwell, która grała indie pop w czasach, kiedy było w nim znacznie więcej indie niż popu. W związku z wydaniem nowej płyty Marek „Dżałówa” Jałowiecki opowiada dlaczego lubi granie na jedno kopyto, z jakiego powodu nie wystąpił w Jarocinie i czemu przed Myslovitz w jego rodzinnych Mysłowicach nie było czarnej dziury.

Ultramaryna: Po „Marcie w Nicei” nagrałeś z Generałem „Claudię w Essen”. To środkowa część trylogii?
Dżałówa:
Raczej nie. Nie mamy pojęcia, jaki miałby być tytuł kolejnej płyty. Może powstanie z tego niezamierzona trylogia? „Marta w Nicei” była po części prezentem dla córki naszego perkusisty Adama, uwiecznieniem jej wakacji na południu Francji i podziękowaniem za zdjęcie, które umieściliśmy na okładce. Tym razem postanowiłem w takim duchowym wymiarze sprezentować płytę siostrzenicy z Essen. Poza tym darzę dużym sentymentem klimat niemieckich miast. Brzmieniowo album jest trochę inny od poprzedniego. Są klawisze.

Jak powstawały nowe nagrania? Zwykle przynoszę gotowe piosenki. Tym razem kilka z nich powstało na próbie. Wziąłem gitarę, zacząłem układać akord do akordu i nucić coś po holendersku.

O czym są te piosenki? „Pantani” odnosi się do postaci znanego włoskiego kolarza Marco Pantaniego. Inspiracją dla „Salto Angel” stała się postać łotewskiego podróżnika Aleksandra Laime’a. W „Despues del Dolor” znaleźć można nawiązania do meksykańskiego dramatu „Pragnienie miłości”, a w „Fińskim sposobie” do filmu Miki Kaurismakiego „Droga na północ”. „Herzog” to z kolei piosenka napisana pod wpływem lektury słynnej książki Saula Bellowa.

Jest jeszcze wyróżniające się na tle pozostałych „Nein Nein Nein”. „Nein Nein Nein” nawiązuje do hitu grupy Trio „Da Da Da”. Podkreśla tytuł płyty i cały jej klimat. Można powiedzieć, że jest to niemiecka płyta zespołu Generał Stilwell, a zarazem album z bardzo osobistymi piosenkami.

No właśnie, „Moje Essen” jest o Mysłowicach i dzielnicy, w której się wychowałeś. To najkrótszy utwór na płycie, ale obejmuje najwięcej obrazów. Opowiada o dzieciństwie spędzonym na Wesołej. Jego pierwsze słowa „Janina dej, dej si koki dej mi dej” to rodzaj awangardowego wprowadzenia do płyty. Później pojawia się w tekście wszystko to, co zapamiętałem: kawiarnia w stylu lat 70., kino Dar Górnika, korty tenisowe, ośrodek wypoczynkowy Wesoła Fala. Bardzo mi się tam podobało. Wesoła była kiedyś naprawdę fajnym miejscem.

Generał Stilwell (Dżałówa – gitara, Adam Rodzik – perkusja, Jan Szkoda – bas)

Kiedy zainteresowałeś się muzyką? W wieku 10 lat posłuchałem po raz pierwszy płyty AC/DC, ale nowofalowa muzyka dotarła do mnie na początku lat 80., w okresie licealnym, wraz z pojawieniem się pierwszej płyty The Smiths. To były czasy, kiedy w „Trójce” grane były całe albumy, a po pirackie kasety jeździło się do sklepu na Karmelickiej w Krakowie. Potem pełne plecaki tej muzyki przywoziliśmy na Wesołą. Słuchaliśmy jej w różnych jakościach, ale byliśmy szczęśliwi. Pamiętam też koncerty w katowickim klubie Akant. Co środę występowały tam świetne polskie kapele: Rendez-Vous, Dezerter, Moskwa, Made In Poland, Variete czy One Million Bulgarians.

