Ta strona używa plików cookies.
Polityka Prywatności    Jak wyłączyć cookies?
AKCEPTUJĘ
piątek 20.09.19

START
LOKALE
FORUM
BLOGI
zgłoś imprezę   
  ultramaryna.pl  web 
ARKADIUSZ JAKUBIK: Jakby mógł być ostatnim



Wyrażenie „człowiek-orkiestra” ukuto chyba specjalnie dla Arkadiusza Jakubika. Znany jest przede wszystkim jako diabelnie zdolny aktor zamieszkujący, jak to sam określa, „szufladę wyściełaną atłasem”, w której znalazły się osoby angażowane do kolejnych filmów Wojciecha Smarzowskiego, ale także wybitny reżyser filmowy i teatralny oraz… wokalista grupy Dr Misio właśnie przygotowującej drugą płytę.

7 marca w Teatrze Śląskim będzie miała miejsce premiera opartego na biografii i twórczości Ryśka Riedla spektaklu „Skazany na bluesa” w reżyserii Jakubika. W związku z nią pytamy go nie tylko o przygotowywane przedstawienie, ale także o wchodzący jesienią na ekrany „Carte Blanche”, jak powstaje tak interesujący dramaturgicznie film jak „Prosta historia o miłości”, czemu wierzy w to, że w Polsce jest popyt na ambitne projekty muzyczne, jak wyobraża sobie nawet jeszcze nie majaczącą na horyzoncie trzecią płytę oraz dlaczego w każdy swój projekt angażuje się tak, jakby miał być jego ostatnim.

Ultramaryna: Gdy dowiedziałam się, że będzie pan reżyserował przedstawienie na motywach biografii Ryśka Riedla, moim pierwszym skojarzeniem był doskonały „Srektakl JA”, w którym grał pan egotycznego wokalistę wspominającego nieudolnie reanimowanego kolegę z kapeli. Wyszłam z niego z bólem wszystkich żeber, więc wypada mi teraz spytać: czy ze „Skazanego na bluesa” wyjdziemy z bólem wszystkich żył?

Arkadiusz Jakubik:
Nie, aż tak bardzo boleć nie będzie. Pierwsza część spektaklu jest w lżejszej tonacji, nawet komediowej. Dopiero drugi akt to zjazd po bandzie, w którym Rysiek ześlizguje się po równi pochyłej. Z drugiej strony od razu wiedziałem, że nie chcę opowiadać o jego uzależnieniu, bo nie ma powodu, żeby robić spektakl o frazesie, że ćpanie jest złe. No i nie chciałbym wpadać w jakiś ton dydaktyczno-moralizatorski.

Ale domyślam się, że będzie w tym spektaklu sporo oniryzmu. Będzie. Chociaż nie jestem pewien czy to jest właściwe słowo. Na pewno będzie dużo realizmu magicznego. Nieprzypadkowo wyruszyłem w podróż do światów śląskich prymitywistów. Punktem wyjścia stało się dla mnie uniwersum postaci ze śląskich ikon. To one opowiedzą nam historię Ryśka Riedla. Kogo my w tym ikonostasie mamy? Generała, Świętą Barbarę, Starą Świętą z Wózkiem, Kobietę w Cepelii, Gołą Babę, Karła Wasyla, dwumetrowego Anioła z Tektury, niebieskiego, dwustukilogramowego Buddę, itd.

Spektakl dzieje się na trzech poziomach. Pierwszy z nich to świat tych postaci, nazwijmy go światem onirycznym, światem po drugiej stronie albo „Krainą Wiecznych Łowów” – to postaci z głowy Ryśka. Drugą płaszczyzną są sceny z biografii, a trzecią – piosenki zaaranżowane w różnych konwencjach teatralnych. Czasami będzie to koncert rockowy, czasami wizje Ryśka.

