Serwis Ultramaryna używa plików cookies. Odwiedzając nasze strony akceptujesz otrzymywanie cookies (ciasteczek). Warunki dostępu do plików cookies możesz określić w swojej przeglądarce.

ZAMKNIJ

Ultramaryna | POZDROWIENIA ZE ŚLĄSKA!
niedziela 25.06.17

START
LOKALE
FORUM
BLOGI
zgłoś imprezę   
  ultramaryna.pl  web 
POZDROWIENIA ZE ŚLĄSKA!

Pięć osobowości, jeden wspólny mianownik – Śląsk. Pochodzą z zupełnie różnych kawałków układanki zwanej Polską, szerzej Europą. Zaczynając od północy pojawia się enigmatyczna Benbecula w Szkocji, niżej Londyn, idąc dalej Kaszuby, na końcu lądujemy nieco bliżej – na Dolnym Śląsku. Przyjechali tutaj, pokochali, a przynajmniej polubili ten region i zdecydowali się zostać na dłużej.

Lee Mackintosh Jones jest rodowitym Szkotem i katowiczaninem z wyboru. Śląsk jest miejscem akcji jego debiutanckiego filmu „Matka”, pokochał Ślązaczkę, założył tu rodzinę i ani myśli o powrocie. Jake Cunningham poznał Ślązaczkę w Londynie, razem zdecydowali o przenosinach na bardziej przyjazny rodzinie i dzieciom Śląsk. Polubił tutejszą architekturę i jedzenie. Nadal uczy się języka i do końca nie rozumie zbliżającego się Śmigusa-dyngusa, ale wszystko wskazuje na to, że Katowice pozostaną jego domem na dobre. Anna Piotrowska funkcjonuje w przestrzeni tańca od lat, ostatnio można ją odnaleźć pod bytomskim adresem. Jest tancerką, choreografką, reżyserką, pedagogiem i założycielką Mufmi oraz Fundacji Rozwoju Tańca „eferte”.

Agim Dżeljilji zamienił Dolny Śląsk na Górny, nie dając się omamić nieprzychylnym Ślązakom stereotypom. Jest rozstrzelony między różnymi muzycznymi projektami, na czele z ostatnim – Nervy. Docenia lokalne biznesy, festiwale muzyczne i młodych ludzi, którzy mają pomysł na siebie i nie boją się o niego zawalczyć. Krzysztof Krot jest lokalnym aktywistą, podejmującym działania na pograniczu kultury, sportu i gastronomii. Głośno zrobiło się o nim przy okazji ostatniego koncertu „narodowej orkiestry polskiego rapu” oraz ożywiania zapomnianych neonów. Jego ulubionym miejscem jest Dolina Trzech Stawów: „Nawet katowiczanie nie zdają sobie sprawy, że ponad połowa miasta to parki i lasy” – mówi.


WSZYSTKO KRĘCI SIĘ WOKÓŁ ŚLĄSKA
Urodził się w Benbeculi w Szkocji, w wieku siedmiu lat przeniósł się do Londynu, gdzie musiał uczyć się angielskiego. A wszystko dlatego, że w jego rodzinnych stronach językiem urzędowym jest szkocki. Lee Mackintosh Jones przyjechał do Polski na zaproszenie Henryka Baranowskiego, by współreżyserować z nim „Makbeta” na deskach Teatru Śląskiego w Katowicach.

Mimo iż z wykształcenia jest naukowcem – prowadzi laboratorium analityczne zorientowane wokół ochrony środowiska z główną siedzibą w Londynie i bazą w Rudzie Śląskiej, jego życie kręci się (dosłownie) wokół filmu i teatru. Jest absolwentem Szkoły Filmowej Wernera Herzoga, wyreżyserował w Londynie liczne sztuki teatralne oraz krótkie formy dla BBC.

