Serwis Ultramaryna używa plików cookies. Odwiedzając nasze strony akceptujesz otrzymywanie cookies (ciasteczek). Warunki dostępu do plików cookies możesz określić w swojej przeglądarce.

ZAMKNIJ

Ultramaryna | FAIR WEATHER FRIENDS: Muzyka długodojrzewająca
sobota 19.08.17

START
LOKALE
FORUM
BLOGI
zgłoś imprezę   
  ultramaryna.pl  web 
FAIR WEATHER FRIENDS: Muzyka długodojrzewająca

Na ich płytę czekaliśmy ponad dwa lata. Eksplodowali EPką „Eclectic Pixels”, zarażając przebojem „Fortune Player”. Fair Weather Friends to czterej indywidualiści, którzy doskonale sprawdzają się w grze zespołowej. Wrażliwiec, Artystyczna Dusza, Muzyczny Nerd i Człowiek-Opinia. Ich właściwości ludzkie uzupełniają się jak w puzzlach. Daje to zaskakującą mieszankę charakterów, która przekłada się na niesforną muzykę.

„Hurricane Days”, debiutancki krążek długogrający Fair Weather Friends, jest płytą o wielobarwnej palecie brzmień i nastrojów. Elektroniczne bity zapętlają się z trudną do określenia zadumą. To jedna z tych płyt, która dociera do słuchacza z kolejnym przesłuchaniem i zostaje z nim na dłużej. Zespół dojrzał na naszych oczach i z sensacji jednego sezonu stał się pełnokrwistą formacją świadomą swoich możliwości.

Rozmawiamy z chłopakami m.in. na temat przyjęcia ich debiutanckiej płyty, o życiu w trasie i ulubionych miejscach na Śląsku i w Zagłębiu.

Ultramaryna: Zacznę od pytania podsumowującego zeszły rok. Jaka jest wasza ulubiona płyta 2014?

Michał Maślak:
Może to nie jest nic odkrywczego, ale naprawdę zaskoczyło i zauroczyło mnie w 2014 roku Wild Beasts płytą „Present Tense”. Dopiero na Openerowym koncercie zdałem sobie sprawę z prostoty tych aranżów. Czterech muzyków, oszczędne instrumentarium, a momentami brzmią jakby byli 15-osobowym składem z chórkami gospelowymi. Dwa niezwykle charakterystyczne wokale pozwalają im malować dowolne nastroje. Poszli w ciekawą stronę, a mnie zawsze kopie zetknięcie prostoty i talentu.
Mateusz Zegan: Flying Lotus „You’re Dead!”, Shabazz Palaces „Lese Majesty”. Dlaczego? Fly Lo zrobił ekstremum z tego, z czego się mogłem spodziewać – free jazz pomieszany ze współczesną muzyką. Podoba mi się ta płyta, bo ukazuje całościowo postać tego artysty. Z gościa, który tworzył bardzo charakterystyczne, zakorzenione w hip-hopie bity zaczął robić jazz na mega wysokim poziomie. On za nikim się nie ogląda, wszyscy jego obserwują. Tej muzyce trzeba poświęcić sporo czasu, ale jest tego warta. Płyta Shabazz Palaces jest bardzo eksperymentalna w kompozycjach i brzmieniu. Dodałbym jeszcze płytę St. Vincent, jeśli chodzi o te popowe/ piosenkowe klimaty. Oraz Caribou i Warpaint.
Maciek Bywalec: Michał ukradł mi płytę roku, bo też bardzo męczyłem „Present Tense” Wild Beasts, ale na szczęście było tych dobrych albumów więcej: Gus Gus „Mexico”, Caribou „Our Love”, Kindness „Otherness”. Dla mnie te wydawnictwa bronią się jako całości i nie są tylko zbiorem paru fajnych singli. W przypadku Kindness usłyszałem szeroką paletę brzmień i ich głębokości, dzięki czemu przy każdym kolejnym odsłuchaniu odkrywałem coś nowego. Caribou – piękny, napawający optymizmem soundtrack letnich wieczorów. Gus Gus – obawiałem się tej płyty, bo poprzednie ich wydawnictwo było świetne – wyszło równie dobrze. I jeszcze dodam „So Long, See You Tomorrow” Bombay Bicycle Club.
Paweł Cyz: Najprościej byłoby mi wskazać album mojego ulubionego Metronomy, ale „Love Letters” nie był tak błyskotliwy jak „The English Riviera”. Opowiem więc, w odróżnieniu od chłopaków, o polskiej płycie. Krążkiem z 2014 roku, który ze mną zostanie, jest „Mamut” Fisz Emade Tworzywo. Album ten oprócz pochlebnych recenzji spotkał się z krytyką fanów – że stary dobry Fisz poszedł w kierunku modnej, tanecznej elektroniki. Tymczasem bracia Waglewscy zinterpretowali taneczne bity na swój sposób. Zaprosili świetnych gości: Katarzynę Nosowską, Justynę Święs. Podoba mi się, że na tej płycie można usłyszeć zarówno The Doors, jak i Gorillaz. Poza tym świetne teksty.