Rysiek Riedel także jest artystą naiwnym? Niedawno powstał plakat Małgorzaty Orzechowskiej, który najlepiej odpowiada na to pytanie. Riedel jest jedną z postaci obrazów Teofila Ociepki czy Erwina Sówki. Właściwie mógłby zająć centralne miejsce w tym ikonostasie śląskim. Spokojnie mógłby się znaleźć pomiędzy świętą Barbarą i Marią z dzieciątkiem. I dlatego podróż przez życie Ryśka zaczynamy właśnie od miejsca (niech to będzie niebo, czyściec czy inna do końca nieokreślona przestrzeń), w którym Riedel jest koronowany na tego rodzaju ikonę.

Przejdźmy do pana działalności muzycznej. To fascynujące, że najpierw miał pan okazję kwestię polskiego przemysłu muzycznego dogłębnie przemyśleć przy okazji pracy nad „JA”, a dopiero potem na własnych zasadach wejść w tę wodę. Dlatego teraz poproszę pana o wysilenie wyobraźni i odpowiedź na pytanie, co znajdzie się na (uwaga) trzeciej płycie Dr Misio? Naturalnie nie mam zielonego pojęcia. Teraz przede wszystkim chciałbym wydać drugą, bo materiał jest praktycznie gotowy i pracujemy już tylko nad detalami i dopracowaniem aranżacji. Jeśli jednak miałbym się w tej chwili pokusić na takie dywagacje, to chciałbym, żeby ta trzecia płyta kompletnie się różniła od poprzednich. Jakby miała wyglądać? Na dzień dzisiejszy chciałbym, żeby to było kilkadziesiąt krótkich kompozycji słowno-muzycznych. Bardzo mnie kręci forma, którą pamiętam z płyty „Naked City” Johna Zorna, gdzie pojawia się multum genialnych 30-sekundowych pigułek, niektóre z udziałem Mike’a Pattona.

Taki muzyczny Twitter? Tak, można to tak nazwać. Fachowe określenie to bodajże skit. Chciałbym wykorzystać teksty Marcina Świetlickiego, zresztą mam już na to jego zgodę. Ale to oczywiście melodia bardzo odległej przyszłości.

W takim razie proszę mi opowiedzieć o przyszłości nieco bliższej, czyli zbliżającej się premierze filmu „Carte Blanche”. Ta historia oparta na prawdziwych wydarzeniach chodziła za mną od kilku lat. Trzy lata temu ktoś, kto chciał wtedy zrobić o tym film, opowiadał mi na planie „Jesteś bogiem” o nauczycielu historii z Lublina, który zanim stracił wzrok, przygotował sobie szczegółowy plan, jak ten fakt przed wszystkimi ukryć. Mnie ten temat jest szczególnie bliski, więc kiedy rok temu zadzwonił do mnie reżyser i autor scenariusza Jacek Lusiński i zaproponował mi rolę przyjaciela głównego bohatera, długo się nie zastanawiałem. Ten mój osobisty stosunek do projektu wziął się stąd, że wiele lat temu pracowałem w radiu razem z niewidomym przyjacielem. Wtedy się blisko kumplowaliśmy, więc jest szansa, że uda mi się wrócić do tamtych prawdziwych, dobrze zapamiętanych emocji. To było niesamowite doświadczenie. I tamten człowiek także ukrywał przed słuchaczami, że nie widzi.

Domyślam się, że nie powie pan o kim mowa? Wolałbym nie. Wtedy był to jeden z najpopularniejszych prezenterów radiowych we Wrocławiu. Ma fantastyczny kontakt ze słuchaczami i niebanalny tembr głosu. Proszę sobie tylko wyobrazić, jak zareagowałyby panie słuchające kogoś pokroju Marka Niedźwiedzkiego czy Piotra Kaczkowskiego, gdyby okazało się, że on po pierwsze wygląda zupełnie inaczej, niż sobie to wyobrażają i do tego jest osobą niewidzącą. Byłem świadkiem kilku takich scen i one zawsze były bardzo trudne dla obu stron.

Scenariusz stara się odtworzyć skomplikowaną relację tamtego nauczyciela z Lublina z uczniami, którzy po pewnym czasie zaczęli się domyślać, że ich belfer jest chory, ale nie dali tego po sobie poznać? Nie, bo to nie jest film o chorobie ani inwalidztwie, tylko o strachu przed samotnością. Główny bohater podejmuje ryzykowną i bardzo dwuznaczną moralnie decyzję, że będzie wszystkich oszukiwał dookoła i wciągnie w swój misterny plan przyjaciela i koleżankę z pracy.