Wtedy postanowiłeś, że będziesz pisał piosenki? Pierwszą kasetę ze swoimi pomysłami nagrałem w domu na gitarze elektrycznej podłączonej do Grundiga. Dawało to takie fajne sprzężenie. W liceum przez chwilę występowałem jako perkusista w zespole Komplex N. Na szczęście wokalista szybciej skończył szkołę, bo był starszy ode mnie, dzięki czemu powstał Generał Stilwell. Byliśmy kolegami ze szkolnej ławki. Nasz basista Adam Pniok grał jednak tylko przez chwilę, ponieważ upomniało się o niego wojsko. Jego miejsce zajął Jan Szkoda i tak już zostało.

W latach 80. nie występowaliście poza Śląskiem. Nie udało się także z Jarocinem. Już wtedy czułem, że Generał jest nieco dalej od muzyki punkowo-nowofalowej, która była na topie. Graliśmy coś innego, ale kiedy dowiedziałem się, że w komisji oceniającej zgłoszenia do festiwalu w Jarocinie zasiada Tomek Lipiński, który wydał wtedy płytę z zespołem The Fotoness, pomyślałem, że może mu się spodobamy. Wysłaliśmy te piosenki, choć wiedzieliśmy, że były kiepsko nagrane. Może w ogóle tego nikt nie posłuchał, ale odmowa jest. Kultura wtedy była. Dzisiaj nikt nawet mejla by nie wysłał. A my dostaliśmy oficjalny dokument z pieczątką napisany na maszynie.

Mieliście świetne piosenki. Czego zabrakło? Bycie artystą to podejmowanie ryzyka, czasem postawienie wszystkiego na jedną kartę. Nigdy tego nie zrobiłem i w moim wieku nie mogę już tego zrobić. Dawniej było to możliwe, ale tylko teoretycznie. Przez wiele lat miałem nad głową wojsko, do którego nie chciałem iść. Musiałem pracą odrabiać służbę wojskową. Można użyć zatem bardzo kolokwialnego stwierdzenia, że to system nie pozwolił mi odnieść sukcesu. Nigdy też nie próbowaliśmy zrobić czegoś z premedytacją, żeby potem mieć swobodę działania. Nie powiedzieliśmy sobie: „Panowie zróbmy album w stylu Manic Street Preachers, bo oni są na pierwszym miejscu listy przebojów”.

Twoje teksty są często doceniane i chwalone, ale jak na ironię losu najbardziej kojarzony jesteś z piosenką, w której wykorzystałeś irlandzki wiersz w tłumaczeniu Ernesta Brylla… To prawda. „Peggy Brown” powstała zupełnie przypadkowo pod koniec lat 80., nawet nie z myślą o Generale, ale o projekcie The Hustlers. Miało to być jednorazowe przedsięwzięcie. Wspólnie z Przemkiem Myszorem, z którym w tamtym okresie grałem przez chwilę w zespole October’s Children, postanowiliśmy wystąpić na Festiwalu Piosenki Żeglarskiej Tratwa w Katowicach. Na tekst „Peggy Brown” natrafiłem w domu młodzieży na Wesołej, do którego chodziliśmy oglądać MTV. Tam właśnie na bufecie leżała płyta zespołu 2+1. Oni sięgnęli po ten wiersz nieco wcześniej. Spodobały mi się słowa, więc je sobie przepisałem. Pomyślałem, że skoro oryginalnie jest to tradycyjna, irlandzka poezja, też mogę ją sobie śpiewać. Wymyśliłem własną melodię i tak to powstało. Ostatecznie The Hustlers wystąpiło na wspomnianym festiwalu beze mnie, a piosenka parę lat później stała się wielkim przebojem.

Znałeś się z wtedy z Arturem Rojkiem? Poznałem go jakoś na początku lat 90. Mieliśmy wspólnego znajomego, który sprowadzał fajne płyty. U niego w mieszkaniu spotykałem też Rojka. Widać było od razu, że jest fanem muzyki.

Jakie były twoje wrażenia po pierwszym zetknięciu się z twórczością Myslovitz? Słuchając ich na próbie czułem zupełnie inne podejście do grania. Oni byli od samego początku bardziej profesjonalni, przygotowani, mieli lepszy sprzęt. Widać było, że są już w nowych czasach i wiedzą, jak poruszać się w tym świecie. My do dzisiaj nie wiemy, jak to robić.