Jego fabularnym debiutem jest umiejscowiona na Górnym Śląsku „Matka”. Dlaczego stał się on idealnym tłem dla akcji filmu? „Wywołuje wspomnienia z dzieciństwa, jest pełny sprzeczności, to interesujące płótno, na którym można namalować moją historię” – mówi Lee. Głównym tematem są wzajemne poszukiwania matki i jej syna. Artur został przez ojca oddany do domu dziecka, podczas gdy Maria leżała zamroczona alkoholem. Teraz oboje zrobią wszystko, by się odnaleźć. Co może doprowadzić tytułową „Matkę” do życiowego przełomu, czy jest on w ogóle możliwy?

Lee zakochał się w Ślązakach, a właściwie w pewnej Ślązaczce... „Poczułem silny związek z regionem. Pomogło mi poznanie wielu świetnych ludzi, łącznie z moją partnerką” – mówi. Zauważa nawet pewne podobieństwa do jego rodaków, szczególnie w podejściu do pracy, z którym się identyfikuje. Wyczuwa tu pewną nieustannie wibrującą energię, doświadczanie zmiany, co napędza cały region. Wolny czas dzieli między rodzinę i pisanie, a do jego ulubionych miejsc należą, wbrew stereotypowemu spojrzeniu na region, parki. Nie obyło się również bez pewnych trudności – do teraz w jego nocnych koszmarach pojawiają się administracyjne zawiłości związane z założeniem własnej firmy.

Przyjaciołom ze Szkocji poleciłby spacer po Katowicach, to jego zdaniem najlepszy sposób, by je poczuć i poznać. Na trasie wycieczki obowiązkowo ulokowałby nową siedzibę NOSPRu.


ENGLISHMAN IN KATOWICE
Jake Cunningham pochodzi z bijącego w szaleńczym tempie serca Anglii, Londynu, jednak trzy lata temu obrał nieco inny kierunek – Katowice. Dlaczego? Kartą przetargową bynajmniej nie były tylko wychwalane przez niego żurek, kiełbasa i ogórki kiszone, a rodzina. „Głównym problemem było to, gdzie wychowamy nasze dzieci, zastanawialiśmy się jak wygląda życie w Londynie i jak mogłoby wyglądać w Katowicach” – mówi. Przeważyła tęsknota za przestrzenią, czasem i wolnością, które odnalazł na Śląsku. Nadal zajmuje się fotografią, mimo iż na wszelki wypadek przygotował się do pracy jako native speaker. Miasto okazało się jednak przyjaznym gruntem dla otwarcia własnej firmy, zajmującej się fotografią.

Jaki jest stereotypowy Polak według stereotypowego Anglika? W oczach Jake’a „to ktoś szczery, solidny w pracy, a także ambitny, dążący do celu i realizujący swoje marzenia. Szybkość, z jaką Polacy nadrabiają zaległości z przeszłości, jest godna podziwu. Zmieniają się na lepsze i nie powinni mieć żadnych kompleksów wobec przyjaciół z krajów Europy Zachodniej”.

Polska rysuje się w oczach mieszkańców Wysp jako zimny, szary i nudny kraj, którego historia zamyka się w trzech hasłach: II wojna światowa, komunizm i „Solidarność”. Jednak Jake zdaje się dostrzegać znacznie więcej, szczególnie w tkance miasta: „Bardzo podoba mi się architektura, od industrialnego krajobrazu przez kamienice i centra biznesowe po funkcjonalną, brutalną architekturę. Jestem fanem modernizmu pierwszej połowy XX wieku, którego przykłady można tutaj zaobserwować. To wszystko współgra ze sobą, pomaga zrozumieć miasto i jego historię. Katowice są żywe i funkcjonalne, bardzo mi to odpowiada” – mówi. Chadza własnymi ścieżkami, a wolny czas spędza z rodziną, najchętniej w Parku Kościuszki lub Cafe Kattowitz z uwagi na dobre jedzenie, obsługę i ludzi, dumnych z tego, co robią.

Największy problem? Język, z bogactwem wrogich spółgłosek przedniojęzykowo-dziąsłowych, takich jak: „dż”, „sz”, „cz” i „rz”. To dla Anglika prawdziwa gimnastyka buzi i języka. „Ludzie są tutaj bardzo pomocni i chcą rozmawiać. To jest podstawowa różnica między Katowicami a Londynem, tam nikt nigdy nie ma czasu, wszyscy się spieszą, żyją w wielkiej bańce mydlanej. Tu jest inaczej, ludzie są bardziej otwarci” – mówi.