Kiedy materiał na waszą płytę był już całkowicie gotowy?

MZ:
W styczniu.

Album miał premierę we wrześniu. Minęły trzy miesiące od tego czasu. Czy percepcja tej płyty w Polsce spełniła wasze oczekiwania?

MZ:
Odbiór mediów był bardzo dobry. Krążek chwalili m.in. dziennikarze radiowej Trójki, „Gazety Wyborczej”, Onetu, a także popularnych portali poświęconych muzyce, jak choćby Brand New Anthem. Ale tak naprawdę ciężko nam utrzymać duży poziom entuzjazmu po dwóch latach pracy nad tym materiałem. Czytanie wszelkich recenzji i analizowanie odbioru twojej pracy po takim czasie nie jest łatwe. Nagle dowiadujesz się, że to, czym się najbardziej ekscytowałeś… jest dla kogoś żenujące.

Żenujące ping-pongi w „Hurricane Days”… (śmiech zespołu)

MZ: Bardzo mnie to rozbawiło.
MM: Cieszę się, że niektóre utwory znalazły się na płycie. Entuzjazm z „Indecision”, „Hurricane Days” czy „Fake Love” nie opadł do dzisiaj. Wydanie długogrającego krążka to z pewnością kamień milowy dla zespołu i spora satysfakcja.
PC: Cieszy nas, że oprócz znakomitych recenzji dostaliśmy też sporo nominacji w muzycznych podsumowaniach za 2014 rok. Jesteśmy zadowoleni, w jaki sposób ten album przyjęło środowisko, ale nie wiąże się z tym jakiś drastyczny wzrost popularności. Zresztą nie to było głównym celem. Wciąż celebrujemy niezwykle ważny moment w życiu zespołu, jakim jest wydanie debiutu.
MZ: Tą płytą kończymy pewien etap i zaczynamy nowy rozdział. Ludzie kojarzyli nas z prostymi i skocznymi piosenkami. Tymczasem zaproponowaliśmy album, w który trzeba się wsłuchać.
MM: Teraz publika przestaje nas traktować jako chwilowe zjawisko muzyczne. Tą płytą pokazujemy pełniejszą wizję Fair Weather Friends.

Jaki macie sposób, by pokazać, kim wy naprawdę jesteście w tej muzyce?

PC:
Koncerty. To zawsze było głównym sensem istnienia tego zespołu. Koncerty Fair Weather Friends są żywiołowe, nierzadko przeobrażają się w imprezę, ale są też momenty zadumy.

Czy zgodzicie się z opinią, że „Hurricane Days” jest w pewnym sensie koncept albumem – spójną historią opowiedzianą od początku do końca o roku, dwóch latach waszego życia?

