Serwis Ultramaryna używa plików cookies. Odwiedzając nasze strony akceptujesz otrzymywanie cookies (ciasteczek). Warunki dostępu do plików cookies możesz określić w swojej przeglądarce.

ZAMKNIJ

Ultramaryna | KRZYSZTOF SIWCZYK: Między wierszami
piątek 26.05.17

START
LOKALE
FORUM
BLOGI
zgłoś imprezę   
  ultramaryna.pl  web 
KRZYSZTOF SIWCZYK: Między wierszami

Trochę aktor, bardziej pracownik Instytutu Mikołowskiego, przede wszystkim poeta. Aktor znany głównie z roli w filmie „Wojaczek” Lecha Majewskiego, odpowiedzialny za popkulturową twarz tego mikołowskiego, rozbijającego szyby (dosłownie) poety. Pozostając w temacie, zastępca dyrektora Instytutu Mikołowskiego, który mieści się w dawnym mieszkaniu państwa Wojaczek. Jego działalność, zachowując klimat domowych pieleszy, skupia się głównie na wydawaniu poezji i organizowaniu spotkań literackich i konferencji.

Krzysztof Siwczyk zadebiutował z hukiem, jego tomik „Dzikie dzieci” zdobył nagrody miesięcznika „Czas kultury” oraz Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Jacka Bierezina. Kolejne wiersze wydawał średnio co rok, dwa lata. Ostatni, dwunasty – poemat „Dokąd bądź” zapewnił Siwczykowi prestiżową w świecie literackim Nagrodę Kościelskich.

NAGRODA KOŚCIELSKICH
Ultramaryna: Jakie to jest uczucie być wymienianym jednym tchem razem z Edwardem Stachurą, Sławomirem Mrożkiem i Wisławą Szymborską?
Krzysztof Siwczyk:
Nagroda Kościelskich to wyróżnienie onieśmielające, ale wynika ono z faktu, że to jedyna w Polsce nagroda literacka, która ma tak długą tradycję. Znalazłem się w szacownym gronie i traktuję to jako zobowiązanie. Zdaję sobie sprawę, że moje kolejne posunięcia literackie będą wyraźniej obserwowane, krytyczniej odbierane. Czuję się nieco przygnieciony, szczególnie że wymieniasz konkretne nazwiska pisarzy z przeszłości, którzy jakoś mnie ukształtowali. Teraz status tej nagrody jest ciut inny, bo zmieniło się społeczne funkcjonowanie książki, pisarza czy poety. Ma ona wymiar coraz bardziej podziemny. W latach 70. jeśli ktoś otrzymywał nagrodę Kościelskich, to tak, jakby otrzymywał ostre światło w twarz, światło pewnej społecznej czytelności, widzialności. Teraz już tego nie ma i dzięki Bogu, bo można jakoś przejść nad tym faktem do porządku dziennego.

To było w październiku. Coś się zmieniło od tego czasu, propozycje się posypały? Propozycje nie, bo rynek, w którym funkcjonuję, jest nad wyraz wąski. Przede wszystkim starałem się godnie odegrać wszystkie publiczne rytuały, które są związane z byciem laureatem. Nie sądzę, by wiązało się to z niesamowitymi perspektywami literackimi, mniej więcej 20 lat temu debiutowałem, więc mam pewien przegląd sytuacji i spory do niej dystans. Nie spodziewam się spektakularnych propozycji, chyba że sam je sobie stworzę.

Jak to wyglądało 20 lat temu? 20 lat temu, w połowie lat 90., kiedy debiutowałem, w Polsce panował diametralnie inny klimat kulturalny, np. media były nieprawdopodobnie zainteresowane tak zwaną nową literaturą, nową poezją.

Wtedy było łatwiej? Odnoszę wrażenie, że dla debiutantów ten klimat był lepszy. Jeżeli się wstrzeliłem dobrą książką, można było liczyć na to, że zostanie ona rzetelnie zrecenzowana, sczytana, i tym samym cały obszar komunikacji krytyczno-literackiej przekładał się na życie literackie. Funkcjonowała grupowa sztama, ludzie byli siebie nawzajem ciekawi. Ja byłem ciekaw, co dzieje się poetyckiego w Ostrołęce, a ktoś z Kutna był ciekaw, co dzieje się w Mikołowie czy Gliwicach.