Jak wyjazd to i tęsknota, głównie za bliskimi. „Mam tutaj przyjaciół, ale tęsknie za tymi najbliższymi, których znam od lat. Łatwiej jest rozmawiać o głupotach oraz o istotnych sprawach, kiedy masz z kimś wspólną historię i doświadczenia, a to wymaga czasu”.


ROZTAŃCZONY BYTOM
Emocje były wyznacznikiem jej poszukiwań ruchowych, nieustannie bada jak odczucia, które są wewnątrz, motywują do działania i ruchu. Emocjonalność przeradza się w motywy, dla których poszukuje tańca, zadaje sobie pytanie: dlaczego w danym momencie człowiek tańczy? Anna Piotrowska – tancerka, choreograf, reżyser, nauczyciel tańca współczesnego, fundator i prezes Fundacji Rozwoju Tańca „eferte”, założycielka Mufmi w Warszawie. To tylko kilka z szeregu działań, tanecznych wyzwań, których się podejmuje.

Stworzyła blisko 80 choreografii i przedstawień (w tym międzynarodowych) oraz programów edukacyjno-kulturalnych, takich jak „PolemiQi”, „Atak przestrzeni” czy „British 4 Polish Dance”. Jest reżyserem ruchu w teatrach dramatycznych m.in. w Szczecinie, Krakowie i Warszawie. Zrealizowała dwie produkcje dla Polskiego Teatru Tańca w Poznaniu: „farfallę” i „6 x 9”.

Swoją wiedzę i umiejętności przekazywała studentom Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej na Wydziale Teatru Tańca w Bytomiu, gdzie w 2013 roku zrealizowała ich spektakl dyplomowy „Transdyptyk”. Piotrowska jako pierwsza kobieta stworzyła przedstawienie dla Wrocławskiego Teatru Pantomimy pt. „Historia brzydoty”. W zeszłym roku jako choreograf reprezentowała województwo śląskie w międzynarodowym projekcie „Recording Fields”.

Na Śląsk przyjechała z Warszawy, którą zamieniła na Bytom. Obecnie pracuje dla Teatru Rozbark, od września 2014 roku jest kierownikiem zespołu, współpracuje m.in. z izraelsko-holenderskim duetem choreograficznym Ivgi & Greben. Do swojego warszawskiego teatru dojeżdża w „trybie zaocznym”.

Co zachwyca ją na Śląsku? Architektura, przestrzenie postindustrialne, dobra komunikacja i brak korków. Do tego przyjaźni, uśmiechnięci i nieskomplikowani (w dobrym tego słowa znaczeniu) ludzie oraz pozytywna energia, wynikająca też z doświadczeń życiowych. Tu więcej rzeczy wydaje się możliwych i osiągalnych. „Czuję się tutaj po prostu dobrze, trochę jak u siebie w domu, czyli na Kaszubach (urodziłam się w Człuchowie). Moją alternatywą i drugim domem jest Sycylia, ponieważ mój mąż stamtąd pochodzi” – mówi. „Nie ukrywam, że sama dopiero odkrywam Śląsk. Każde miasto na Śląsku ma swój typowy klimat. W Bytomiu uwielbiam stare piękne kamienice i ich podwórka” – dodaje.


NIE OBAWIAŁEM SIĘ, ŻE WYLĄDUJĘ NA MARSIE
Siedem lat we Wrocławiu, siedem w Warszawie, siódmy rok w Katowicach... Krzysztof Krot nie może usiedzieć na miejscu: „Myślę o wyjeździe w momencie kiedy wjeżdżam do miasta” – mówi. Serce zostało w Dzierżoniowie, na Dolnym Śląsku, Warszawa to czas pierwszych szlifów, pierwszych projektów i realizacji, jednak „w pewnym momencie przestało nam się podobać w Warszawie, pojawiły się dzieci, a dostęp do opieki zdrowotnej czy przedszkola to była droga przez mękę. Wtedy stwierdziliśmy, że chyba spróbujemy gdzieś indziej”.