MM:
Tak, choć nie było to zamierzone działanie. Podobieraliśmy utwory klimatem i nagle okazało się, że wszystkie puzzle zaczynają układać się w jedną całość. Kilka ciekawych kompozycji nie weszło na płytę, ale nie chcieliśmy odkrywać wszystkich kart.
PC: Wydaje mi się, że ta płyta dużo mówi o nas wszystkich i jest takim soundtrackiem naszego życia.
MM: Jest sporo przypraw, dzikiej taneczno-plemiennej energii, ale też sporo baśniowej aury. Zauważyliśmy w pewnym momencie, że te światy naturalnie się przeplatają. Nawet gdybyśmy chcieli, żeby to była tylko wesoła, taneczna płyta, to niespodziewanie wkradły się w nią rozmaite emocje. Wszystko, co przeżyliśmy tworząc ją, gra tutaj.
MB: Ten koncept zrodził się faktycznie przez przypadek. Spędzaliśmy ze sobą mnóstwo czasu jeżdżąc na koncerty i rozmawialiśmy o tej płycie. Podpytywaliśmy Michała o teksty, co miał na myśli pisząc je. Szukaliśmy wspólnego mianownika i coś takiego zaczęło się krystalizować, kiedy obmyślaliśmy stronę graficzną. Szczęśliwie znaleźliśmy wspólny kontekst całej tej układanki i ubraliśmy to w taki sposób, że dzisiaj jest ona pełną wypowiedzią artystyczną.



Myślę, że można mówić o pewnej ewolucji muzycznej Fair Weather Friends – od form piosenkowych do bardziej złożonych aranżacyjno-kompozycyjnie…

MZ:
EPka „Eclectic Pixels” była tylko wypadkową nagłego spotkania, emocji, ale to nie znaczy, że wcześniej nie chodziły nam po głowie numery bardziej skomplikowane. Utwór „Indecision” powstał jeszcze przed naszym pierwszym Open’erem w 2012 r. „Bit Of Me” tuż po nim.
PC: Długo zastanawialiśmy się, jak zatytułować album. „Hurricane Days” idealnie oddaje ostatnie dwa lata naszego życia. Na początku był mega huragan muzyczny, który niespodziewanie popchnął nas na sceny dużych festiwali – Open’era czy Coke’a, ale były też momenty spokojniejsze, które nazwałbym dryfowaniem ku wyznaczonym celom.
MM: Tytuł płyty i piosenki jest częściowo zainspirowany filmem „Beasts Of The Southern Wild”. Nie tylko nadciągający kataklizm, ale kontrasty społeczne pojawiające się w filmie skłaniają do myślenia.

Porozmawiajmy o codziennym życiu. Do jakich miejsc na Śląsku i w Zagłębiu chodzicie?

MB:
Energetyczny Dom Kultury im. Jana Kiepury w Sosnowcu, Hipnoza, Kato Bar na Mariackiej.
MM: Sosnowiecki Energetyk jest faktycznie swego rodzaju fenomenem. Jest tam studio nagraniowe, a swoje salki prób mają zespoły, o których jest obecnie głośno, takie jak Curly Heads czy Thaw.
PC: Bardzo lubimy klub Remedium w Sosnowcu, który prowadzi nasz akustyk Jarek Daniel. Kiedyś był kultowym miejscem i teraz na nowo stara się powrócić do lat świetności. Uwielbiamy tam grać. To doskonałe koncertowe miejsce i za każdym razem wyprzedajemy nasze koncerty. Na pierwszy, po wydaniu EPki, przyszło 500 osób. Wiele odbiło się od drzwi, co było dla nas sporym, acz miłym zaskoczeniem. >>> Najbliższy koncert w Remedium 23 stycznia
MZ: Czasami bywamy w Magazynie czy w Inqbatorze.
MM: Wspaniale imprezuje się w siedzibie naszych przyjaciół i producentów filmowych Exa Studio. Oni to nawet koncerty w biurze organizują :)
PC: Nie można zapominać o okazjonalnych rozrywkach – w Katowicach mamy dwa świetne festiwale: Off Festival i Tauron Nowa Muzyka. Nie trzeba nigdzie jechać, by posłuchać muzyki na światowym poziomie.