POEZJA
Kim jest poeta dziś?
Powinien być, jak mówił Barańczak, „nieufnością”. To jest depozytariusz nieufności, zwłaszcza wobec świata tandetnych, egzystencjalnych ofert. Poeta powinien być barometrem kłamliwości wirtualnych nagonek, które mylimy z rzeczywistością. Zawsze kimś takim był, przy czym kiedyś miał wyrazistego wroga. Teraz w ogóle nie wiemy kim jest wróg, z kim walczyć, a ta buntowniczość trochę trąci myszką. Trudno ponawiać gesty Wojaczka, bo byłyby to gesty kulą w niewidziany od dawna płot.

Szyby są też grubsze. Zdecydowanie, szyby są pancerne. Nie da się do tej rzeczywistości przez szybę wejść, bo jest ona tak ulotna. To kłopot współczesnej poezji, która szuka języka, żeby opisać ten stan rzeczy. Mam to szczęście, że pracuję wewnątrz czy wśród książek, ale jestem wybrańcem losu, wiem, że inni mają trudniej. Widzę siebie jako osobę, która służy do tego, by pomagać innym, chociażby młodym autorom się przebić i po to jest Instytut Mikołowski również.

Kto teraz czyta poezję? Są to ludzie, którzy może intuicyjnie czują, że świat wyraża się w swojej nieskończonej niejasności. Poznałem sporo swoich czytelników, którzy nie mają nic wspólnego z tzw. oczytaniem, a bardzo fajnie czuli to, co próbowałem niezgrabnie w swoich książkach napisać.

Proza zdaje się przeżywać swój renesans, ludzie łatwiej odbierają ją niż poezję. Tak, łatwiej też opakować ją w produkt rynkowy. Silna tradycja fabuły w polskiej literaturze właśnie ten renesans przeżywa, bardzo dobrze sobie radzi literatura gatunkowa, jak chociażby kryminał. Jest też ciąg rynkowy na sezonowe odkrywanie naszych Prusów, Sienkiewiczów i innych.

Poetów raczej kojarzy się ze schowanymi za kartkami papieru jednostkami z problemami. Poezja to bardzo precyzyjny, zegarkowy mechanizm, który fatalnie radzi sobie z momentalnymi emocjami. Wymaga ona czasu namysłu, spokoju lektury, a my żyjemy w czasach, które nie mają czasu – to, co go zajmuje, to czysta użyteczność rozrywki. Jesteśmy podobno strasznie poetyckim narodem, słyszałem, że więcej ludzi pisze wiersze niż jest Polaków w granicach kraju, ale to chyba lekka przesada.

Poezja jest trudnodostępna, próbując dotrzeć do twoich książek okazało się, że Miejska Biblioteka Publiczna w Katowicach nie dysponuje takim hasłem jak Krzysztof Siwczyk. To chyba świadczy o niedofinansowaniu na zakup nowości.

Biblioteka Śląska i uniwersytecka lepiej sobie radzą, ale jest to dla mnie zaskoczenie, że jesteś śląskim poetą, a tych książek po prostu nie ma. Nie ma, bo w różnych, małych wydawnictwach wydawałem książki. To nie dotyczy tylko mojej osoby, ale szeregu różnych autorów, którzy są skazani na podobne warunki. Poezji nie wydaje się w dużych domach wydawniczych. Swoją ostatnią książkę „Dokąd bądź” opublikowałem w wydawnictwie a5 państwa Krynickich – to niemalże domowa manufaktura, która dba o wyjątkową estetykę książki. Cieszę się, że spotkała cię sytuacja zawodu i braku tytułu, bo to jest fajne, że można go szukać. Pamiętam siebie z lat 90. jako podrostka, który chodził po różnych antykwariatach i strasznie mi imponowało, że mogę po tych zakurzonych półkach szukać, jako jedyny, takich bezczelnych książeczek, które najczęściej wyglądały jak skoroszyty, instrukcje obsługi pralki, spięte spinaczem. To były odkrycia! Tak trafiłem na książkę Andrzeja Sosnowskiego „Sezon na Helu”, która wywróciła moje myślenie o poezji do góry nogami.