Delons (Adam Rodzik, Paweł Jankowski, Wojtek Wołyniak, Przemek Myszor, Marek Jałowiecki)

Udało ci się jednak wydać album dla dużej wytwórni ze swoim kolejnym projektem Delons. Wbrew pozorom rok 2005, w którym pojawiła się płyta „Wersja z napisami”, okazał się smutnym rokiem dla zespołu Delons. Nie tak to sobie wszystko wyobrażaliśmy. Jeśli zakładasz zespół, marzysz o tym, żeby to była twoja przyszłość. Nie chodzi mi o wielką karierę i kolorowe okładki, ale o życie z muzyki. Takie marzenia wciąż mam. Wtedy pojeździłem po kilku stacjach radiowych, gdzie zblazowani prezenterzy mówili mi, że nie mają wpływu na to, jaka muzyka leci w ich stacji, bo tracklistę generuje komputer. To była bolesna konfrontacja ze światem show-biznesu. Poznałem również kilku wspaniałych i zaangażowanych ludzi, jak choćby Maciek Pilarczyk, dzięki któremu płyta Delons została wydana. Bardzo wielu rzeczy nauczyłem się też od Przemka Myszora. To on pokazał mi, że można śpiewać inaczej.

Po Delonsach założyłeś projekt Ladislav? Najpierw pisałem piosenki z myślą o drugiej płycie Delons. Miała być bardziej jednorodna, ale nie udało się jej nagrać. Generał to właśnie takie granie na jedno kopyto, czyli to, co uwielbiam w tej muzyce! Powstał projekt Ladislav, po którym pozostała płyta „Słowa o smaku wody” i kilka małych EP’ek wydanych własnych sumptem ze skserowanymi okładkami: „Bruno Is Dead”, „Degradacja Kapitana Dreyfusa”, „Prędkości, pojazdy i wady”.

W tym czasie Mysłowice powoli przestawały być „polskim Manchesterem”, bo boom na gitarowe granie się kończył. Poczułeś choć trochę klimat deszczowej Anglii? Nie. Zamiast tego obserwowałem zespoły, które chciały zrobić karierę, fajnie się prezentować i dobrze ubierać, które wiedziały dużo lepiej ode mnie, jak robić muzykę rockową. Jakie gitary kupić, jakie struny i jaki wzmacniacz. Jeżeli na tym polega rock’n’roll, to faktycznie oni mieli rację. Dla mnie rock’n’roll polega na czymś innym. Na czymś, co sobie sam wymyśliłem w głowie i chcę, żeby tak było zawsze. Moim zdaniem wciąż największym błędem każdego zespołu z Mysłowic jest to, że chce osiągnąć taki sukces jak Myslovitz.

W pewnym sensie jesteś jednak „ojcem chrzestnym” tej sceny. Nikt poza zespołem Myslovitz przez lata nie wyciągnął do mnie ręki. W zasadzie tylko oni docenili to, co robię. Prawdopodobnie dlatego, że pamiętają tamte czasy i nie są zawistni. Nie muszą być, ponieważ osiągnęli sukces. Wydaje mi się, że potrafią ocenić to, co robiłem w miarę obiektywnie. Dla mnie Generał Stilwell jest elementem innego życia, takiej bajki, którą sam sobie tworzę. To jest coś, co robię i czuję, że to jest moje. Nikt nie każe mi tego robić. Sam to wymyślam i to się dzieje.

October’s Children (Tomek Breś, Dżałówa, Przemek Myszor)

Według Wikipedii jesteś w Polsce pionierem brit popu. Słusznie? Brit pop to określenie opisujące zaledwie jeden wycinek brytyjskiej muzyki, ale takie proste porównania są dla dziennikarzy często wygodne. Podejrzewam, że wciąż zdaniem wielu z nich w Mysłowicach w latach 80. niczego nie było, a później wszyscy słuchali tutaj tylko Coldplay i Radiohead, no i grali brit pop. To oczywiście nieprawda.