Padło na Katowice i patrząc z perspektywy szarego mieszkańca Katowic, bardzo dobrze. Krzysztof Krot ma głowę pełną pomysłów, trudno wskazać projekt, którego nie byłby w stanie się podjąć. Ponad 160 wydarzeń w ramach Lajery na Mariackiej, reaktywacja Kalibra 44, Nyskapady, strefa kibica podczas Euro 2012 i Mistrzostw Świata w piłce siatkowej mężczyzn w Katowicach, do tego „odkurzanie” neonów, a ostatnio głośny koncert Miuosh + Jimek + NOSPR. To jedynie kropla w morzu możliwości tego lokalnego działacza i kaowca.

A wszystko zaczęło się od pewnego wieczoru. „Wyszliśmy z żoną na miasto w poszukiwaniu restauracji i okazało się, że w piątek po 21.00 wszystko było pozamykane. Stwierdziliśmy, że chyba warto coś otworzyć, zrobić, żeby to miasto trochę zmienić”. Najpierw pojawiła się Lorneta z Meduzą przy ul. Mariackiej, potem klubokawiarnia Strefa Centralna w Centrum Kultury Katowice, a wokół tych działań powstało mnóstwo zdarzeń kolaboranckich z kulturą.

Szczególnie ważne dla przestrzeni miasta są starania mające na celu przywrócenie do życia dawnej chluby Katowic – oświetlających ulice kolorowym światłem neonów. Sprawa nie jest jednak taka prosta, często wymaga papierologii stosowanej, z którą Krot walczy razem ze Stowarzyszeniem Moje Miasto. Słynny neon „Katowice” został odratowany z hali w Piotrowicach dzięki znajomości z panem z Nieruchomości PKP S.A. Natomiast historia „Bożych Darów” rozpoczęła się pewnego poranka – o godzinie 7.30 dostał telefon, że w ciągu godziny neon zostanie zdemontowany i wyrzucony na śmietnik. Na drugie życie czeka jeszcze ponad 20 sztuk, a ostatnio na mieście pojawiły się „Zenit” i „Dziennik Zachodni”.

Krzysztof Krot zwraca uwagę na dynamikę zmian, których jednym z motorów były starania o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury 2016. To wtedy jego zdaniem ludzie zdecydowali się wyjść ze swoimi pomysłami na ulicę. Znajomi, którzy wpadają do niego z wizytą czy przyjeżdżają do Katowic na imprezy i festiwale, wręcz nie poznają tego miasta, bo dynamika zmian jest tu chyba największa w Polsce.

Jak kształtują się jego plany na przyszłość? „Jest sporo projektów, cztery koncertowe, kilka związanych z promocją miasta, a w tzw. zamrażarce jest ich ponad 60, ale nadal czekają na realizację. Życia nam chyba braknie” – mówi.


Z DOŁU DO GÓRY
Agim Dżeljilji spakował do walizki swoje muzyczne doświadczenia, by powędrować do miejsca, które choć na mapie leży poniżej Wrocławia, zwie się Górny Śląsk. Aklimatyzacja zdaje się nie przeszkadzać mu w nieustannym tworzeniu muzyki. Jest kompozytorem, producentem i realizatorem dźwięku oraz autorem muzyki teatralnej i filmowej. Współpracuje z Noviką, tworzy pod szyldami smacznego Oszibaracka (z węgierskiego – brzoskwinia) i idealnie kwitującej lekko psychodeliczny klimat grupy Nervy.

Muzycznie to raczej niespokojna dusza – wystarczy wsłuchać się w kawałek projektu Nervy, stworzonego wspólnie z wywodzącym się ze Skalpela Igorem Boxxem i zawiadowcą bębnów Janem Młynarskim. Pojawiło się nawet dość trafne porównanie do cyrku, z jego standardowymi atrybutami: areną, orkiestrą dętą, klaunami i obowiązkowym słoniem. Co stanie się, jeśli każdy z nich przyjmie niekontrolowaną dawkę LSD? „Euforia”, do której teledysk stworzyło katowickie Kopaniszyn Studio.