Drugą stroną waszego życia są trasy koncertowe. Ile koncertów zagraliście jako Fair Weather Friends?

PC:
W tej chwili naliczyliśmy ponad 200 występów w Polsce i za granicą. Za nami m.in. udany koncert na scenie New International Talents – New Fall Festival w Düseldorfie. Koncert wyjątkowy, bo dający nam możliwość zetknięcia się na poważnie z zagraniczną publicznością w mieście zespołu Kraftwerk, mieście muzyki elektronicznej.

No i jak wygląda to życie w trasie…

MM:
Można sobie planować rozrywki typu książki, scrabble, filmy, sport… Ale wszystko bierze w łeb.

Dlaczego?

PC:
Bo zawsze jest taki entuzjazm po dobrym koncercie.
MB: To jest taki zew…
MM: Nie da się go powstrzymać. To nie jest tylko odegranie muzyki. Pojawiają się takie emocje, że nie da się ich zahamować, nawet gdyby się chciało.
PC: Czasami nie da się zasnąć.
MB: Jesteśmy często po zejściu ze sceny w takim stanie emocjonalnym, że nie możemy potem spokojnie wrócić do hotelu i iść spać.
PC: Często słyszymy od ludzi, że nasz koncert jest dobrym wstępem do imprezy, na której często się pojawiamy.

[CENZURA: dalsze wypowiedzi na temat życia w trasie zostały wyrzucone przy autoryzacji]



Potem trzeba jednak wrócić do normalnego życia. Macie problem z przestawieniem się z trybu koncertowego?

MM:
Staliśmy się doświadczeni w tej materii. Robimy wiele rzeczy poza muzyką…
MZ: Powroty do domu po trasie koncertowej to dla mnie szczególnie ciężkie przeżycie.
PC: Ja z kolei cenię sobie różnorodność. Warto mieć kilka swoich miejsc, sfer, w które się udajesz. Bus, trasa, koncert – to jest jedno takie miejsce, niezwykle przyjemne, ale czasami trzeba postawić nawias i wyjść poza niego. Dla mnie równie ważną sferą realizacji poza muzyką jest praca w agencji PR, ale także, nie wiem… uprawianie sportu w różnych odmianach.
MM: Oczywiście w międzyczasie gramy też próby, tworzymy nowe piosenki.
PC: Żyjemy w różnych światach, które zdrowo się przenikają.
MM: W normalnym życiu jest bardziej kreatywnie niż w trasie. W trasie jest mniej czasu na tworzenie muzyki. Życie zespołu to nie tylko koncerty.
PC: Ostatnio mieliśmy taki zaskakujący epizod – będąc na wywiadzie u Piotra Metza w Trójce znaleźliśmy się na specjalnym koncercie Jessie Ware, którego byliśmy jedyną publicznością. Magiczne i niezapomniane przeżycie.

Pociągnijmy temat dalej. Jest taki koncert, który uważacie za najlepszy w waszej karierze?