Czy własne doświadczenia wpływają na to jak się pisze? Innych doświadczeń nie mam, centralne dla poety okazują się doświadczenia lekturowe. Nie pisze się krwią, potem i łzami, tylko klawiaturą komputera ostatecznie, ale ten impuls biograficzny jest na początku procesu pisania czegokolwiek. Natomiast na jego końcu i w trakcie człowiek przypatruje się słowom, na ile te słowa się sobie dziwią. Wątki biograficzne są tak uniwersalne, że stają się nudne. Pierwszorzędna jest praca języka i możliwie długie zdania, bo to jest jakaś forma mojego buntu.

Wojaczek mimo wszystko wyziera z tej poezji, ale kto jeszcze na ciebie wpłynął? Nie chciałbym zrobić krzywdy własnej książce i od razu ją tak rozpinać w punktach orientacyjnych wpływu, ale rozmawiam m.in. z Julianem Kornhauserem i może trochę polemizuję z Adamem Zagajewskim, troszeczkę się inspiruję Marcelem Proustem. „Wojaczkowy” jest z pewnością rys metafizyczny niektórych fragmentów poematu „Dokąd bądź”, ale w tym nie upatrywałbym żadnej oryginalności. To raczej wpisywanie się w pewien ciąg tradycji polskiego wiersza.

WOJACZEK
Słyszałam, że podróżowałeś do Mikołowa śladami Wojaczka.
Nie ja jeden, takie pielgrzymki w latach 90. tu się odbywały ciągle. Przesiadywałem na klatce tej kamienicy, licząc na to, że wniknie we mnie geniusz lokatora, a jedyne, co we mnie wnikało, to poczucie zazdrości i przeziębienie. Każdy młody człowiek, który dojrzewa, chce identyfikacji. Ja sobie wybrałem taką formę. Poeta był dla mnie figurą niewyobrażalnie wyrazistą. Niesamowite w Wojaczku jest to, że umarł tak szybko, a był tak niesamowicie chłonny intelektualnie. To fenomen i tajemnica. Jak ktoś tak młody mógł napisać tak mądre i piękne rzeczy? Mógł je napisać tylko i wyłącznie dlatego, że tak wiele zdążył przeczytać i to było dla mnie odkrycie najważniejsze.

Pojawiłeś się w filmie „Wojaczek” przypadkiem. Tak, choć z początku była to czysta mechanika związana z chęcią posiadania jakichś zaskórniaków, dorobienia, a to, że reżyser był tak nierozsądny, iż postanowił zaryzykować eksperyment z chłopcem noszącym kable, świadczy o jego odwadze i determinacji.

Jaka była twoja pierwsza reakcja na tę propozycję? Jak ktoś ma 20 lat, to ma wrażenie, że jest w stanie zrobić wszystko –nie ma znaczenia czy jest to film, czy coś innego. Oczywiście w trakcie rozwoju akcji zorientowałem się, że będzie to arcytrudne. Pamiętam, że te próby z Lechem w Teatrze Korez były dla mnie traumatycznym doświadczeniem.

Ciężkie zadanie dla osoby, która nie miała wcześniej styczności z kamerą. Dla mnie ekstremalnie trudne było przeciwstawić się własnej, introwertycznej naturze, potem wykonywać te wszystkie czynności, powtarzać to nieskończoną ilość razy i walczyć jeszcze z własnym wstydem. Dobrze wspominam ten czas w kategoriach opieki, jaką byłem przez reżysera objęty.

Takie doświadczenie pomaga w codziennym życiu? Bardzo mi to pomogło, po tym filmie wielu rzeczy przestałem się lękać, nie w kategoriach, że sobie z nimi nie poradzę, tylko że nic zawodowo trudniejszego mnie nie spotka.