A co z indie popem? Jest teraz wszędzie. Indie pop wszedł do mainstreamu za sprawą młodzieży, dla której najważniejsze jest osiągnięcie sukcesu. Jest coś odpychającego przede wszystkim w neofolkowcach. Coś, co mnie drażni. W każdej reklamie pojawia się piosenka gościa z gitarą. Oni są tacy ładni, szczupli, mają długie brody, choć niedawno skończyli 18 lat. To wszystko jest takie wystylizowane, sztuczne. Wystarczy spojrzeć na stare zdjęcia Stranglers, żeby wiedzieć o co chodzi. Byli naturszczykami, bandytami, czarnymi charakterami z Londynu!

To kto w takim razie pisze dobre piosenki? Trudne pytanie. Donovan Blanc według mnie pisze fajne piosenki. Ale w mainstreamie też je słyszę. Na płycie „Viva La Vida” Coldplay są moim zdaniem same bardzo dobre piosenki. I choć wracam ostatnio często do starej progresji, te nowe, hipsterskie zespoły też lubię.

Możesz polecić coś, co słyszałeś ostatnio? Bardzo podobają mi się nowe albumy Built To Spill i The Apartments.

tekst: Roman Szczepanek | zdjęcia: Radosław Kaźmierczak, Rafał Cieślik, archiwum zespołu
ultramaryna, czerwiec 2015








WYGRAJ PŁYTĘ

Mamy dla Was trzy płyty Generała Stilwella „Claudia w Essen”. Aby zdobyć jedną z nich, napiszcie w komentarzu pod tekstem tytuł i wykonawcę swojej ulubionej piosenki z lat 90. (nie musi być zespołu z Mysłowic:). Tytuły nie mogą się powtarzać, czyli kto pierwszy ten lepszy!

Wpis należy opatrzyć swoim imieniem i nazwiskiem lub nickiem oraz adresem e-mail. Podanie adresu jest wymagane, można dokonać zapisu z [at] lub ze spacją. Płytami nagrodzimy trzech autorów komentarzy – w każdym tygodniu jednego (do 10., 17. i 24.06, do północy), a wybrane piosenki udostępnimy na naszym Facebooku.

Biorąc udział w konkursie zgadzasz się na przetwarzanie swoich danych osobowych przez Ultramarynę w celu przeprowadzenia konkursu.







teksty
FRELE: Pół żartem, pół serio
Miało być śmiesznie, a zaczęło robić się poważnie. Za sprawą śląskiej przeróbki hitu Adele „Hello”, nagranej... >>>

DZIECKO + SZTUKA = GŁOWA PEŁNA POMYSŁÓW
Czym jest edukacja kulturalna dla dzieci dzisiaj? Czy musimy polegać tylko na zaangażowanych nauczycielach, by wpro... >>>

MIUOSH: Miasto, muzyka, rodzina
Spełniony artysta – już nie tylko rapowy, szczęśliwy mąż i dumny ambasador regionu. Z Miuoshem rozmawiamy o p... >>>

GGRUPA: Grunt to dobry pomysł
Paweł Lipiński i Mateusz Frankowski Pierwsze miejsce w konkursie magazynu „eVolo” na wieżowiec przyszł... >>>

PAWEŁ DYLLUS: Ekipa to jest klucz
Paweł Dyllus, operator. Absolwent Wydziału Radia i Telewizji, wielokrotnie nagradzany za zdjęcia do filmów Julii Rus... >>>

ALEKSANDRA TERPIŃSKA: Najwyżej będę robić filmy niepopularne
Aleksandra Terpińska to jedna z najciekawiej zapowiadających się absolwentek reżyserii Wydziału Radia i Telewizji UŚ... >>>
po imprezie
Ostatnio dodane | Ostatnio skomentowane
Gorillaz
20.06.2017
Colin Stetson
19.12.2016
Julia Marcell
21.11.2016
Katowice Tattoo Konwent
30.09.2016
Tauron Nowa Muzyka 2016
2.09.2016
Podziel się z resztą świata swoimi uwagami, zdjęciami, filmami po imprezach.
o nas | kontakt | reklama | magazyn | zgłoś błąd na stronie | © Ultramaryna 2001-2017, wszystkie prawa zastrzeżone