Autor scenariusza i reżyser temu filmowi poświęcił ostatnie dwa lata swojego życia, ja nabrałem do niego zaufania i w pełni oddałem się mu do dyspozycji. No i obsada jest rewelacyjna. Znalazł się w niej Andrzej Chyra, Urszula Grabowska, Dorota Kolak… To są aktorzy, z którymi bardzo chcę pracować.

Niedawno zaryzykował pan tezę, że gdybyśmy tylko odrobinę więcej zainwestowali i odrobinę mocniej uwierzyli w kulturę wysoką, to miałaby szansę zaistnieć w powszechnym odbiorze z taką samą siłą i częstotliwością, z jaką panoszą się w nim projekty niższego sortu. Ma pan wrażenie, że coś podobnego dzieje się na polskim rynku muzycznym? Jestem o tym głęboko przekonany. Nie jestem znawcą tego rynku. Wręcz jestem na nim debiutantem, choć szybko się uczę i bacznie się rozglądam, co się w tej branży dzieje. Ale dobrym przykładem jest chyba nasza wizyta na ubiegłorocznym festiwalu Top Trendy. Nie ukrywam, że na początku miałem mieszane uczucia czy wziąć w nim udział, ale gdy dowiedziałem się, jacy się tam pojawią wykonawcy, uznałem, że warto tam pojechać.

My oczywiście startowaliśmy w kategorii „Trendy”, ale ja też wręczałem jedną ze statuetek podczas koncertu dziesięciu wykonawców, którzy w minionym roku sprzedali najwięcej płyt. I wie pani, kto się znalazł w tym rankingu? Marysia Peszek, która nagrała fenomenalną płytę „Jezus Maria Peszek”, Kazik na żywo, zespół Coma i zespół Hey.

Wspominał pan, że filmy Smarzowskiego już robią taką estetyczno-handlową rewolucję na rynku kinowym. No a jak wygląda box office? W czołówce znalazł się „Jesteś bogiem”, w którym miałem ogromne szczęście wystąpić, potem jest „W ciemności” Agnieszki Holland, a na trzecim miejscu „Drogówka”. Teraz tę trójkę goni „Pod Mocnym Aniołem”. Ludzie chcą oglądać ambitne filmy i myślę, że chcą także słuchać ambitnej muzyki.

No to zostańmy jeszcze chwilę przy kinie. Reżyserowana przez pana „Prosta historia o miłości” była pod względem dramaturgicznym jednym z najciekawszych polskich filmów ostatnich lat, a jednak o własnych próbach literackich mówi pan bardzo samokrytycznie. Po pierwsze pisanie to jest strasznie pracochłonna sprawa. A po drugie, ze wszystkich moich przestrzeni aktywności pisanie lubię najmniej.

Dlaczego? Bo wtedy jestem sam. Sam ze sobą i sam ze światem, który trzeba wymyślić. Ciężko mi się zmobilizować do takiego rodzaju pracy. Ja potrzebuję spotkań z innymi ludźmi. Kogoś, kto mnie zainspiruje, sprowokuje – takiego zwierciadła, od którego mogę się odbić. Jestem zwierzęciem stadnym. Najlepiej się czuję w sytuacji, w której pomysł się rodzi i kształtuje podczas rozmów, kłótni i dyskusji.

„Prosta historia o miłości” powstawała tym trybem? To akurat jest długa historia. Na początku był scenariusz Maćka Sobieszczańskiego pod zupełnie innym tytułem. Zaczęliśmy z Maćkiem nad nim pracować, bo w tej historii odnalazłem siebie. Znam świat filmu z obu stron – i jako reżyser, i jako aktor. Niejako część mnie zmieniła się wtedy w Patryka, czyli reżysera, który próbuje za wszelką cenę zrobić swój film i jest nawet gotowy poświęcić dla niego swoje życie prywatne, więc pcha swoją partnerkę w ramiona odtwórcy głównej roli. A jednocześnie inna część mnie była tym aktorem, który zakochuje się na planie w swojej partnerce i zupełnie sobie z tym uczuciem nie radzi.