Podobno dziewczyny na festiwalu w Rio de Janeiro masowo zrywały plakaty z twoim wizerunkiem. Ponoć tamtejsza publiczność ma taki temperament.

To chyba spory przeskok: z bycia poetą, który nie liczy się z tym, że stanie się rozpoznawalny, na poziom idola? Moje nieustające zaskoczenie brało się z faktu, że na kręceniu filmu nic się nie kończy, że to dopiero początek. Trzeba się zderzyć z machiną promocyjną. Ten film był bardzo dobrze przyjmowany, bynajmniej nie na poziomie zrywania plakatów. Mogłem poznać świat filmowy od wewnątrz i to jest wiedza, której mi nikt nie odbierze.

Pojawiła się propozycja od Wima Wendersa, dlaczego wtedy nie zdecydowałeś się iść w tym kierunku? Miałem świadomość, że moje umiejętności są dalej zerowe. Przyjmijmy, że ten film da się dzisiaj oglądać, ponieważ Lech potrafił ze mnie wydobyć to, co chciał. W przypadku innych reżyserów tej pewności nie miałem, a jedyne co im mogłem zaoferować to stopień ryzyka, że się nie powiedzie. Czy żałuję, że się jakoś nie zaangażowałem w ten świat? Zupełnie nie. Swoją małą rolę dla popularyzacji Wojaczka jako poety wykonałem. Moje obowiązki wobec niego za pomocą języka filmu zostały spełnione i mogłem spokojnie wrócić do tego, od czego zacząłem, czyli do pisania wierszy. 10 lat po „Wojaczku” nakręciliśmy film z Adamem Sikorą.

„Wydalonego”. Tak, film jest zrobiony na podstawie prozy Becketta, natomiast nie miał szans wejść do dystrybucji. Jest boleśnie długi i wolny, pisany długim zdaniem kamery. Ale to była miła przygoda i chcieliśmy to zrobić.

Samo spotkanie na planie, z całą grupą osób, które znały Wojaczka musiało być ciekawym doświadczeniem. Takim przejmującym, szczególnie że niektórzy żyją już tylko na tej taśmie.

Część osób zmarło. Tak, Andrzej Wojaczek – brat i Teresa Ziomber, miłość Wojaczka. Żyje natomiast poeta Janusz Styczeń, kumpel Rafała z pijackich, wrocławskich eskapad. To były dla mnie spotkania z legendami, mocno to przeżywałem, czułem też takie dociążenie tej sytuacji, bo Andrzej Wojaczek był zawodowym aktorem.

Pojawiło się dużo zarzutów ze strony dawnego środowiska poety. Dużo osób mówiło „przecież to tak nie było” – jasne, że nie, reżyser ma pełne prawo nakręcić film tak jak chce. Rozumiem te reakcje, każda z osób, które znały Wojaczka ma o nim swoją prawdę. Prawda Lecha Majewskiego jest tylko jedną z wielu prawd.

Jest to film bardziej o jego micie. Sądzę, że nie dałoby się nakręcić filmu biograficznego o nikim, nie istnieje taka możliwość, to jest oksymoron, więc mieliśmy świadomość tego, że „Wojaczek” jest kreacją.

A jak zareagowało środowisko poetów na twoją rolę w filmie, nie było to upatrywane jako „zdrada”? To był taki czas, że wszystkie formy kreatywności osobistej były mile widziane, a „Wojaczek” to nade wszystko film poetycki. Otrzymałem też wiele mądrych uwag, które, mam nadzieję, pomogły mi nie stać się popkulturowym chochołem. Starsi koledzy często mi o tym przypominali.

To nie jest tak, że od czasu kiedy zagrałeś Wojaczka zostałeś gdzieś w tej zbiorowej świadomości z nim skojarzony? Trudno było odciąć się od tej roli? Na poziomie psychologicznym, osobistym to było dla mnie łatwe. Cieszyłem się, że wraz z filmem nakłady książek Wojaczka skoczyły do góry i zostały wyprzedane. Pamiętam, że w okresie wchodzenia do dystrybucji filmu, w Państwowym Instytucie Wydawniczym ukazał się bardzo dobry wybór wierszy Wojaczka, w złotej serii, dokonany przez Tadeusza Pióro, i on zszedł na pniu. Nowe pokolenie młodych ludzi chwyciło bakcyla.