MZ:
Myślę, że był to koncert w Düsseldorfie. Graliśmy dla ludzi, którzy nie mieli szans nas wcześniej poznać, a reagowali tak, jakby znali nasz każdy numer. Sposób, w jaki odbierali naszą muzykę, był niesamowity i nie do powtórzenia. Ogromne zaskoczenie.
MM: Tak, koncert w Düsseldorfie dzięki publice, która była niezwykle skoncentrowana wycisnął ze mnie wszystko, co miałem do zaoferowania. Obyło się bez imprezy na scenie, bez punkowej ekspresji. Zaśpiewałem i zagrałem najlepiej jak mogłem – delikatnie i z uwagą. Temu koncertowi towarzyszyły wielkie emocje, po zejściu ze sceny potrzebowałem kwadransa, żeby dojść do siebie.
PC: Dla mnie takim koncertem życia był występ na pierwszym Coke Live Festivalu w 2012 roku. Tysiące ludzi żywo reagowało na niemal każdy wydobywający się dźwięk, śpiewając z nami „Fortune Playera” – singiel, który promował ten festiwal. W tamtej chwili stwierdziłem, że już zawsze chciałbym się czuć w ten sposób – przeżywać podobne emocje wiele razy. To trochę wróciło podczas tegorocznego Open’era, gdzie zagraliśmy na naszej ulubionej scenie namiotowej przed… Metronomy J
MB: Wspomnę koncert w Koninie, kiedy wszyscy byliśmy wygłodniali występów na żywo, gdyż mieliśmy dwumiesięczną przerwę w graniu live. I zwykle takie koncerty po przerwie nie były najlepsze. W tym przypadku wyszło coś innego. Uwolniła się z nas zwierzęca, niespożyta energia, którą prawie zajechaliśmy instrumenty. Raz, że była to świetnie przez nas odegrana sztuka, a dwa, że mogłem poznać na nowo swoje możliwości koncertowe.

Porozmawiajmy teraz o drugiej stronie, czyli o koncertach Fair Weather Friends, które waszym zdaniem wypadły najsłabiej?

PC: Olsztyn i akustyk, który do proszącej o bis publiczności krzyknął – przepraszam, ale cytuję – „zamknąć mordy!”.
MB: W trakcie koncertu wyłączył nam zasilanie, bo jakiś fan wskoczył na scenę...
MM: Przypomina mi się taki koncert w jednym bydgoskim klubie. Nie było to miejsce w naszym klimacie, a raczej dyskoteka, do której ludzie z okolicznych wsi przybyli, by potańczyć... Wyglądaliśmy dość groteskowo na scenie trzy na trzy metry, próbując podołać zadaniu mimo niespełnionych warunków technicznych.
PC: Ludzie z publiczności odliczali każdą minutę, by nasz koncert się skończył i mogła zacząć się dyskoteka…
MM: W końcu nawet nasz sprzęt elektroniczny zaczął się psuć, jakby w reakcji alergicznej na to miejsce. Dograliśmy koncert do końca, po czym ekspresowo upiliśmy się. Nasz menadżer pozbierał nas jak małe kotki i odstawił do hotelu.
MB: Chyba Czechy, a to z tego powodu, że bardzo źle się gra dla publiczności z zupełnie innego świata. A tak się zdarzyło, że publiczności, która tam przyszła, nie stanowili fani muzyki elektronicznej. Po prostu źle się gra dla ludzi, którzy nie czują muzyki na koncercie.

Na waszym blogu napisaliście o 10 polskich zespołach, które warto znać. Jakie są wasze typy na 2015 rok?

PC:
Na pewno warto zwrócić uwagę na takie zespoły jak: Jóga, Pola Rise, Coals, Oxford Drama, Zimowa, zespół Paravan z Lublina czy przymierzający się do wydania trzeciej płyty, ale wydaje mi się, że wciąż niedoceniany, a znakomity Searching For Calm, czyli drugi zespół Michała.
MB: Dodałbym Manoid i Mart.