I to jest pana kryterium doboru projektów? To znaczy czy jest w nich coś z pana? Ja nie jestem rzemieślnikiem. Jeśli nie mam do danej historii emocjonalnego, osobistego stosunku i nie mogę dzięki niej sam ze sobą załatwić jakiejś ważnej dla mnie sprawy, to w taki projekt nie wchodzę. Praca nad filmem czy spektaklem teatralnym to bardzo długotrwały proces. W wypadku filmu trzeba się zanurzyć w jego świat na 2-3 lata, w wypadku przedstawienia minimum na rok. Trzeba więc temu projektowi oddać kawał swojego życia, bo przez ten czas stanie się jedynym i najważniejszym. A nad każdym projektem powinno się pracować, jakby mógł być ostatnim. I tyle.

tekst: Pola Sobaś-Mikołajczyk | zdjęcie: Krzysztof Lisiak
ultramaryna, marzec 2014








„Skazany na bluesa” – Przemysław Angerman, Jan Kidawa-Błoński; adaptacja, reżyseria Arkadiusz Jakubik, ruch sceniczny Jarosław Staniek, scenografia Joanna Macha, kostiumy Agnieszka Werner, kierownictwo muzyczne Olaf Deriglasoff, przygotowanie wokalne i muzyczne Adam Snopek. Zespół muzyczny: Adam Snopek – instrumenty klawiszowe, Maciej Lipina i Sebastian Kret – gitary, Ronald Tuczykont – bas, Przemysław Smaczny – perkusja. Występują: Tomasz Kowalski (gościnnie), Ewa Kutynia, Dariusz Chojnacki/ Marcin Szaforz, Adam Baumann i inni.

premiera: 7 marca 2014, godz. 18.00

>>> przeczytaj więcej o spektaklu









KOMENTARZE:

nie ma jeszcze żadnych wypowiedzi....


SKOMENTUJ:
imię/nick:
e-mail (opcjonalnie):
wypowiedz się:
wpisz poniżej dzień tygodnia zaczynający się na literę s:
teksty
JERZY JAN POŁOŃSKI: Nie pytaj mnie o cyrk
Obejmujący we wrześniu scenę Teatru Miejskiego w Gliwicach Jerzy Jan Połoński znany jest z tego, że nieignorującym... >>>

BARBARA RUPIK: Malarstwo zaklęte w filmie
Spośród ok. 2 tys. zgłoszeń prezentujących dorobek 366 szkół filmowych z całego świata do tegorocznego konkursu... >>>

ŚLĄSCY FREEGANIE: Nie konsumują życia. Żyją je.
Ile jedzenia wyrzucamy? Ile niepotrzebnych rzeczy kupujemy? Najpierw cyfry, które przemawiają do wyobraźni: wyprod... >>>
komentarze: 1

ANIA SUNDSTROM: Niepoważne instrumenty, poważne tematy
Ania Sundstrom w rodzinnym Bytomiu pojawia się rzadko, bo czas dzieli między muzykologiczne konferencje na całym świ... >>>

PAWEŁ KULCZYŃSKI: Rozmowa przy pierwszej kawie
Lautbild, Tropajn, Wilhelm Bras – nazwy kojarzące się z ciągłym poszukiwaniem nowych środków muzycznego wyrazu... >>>

KATARZYNA WITERSCHEIM: Śląsk na różowo
Trudno się nie zdziwić, gdy jedną z najciekawszych opowieści o historii Górnego Śląska, doskonale obrazującą tygiel... >>>
po imprezie
Ostatnio dodane | Ostatnio skomentowane
Upper Festival 2019
5.09.2019
Fest Festival 2019
26.08.2019
Off Festival 2019
9.08.2019
Festiwal Tauron Nowa Muzyka 2019
27.06.2019
Off Festival 2018
10.08.2018
Podziel się z resztą świata swoimi uwagami, zdjęciami, filmami po imprezach.
o nas | kontakt | reklama | magazyn | zgłoś błąd na stronie | © Ultramaryna 2001-2019, wszystkie prawa zastrzeżone