INSTYTUT MIKOŁOWSKI
Czym zajmuje się Instytut Mikołowski?
Zajmuje się tym, co dzisiaj najbardziej problematyczne, ale i najistotniejsze – produkujemy książki poetyckie, eseistyczne, rzadko prozę. Organizujemy konferencje naukowe, spotkania autorskie. Dzieje się tak od 15 lat, niedawno mieliśmy jubileusz. To intrygująca sytuacja: oto mamy uniwersytet w domu rodzinnym Wojaczka. Przez ten czas nikt nam nie odmówił. Staramy się organizować kulturę możliwie wyrafinowaną, dbamy, żeby to była taka przestrzeń namysłu i rozmowy. Wydaliśmy dokładnie 111 książek bardzo różnego oczywiście sortu, ostatnie 10 lat to jest okres bardzo ścisłej współpracy z Ministerstwem Kultury i Dziedzictwa Narodowego, rozwijamy też kontakty międzynarodowe. Teraz przychodzi czas podsumowań, wkrótce ma ponoć powstać dokument o Instytucie Mikołowskim.

Twoja przygoda z Instytutem zaczęła się przed czy po filmie? Po, Instytut powstał w 1998 roku, film zrobiliśmy na jesieni tegoż roku, a ja zostałem zatrudniony w 2002 roku. Kształt Instytutu był silnie związany z medialnym oświetleniem tego miejsca, również poprzez film Majewskiego. Teraz jesteśmy niezależni, realizujemy własne pomysły i mam nadzieję, że to ma sens i swoich odbiorców, bo mamy swoją wierną publiczność i to nas cieszy. W zalewie tabloidów jesteśmy komórką nicponi intelektualnych, jesteśmy komórką zaciekłego oporu przed banalnością naszych czasów. A władze miasta Mikołów nas wspierają i chwała im za to.

Przychodzą tu cały czas te same osoby czy jest pewna rotacja? Jest rotacja totalna, bo przychodzą dzieci naszych pierwszych słuchaczy. Ten czas mija, zdążyliśmy się z tym miejscem trochę zestarzeć. Tu się nie wchodzi jak na salę wykładową, tylko jak na domówkę, gdzie napojem jest poezja czy różne spotkania autorskie.

Jaka jest kondycja poezji na Śląsku? Świetna, w tym roku będziemy wydawać dużą antologię. Pokaże ona na ile autorzy, którzy tu żyją, wniknęli w krwiobieg kultury literackiej w Polsce, na ile go zmienili. Ta książka będzie starała się odpowiedzieć na pytanie czy nastąpiła jakaś zmiana, czy jesteśmy oryginalni, a może wtórni.

Ilu autorów zbierze? Trzydziestu prawie – niby niedużo na dwumilionową aglomerację. To będzie taka prywatna książka, odpowiedź na to, co tutaj się działo, a działo się bardzo dużo. Była i jest nadal taka grupa poetycka NaDziko, z której my się wywodzimy.

Wyszukujecie autorów czy też oni się do was zgłaszają? Znamy ich z lektury, śledzimy rynek poetycki, więc wiemy co nas urzeka i chcemy to pokazać. Jesteśmy najprężniejszym wydawnictwem poetyckim na Śląsku, a stąd pochodzi naprawdę kilku znaczących zawodników.

Jak wygląda sam proces wydawniczy, ktoś zgłasza się do was z tekstami i co dalej? Później Maciej (Melecki, dyrektor Instytutu – przyp. red.) i ja to czytamy. To jest cały proces. Jeżeli książka nas w dwójkę powala, to ją wydajemy. Jesteśmy wierni własnym przekonaniom estetycznym, to nie są łatwe książki, błyskotki poetyckie, które można znaleźć na różowych półeczkach w Empiku z okazji Dnia Babci. Zależy nam na przekładach poetyckich, ostatnio wydaliśmy Marka Forda, wybitnego angielskiego poetę, który przyjechał do nas na spotkanie, wydajemy Czechów, Słowaków i Słoweńców.