Macie silną i zwartą grupę fanów. Jednym z nich jest Piotr Wojtasiak, który został nadwornym fotografem zespołu…

PC:
Pojawił się dość nieśmiało, kiedy graliśmy w Krakowie koncert na Juwenaliach. Zrobił nam zaledwie kilka zdjęć, ale gdy je obejrzeliśmy odjęło nam mowę. Piotr potrafi uchwycić moment, emocje. To go wyróżnia spośród innych znakomitych fotografów, z którymi mieliśmy okazję współpracować.
MB: A potem niespodziewanie przyjechał do nas, kiedy nagrywaliśmy płytę. Tarabanił się aż z Poznania do studia w Wojkowicach, które znajduje się na peryferiach Aglomeracji.
PC: Finał jest taki, że Piotr Wojtasiak został współautorem okładki płyty „Hurricane Days”. W tajemnym porozumieniu z naszym grafikiem Mateuszem Czechem zrobili nam niespodziankę – wsłuchał się w płytę, wyobraził ją sobie i podesłał gotowy projekt, trafiając w dziesiątkę.

A jest tak, że w danym mieście macie swoich stałych fanów?

PC:
Moglibyśmy zrobić taką mapę wiernych fanów FWF, bo pod sceną widujemy te same twarze w Trójmieście, Warszawie, Wrocławiu, Poznaniu czy Krakowie. Trzeba przyznać, że mamy super fanów. Przychodzą na koncerty, kupują płyty oraz wsparli finansowo produkcję teledysku do piosenki „Fake Love”. Pozdrawiamy ich z tego miejsca!

tekst: Adrian Chorębała | zdjęcia: Piotr Wojtasiak/ Warner Music Poland
ultramaryna, styczeń 2015








>>> strona Fair Weather Friends
>>> Fair Weather Friends @ Facebook







teksty
STADION ŚLĄSKI: Jak na Śląskim rocka się grało
Monsters Of Rock, 1991 (zdjęcie: Andrzej Grygiel/ Pastsilesia) Trzyma się nie gorzej od Micka Jaggera, a lista iko... >>>

MARTYNA CZECH: Malarstwo jako nałóg
Martyna Czech to jeden z najmocniejszych debiutów malarskich ostatnich lat. Jest laureatką niezwykle prestiżowego i najs... >>>

FRELE: Pół żartem, pół serio
Miało być śmiesznie, a zaczęło robić się poważnie. Za sprawą śląskiej przeróbki hitu Adele „Hello”, nagranej... >>>

DZIECKO + SZTUKA = GŁOWA PEŁNA POMYSŁÓW
Czym jest edukacja kulturalna dla dzieci dzisiaj? Czy musimy polegać tylko na zaangażowanych nauczycielach, by wpro... >>>

MIUOSH: Miasto, muzyka, rodzina
Spełniony artysta – już nie tylko rapowy, szczęśliwy mąż i dumny ambasador regionu. Z Miuoshem rozmawiamy o p... >>>

GGRUPA: Grunt to dobry pomysł
Paweł Lipiński i Mateusz Frankowski Pierwsze miejsce w konkursie magazynu „eVolo” na wieżowiec przyszł... >>>

PAWEŁ DYLLUS: Ekipa to jest klucz
Paweł Dyllus, operator. Absolwent Wydziału Radia i Telewizji, wielokrotnie nagradzany za zdjęcia do filmów Julii Rus... >>>

ALEKSANDRA TERPIŃSKA: Najwyżej będę robić filmy niepopularne
Aleksandra Terpińska to jedna z najciekawiej zapowiadających się absolwentek reżyserii Wydziału Radia i Telewizji UŚ... >>>
po imprezie
Ostatnio dodane | Ostatnio skomentowane
Off Festival 2017
8.08.2017
Festiwal Tauron Nowa Muzyka 2017
7.07.2017
Gorillaz
20.06.2017
Colin Stetson
19.12.2016
Julia Marcell
21.11.2016
Podziel się z resztą świata swoimi uwagami, zdjęciami, filmami po imprezach.
o nas | kontakt | reklama | magazyn | zgďż˝oďż˝ b��d na stronie | © Ultramaryna 2001-2017, wszystkie prawa zastrzeďż˝one      
sisli escort,escort bayan esenyurt,istanbul escort,
hacklink wordpress free themes ankara sexs shop hacklink satış elektronik sigara çeşiteleri