Do Zabrza trafił za głosem serca, nie przejmując się zanadto hasłami typu: Ślązacy to Niemcy, a Śląsk jest czarny. W rodowitych mieszkańcach regionu ceni silne poczucie przynależności do miejsca, świadomość własnych korzeni, serdeczność, życzliwość oraz gwarę. Nie wszystko jest jednak takie różowe, jego zdaniem wadą jest pewna hermetyczność. „Mają swój... nazwijmy to, kod porozumiewania się. Chronią swoja prywatność, wydaje mi się, że wynika to z silnych więzi rodzinnych. Swój czas poświęcają na ich kultywowanie, tworząc pewien krąg, do którego nie ma się wstępu. Ale to akurat mi imponuje” – dodaje Agim.

Pierwsze myśli związane z regionem? „Nigdy nie widziałem w Polsce tylu luksusowych aut, a jednocześnie sporo biedy. To smutne. Wierzę, że to się zmieni”. Jest też jasna strona – Agim wymienia dynamicznych, młodych ludzi, którzy mają pomysł na siebie. Co przejawia się w wielu inicjatywach o charakterze kulturalnym i biznesowym. Znalazł tutaj swoje ulubione kąty, lubi przesiadywać w katowickim Światowidzie, zjeść „najlepszą pizzę w kraju”, serwowaną w Len Arte, a wieczorem pójść na dobry koncert do Jazz Clubu Hipnoza. „Powstają takie znane zjawiska, jak ‘śląski design’, świetne festiwale jak Tauron Nowa Muzyka i Off Festival, a w sferze biznesu John Lemon, Poszetka czy Geszeft. To jest unikalne na skalę krajową. Macie swój styl i potraficie to pokazać” – mówi.

tekst: Magdalena Sarapata | zdjęcia: Marta Frank, Radosław Kaźmierczak, Tomasz Dyczewski, Archiwa prywatne | ilustracja: Dominik Cymer / cyberkids.pl
ultramaryna, kwiecień 2015










teksty
FRELE: Pół żartem, pół serio
Miało być śmiesznie, a zaczęło robić się poważnie. Za sprawą śląskiej przeróbki hitu Adele „Hello”, nagranej... >>>

DZIECKO + SZTUKA = GŁOWA PEŁNA POMYSŁÓW
Czym jest edukacja kulturalna dla dzieci dzisiaj? Czy musimy polegać tylko na zaangażowanych nauczycielach, by wpro... >>>

MIUOSH: Miasto, muzyka, rodzina
Spełniony artysta – już nie tylko rapowy, szczęśliwy mąż i dumny ambasador regionu. Z Miuoshem rozmawiamy o p... >>>

GGRUPA: Grunt to dobry pomysł
Paweł Lipiński i Mateusz Frankowski Pierwsze miejsce w konkursie magazynu „eVolo” na wieżowiec przyszł... >>>

PAWEŁ DYLLUS: Ekipa to jest klucz
Paweł Dyllus, operator. Absolwent Wydziału Radia i Telewizji, wielokrotnie nagradzany za zdjęcia do filmów Julii Rus... >>>

ALEKSANDRA TERPIŃSKA: Najwyżej będę robić filmy niepopularne
Aleksandra Terpińska to jedna z najciekawiej zapowiadających się absolwentek reżyserii Wydziału Radia i Telewizji UŚ... >>>
po imprezie
Ostatnio dodane | Ostatnio skomentowane
Gorillaz
20.06.2017
Colin Stetson
19.12.2016
Julia Marcell
21.11.2016
Katowice Tattoo Konwent
30.09.2016
Tauron Nowa Muzyka 2016
2.09.2016
Podziel się z resztą świata swoimi uwagami, zdjęciami, filmami po imprezach.
o nas | kontakt | reklama | magazyn | zgłoś błąd na stronie | © Ultramaryna 2001-2017, wszystkie prawa zastrzeżone