Jak się czujecie odmawiając? To jest ciężkie. Wiadomo, że pracuje się z ludzką materią – dla kogoś ta odmowa nic nie będzie znaczyć, a komuś może łamać życie. Wiem, bo sam wielokrotnie byłem obiektem odmowy. To jest sól życia i ona hartuje. Tak naprawdę to ja wierzę głównie w tych, którym odmówiliśmy. Może kiedyś udowodnią, jak strasznie się myliliśmy.

Jakie macie plany na przyszłość? Mogę założyć tylko jedno: że będzie czytelnik i mogę obiecać, że będziemy temu czytelnikowi dostarczać dobre „pączki”. Ostatnio wydaliśmy niesamowitą kobietę, Sylvie Jaudeau – książkę o naszym ulubionym filozofie Cioranie. Ukazała się tylko we Francji, teraz jest po polsku. W tym roku przypadają też 70. urodziny Wojaczka. Jeżeli wszystko dobrze pójdzie, powstanie w Instytucie cykl czterech-pięciu spektakularnych wydarzeń z tej okazji.

A twoje osobiste plany? Żyć, nie chorować, kochać, mieć święty spokój.

tekst: Magdalena Sarapata | zdjęcia: Radosław Kaźmierczak
ultramaryna, luty 2015


>>> strona Instytutu Mikołowskiego









KOMENTARZE:

nie ma jeszcze żadnych wypowiedzi....


SKOMENTUJ:
imię/nick:
e-mail (opcjonalnie):
wypowiedz się:
wpisz poniżej jakie miasto jest stolicą Polski:
teksty
MIUOSH: Miasto, muzyka, rodzina
Spełniony artysta – już nie tylko rapowy, szczęśliwy mąż i dumny ambasador regionu. Z Miuoshem rozmawiamy o p... >>>

GGRUPA: Grunt to dobry pomysł
Paweł Lipiński i Mateusz Frankowski Pierwsze miejsce w konkursie magazynu „eVolo” na wieżowiec przyszł... >>>

PAWEŁ DYLLUS: Ekipa to jest klucz
Paweł Dyllus, operator. Absolwent Wydziału Radia i Telewizji, wielokrotnie nagradzany za zdjęcia do filmów Julii Rus... >>>

ALEKSANDRA TERPIŃSKA: Najwyżej będę robić filmy niepopularne
Aleksandra Terpińska to jedna z najciekawiej zapowiadających się absolwentek reżyserii Wydziału Radia i Telewizji UŚ... >>>

NIESTRUDZENI PRZYJACIELE ROŚLIN
Jedna i ta sama roślina może być chwastem i ozdobą, trucizną i lekarstwem. Nasze związki z roślinami bywają subteln... >>>

THE PARTY IS OVER: Trip-(c)hop i trip-baba
Impreza dopiero się rozkręca – wbrew nazwie, pod jaką ukrywają się Daria Ryczek i Michał Wajdzik. Muzyczny du... >>>

MARIUSZ KAŁAMAGA: Licencja na rozśmieszanie
Kto rano wstaje – ma szansę usłyszeć go na falach eteru. Czasami wygląda też z telewizora, a bardziej wtajemnic... >>>

ANNA CIEPLAK: Nie demonizujmy gimbazy
Pisze tylko wtedy, gdy ma coś do opowiedzenia. Na co dzień jest społeczniczką zaangażowaną w aktywizację lokalnej wsp... >>>
komentarze: 1
po imprezie
Ostatnio dodane | Ostatnio skomentowane
Colin Stetson
19.12.2016
Julia Marcell
21.11.2016
Katowice Tattoo Konwent
30.09.2016
Tauron Nowa Muzyka 2016
2.09.2016
Off Festival 2016
8.08.2016
Podziel się z resztą świata swoimi uwagami, zdjęciami, filmami po imprezach.
o nas | kontakt | reklama | magazyn | zgłoś błąd na stronie | © Ultramaryna 2001-2017, wszystkie prawa zastrzeżone